poniedziałek, 22 maja 2017

wystawa we Wrocławiu

Pławna
 Utknęłam w netarcie,  stretarcie, intermediach, wideo-mediach, nowej sztuce oraz ideologii nowej sztuki antysztuki – przy notkach biograficznych małolatów musiałam napisać o czymś, czego nie znam więc nie rozumiem.  Czytałam przez ostatnie dni, między przygotowywaniem prezentacji do prelekcji o Hofmanie a pisaniem wstępniaków do katalogów wystaw we Wrocku i Goerlitz oraz bieżącymi sprawami  z nocą muzeów związanymi. Czytałam i skonstatować muszę – nie znam się. Zupełnie nic nie wiem, nie rozumiem, a nawet, chyba - nie chcę. Niech inni się męczą,  zachowam pozycję obserwatora.  Ale druga myśl nie dawała mi spokoju – prowincja !!!!! Tyle nowego się dzieje wkoło, a ja (my- mówię o społeczeństwie) w sprawach sztuki wciąż w XIX wieku !  Musiałam też uzupełnić notki biograficzne artystów o najnowsze wystawy, a per mail doprosić się ciężko, więc dziś ruszyłam w objazd.  Z Teresą Kępowicz, którą namówiłam na wyprawę, doskonale wiedząc, że świetne fotki zrobi i nie odmówi. Tym bardziej, że już dawno taką wycieczkę jej obiecałam. 
Teresa:  Wiesz, przestałam się spinać..
Kopaniec
Pławna.
Pogoda piękna, niemal letnia. Pejzaże cudne młodo - zielone i rzepakowo - żółte. Atmosfera świetna, bo z Teresą gada się świetnie, na dodatek genialne pierożki pieczone z ciasta francuskiego z nadziwką mięsną i wege – obie z kaszą gryczaną – zabrała (cobyśmy w trasie z głodu nie pomarły).  Wjeżdżamy do Milińskiego państwa, a jego król, na dziedzińcu wielką, dwumetrową łyżkę farbą maluje. Konserwuje raczej. - Zwolnić muszę, bo przecież nic innego już nie muszę. Wszystko mam, poza tym co kiedyś przez głupotę traciłem – tak mniej więcej brzmiał jego dzisiejszy sens. Nie jest tak, że odpuszcza, jest wszak pracoholikiem. Ale teraz ma to wszystko inny wydźwięk: bo nie musi, jedynie chce.

Michałowice
Robi remont dwóch domów, jeden - „cacuszko maleńkie” -  jest już na ukończeniu. Chałupa z XVIII wieku, na agroturystykę będzie doskonała, dla tych letników, którzy zechcą w szatki z epoki się przebrać i przez wakacje żyć jak to drzewiej bywało.  Ma aktualnie wystawę w Tarnowskich Górach, jedzie na plener gdzieś nad morze chyba, ale kręci go letni plener hofmanowski w Szklarskiej – chce poczuć Hofmanowego ducha.  Nic  nie musi. Jedynie chce.
Byłyśmy tam  koło 11. Niedziela. Przed Cafe Miliński czyli galerią już siedzą goście popijając kawkę, na stole obok Darek łyżkę maluje, po liczbie aut na parkingu widać, że w Zamku Legend goście jacyś już są, a może do Arki poszli. Czyli artystyczne przedsiębiorstwo się kręci samo. Prawie samo, bo rodzina i pracownicy są przecież. Teresa zrobiła trochę zdjęć, pogadaliśmy, pojechałyśmy rzucić okiem na   Muzeum Przesiedleńców / Wypędzonych i w drogę. Co po Milińskim zostanie? Oprócz obrazów, Arki, Zamku, Muzeum i opowieści jak to jeden taki cudak w Pławnej kiedyś mieszkał ? Nowe życie dla odrapanej dolnośląskiej dziury, bo ludzie dzięki niemu zobaczyli, że na wsi też coś można. I to niemało można.
Przesieka
Popielówek.
Kilka dni temu napisałam maila do Mariusza, że przyjedziemy. Nie odpisał więc za dobrą monetę milczenie wzięłam. A jednak nie w porę przyjechałyśmy. Niemieckich gości mieli, w tym pana o szlachetnej głowie, któremu Agnieszka popiersie rzeźbić miała. Jeszcze  przy herbacie i ciasteczkach siedzieli, lecz na środku pracowni stał już kawalet z wielką bryłą gliny i fotel dla modela. Więc tylko herbatka, po kawałku ciasta domowej roboty, chwilka pogawędki, kuchnię cudną, którą Mariusz robi (własnoręcznie wykonane mebelki i malunki: jego – diabeł wylegujący się na boku i Agnieszki – kury), obejrzeć, zdjęcia zrobić i w drogę. Aparatu do nich nie wzięłam, pomna tego, że kiedyś wyrwałam się i pokazałam na FB coś, czego jeszcze pokazywać nie powinnam.
Urszuli Broll praca studencka
Kopaniec
Tu na nas czekali, lecz my jak po ogień. Agata zrobiła nalewkę z arcydzięgla, więc z Teresą – też namiętnie nalewki robiącą – w przepisach zatonęły.
Wczoraj znowu ktoś ze wsi przyniósł skorupy – ceramika, mieszana od XVII do współczesności.  Ten ktoś zgarnął wszystko co znalazł do jednego worka i z odkryciem przyleciał. Szkoda, że ruszał.. Chwile potem archeolog w randze profesora przyjechał, bo w Kopańcu znowu kopią. (Jak sama nazwa wskazuje). Skorupy obejrzał, pokręcił nosem, w pudełku zostały. Leszkowy artykuł o mojej muzealnej szafie malowanej w pejzaże z pokutnymi krzyżami   - już w drodze, kolejna szubienica odkryta i tylko: - Muszę zwolnić, bo jakoś na nic czasu nie mam,  chyba za dużo znajomych – rzekł. Zdjęcie gospodarzy, zdjęcie psów, zdjęcie w galerii Agaty. Na herbatę czasu nie ma, jedziemy.
Michałowice. U Pawła.
Kawa w imbryku się parzy, na stole świeże kwiaty. Mistrz w formie rewelacyjnej. Jakoś odmłodniał i zakwitł, do udziału w wystawie prosić zbytnio nie musiałam, nawet zdjęcia obrazów, które da przygotował.  Ale:
- ja już nic nie muszę, tylko tyle, by na rachunki starczyło…
E tam. Obrazów nowych partia niezła (a niespełna miesiąc temu byłam), ogródek wymuskany choć sarny tulipany zeżarły, mistrz kwitnie, choć.. jakby smutek w kącikach ust.
Pawle powiedz,
bo problem mam
cóż..
Czy to szron masz we włosach
Czy kosmiczny kurz ?  
Zapytał go Kazimierz Pichlak.
"Artysta w każdym calu - w sposobie chodzenia, ubierania, się, trzymania papierosa i mówienia. Nie, nie mówienia, ale wygłaszania poematów prozą ze wspomnień, przemyśleń, patrzenia na rzeczywistość. I jest w tym jakaś melancholia i jakiś żal i odwieczna walka o zwycięstwo dobra, prawdy i piękna.  I ta niezwykła otwartość. Paweł Trybalski. (M. Wołąkiewicz - Lisiak, Paweł Trybalski. Perfekcjonista ze świata wyobraźni).
Nawet nie zorientowałyśmy się kiedy ponad godzina minęła, dobrze, ze zadzwoniła Urszula – gdzie jesteśmy.
A u Urszuli spokój wielki. I też odrobina smutku w kącikach ust.

Prowincja ? A nawet jeśli prowincja,  to życie we właściwym wymiarze. Piękne życie. Tylko skąd ta odrobina smutku?
A tak na marginesie: nic na siłę, tutejszy świat chyba nie chce nowej sztuki. 

sobota, 29 kwietnia 2017

Krystyna Trylańska modelkaa Hofmana

"Ewa", Wlastimil Hofman 1957
     Kim jest Pani Krystyna ? To słynna "Panna Krysia /która/ królowała na turnusach nie od dzisiaj" z piosenki Młynarskiego. Zobaczył ją w czasie pobytu na wczasach w Karpaczu, nietrudno było zauważyć rozmarzony wzrok pana Waldka, który kontarbasistą był tylko z racji hobby, a tak naprawdę pracował jako przewodnik i instruktor kulturalno - oświatowy. Panna Krystyna czasem również pracowała w Karpaczu, a po pracy biegała na taneczne fajfy. "Z Waldziem znałam się bardzo dobrze, ale nie łączyła nas żadna bliższa zażyłość" - opowiada. Nie wiedziała nawet, że stała się bohaterką kultowej w PRL-u piosenki. Ja ją kojarzyłam z Zakopanem, tymczasem okazuje się, że Karpacz i Szklarska Poręba również były miejscem popularnym wśród warszawskich celebrytów.
     Pani Krystyna jest jedną z bardziej znanych w Szklarskiej Porębie postaci. W sierpniu 2017 r. skończy 88 lat, a jeszcze kilka lat temu, dokładniej cztery, oprowadzała wycieczki i udzielała lekcji narciarstwa. Ze względu na kolana (przypadłość narciarska) musiała dać spokój tak intensywnej aktywności. Lecz nadal udziela się społecznie i towarzysko, swą osobą uświetnia ważniejsze miejskie imprezy i  opiekuje się grobem Wlastimila Hofmana.  Profesora - tak malarza nazywają jego modelki, przyjaciele, czy w ogóle ludzie w Szklarskiej, którzy go znali. 
jeden z obrazów cyklu "Sybille", 1954 r.
      W 2017 r. na spotkaniu Ludzi Gór, Pani Krystyna otrzymała dyplom z okazji 55-lecia pracy jako przewodnik sudecki.  Bo jest przewodniczką sudecką, niezłą narciarką,  instruktorką PZN,  i, co widać obok - ulubioną modelką     Wlastimila Hoffmana. "Moja muza" - tak o niej pisał (np. na rewersie darowanych jej fotografii ilustrujących obrazy, do których pozowała. Ostatnio otrzymałam od niej zgodę na ich publikację, co czynię niniejszym. Wlastimila poznała pani Krystyna w jego domu, gdy przyprowadziła tam wycieczkę. Bo Wlastimilówka była wówczas nie lada atrakcją, dość tłumnie odwiedzaną. Mistrz lubił towarzystwo, pięknie opowiadał o Krakowie, malarstwie, Malczewskim, o życiu. Można było słuchać i słuchać... Ale też czasem skarżył się przyjaciołom, że przez tłumy wycieczek nie bardzo ma czas na malowanie. (opowieść pani Janiny Korpal, żony Jana Korpala, przyjaciela Hofmanów). Chociaż i przy gościach malował. Gawędząc oczywiście.
Obraz z tryptyku "Święć się imię twoje", 1955 r.
Pani Krystyna do Szklarskiej Poręby przybyła 1 lutego 1951 r. Przyjechała z nakazem zatrudnienia i dostała pracę w FWP jako   instruktorka sportowa.  Skąd przyjechała ? Nie wiem, może z Łodzi. Jej brat, znany fotografik, Zygmunt Trylański stamtąd pochodzi.
W każdym razie,  za pierwszą pensję kupiła  poniemieckie narty na paski i buty narciarskie. Od razu rzuciła się w wir działań. I choć Szklarskiej jeszcze za dobrze nie znała, już prowadziła wycieczki. Np. do Wodospadu Szklarki, gdzie w sumie poprowadzili ją wczasowicze. Zapytała tylko, w którą stronę trzeba iść, a informacje przeczytała na ulotce. Gdy w 1952 r. powołano Sudecka Grupę Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, którego prezesem był słynny przewodnik Tadeusz Steć,   pierwszą ochotniczką była Krystyna Trylańska.
Wlastimilówkę odwiedziła pierwszy raz z turystami. Jak to się stało, że została modelką Hofmana - nie wiem. A pozowała mu często.  
Podpis na rewersie zdjęcia: Moje dzieło jest Twoim dziełem, 1956
Sportsmenka, instruktorka PZN  ale zawsze elegancka: Gdy przewróciła się na stoku, zawsze musiała poprawić chociaż włosy - opowiada Pan Jurek, trener Pani Krystyny.Na nartach biegali wtedy jeszcze koło WDW Śnieżynka, na wyznaczonych przez trenera trasach.
Pod koniec lat 50. wyjechała nad morze.  Wszędzie zabierała ze sobą narty i obrazy Hoffmana.Wyjechała z jednym narzeczonym, wróciła z drugim – ccenariusz do filmu - śmieje się Pani Krystyna.Wróciła do Szklarskiej Poręby i w 1961r. została Przewodnikiem Górskim Sudeckim klasy II, była jedną z pierwszych kobiet w tym zawodzie. 
Tytuł nieznany ale, patrząc na atrybuty, może z cyklu Pięć panien mądrych, 1956 r.
Zwlekałam z tym, bo nie bardzo interesowały mnie zagadnienia polityczne, a wówczas taki przedmiot był na egzaminie przewodnickim obowiązkowy – tłumaczy. W czasach PRL zadaniem przewodników było też przekazywanie wczasowiczom osiągnięć władzy ludowej. Powtarzano im „jesteście pracownikami politycznymi”. Trzeba było ważyć każde słowo. Jeden z przewodników został zwolniony, gdy opowiedział dowcip o partii. Miał pecha bo akurat oprowadzał wycieczkę członków komitetów wojewódzkich.
Góry nie były też tak dostępne jak dziś. W latach 50. Wojska Ochrony Pogranicza kontrolowały całą strefę nadgraniczną. Wejście np. na Szrenicę lub Śnieżkę wiązało się ze sporządzeniem listy uczestników wycieczki. Przy szlabanie odbierano im dowody osobiste i wydawano specjalne żetony.
- Nie daj Bóg jak ktoś go zgubił. Były wtedy straszne problemy, wyjaśnianie, przesłuchania. Informowano zakład pracy – wspomina pani Krystyna.
a lat ma dopiero 88, moja córka mówi,ze narciarki często tak mają..
W poważne tarapaty można też było wpaść zbliżając się do słupków granicznych. Żołnierze przez lornetki wypatrywali ludzi tuż przy granicy. Jeśli któryś z nich przeszedł nawet na kilka centymetrów na stronę czeską wszczynano alarm. Konsekwencją mogło być np. zwolnienie z pracy.
Niewiele wiem o pani Krystynie, poza tym co piszą w gazetach i ona sama chce powiedzieć w wywiadach. Mam cichą nadzieję, że w Noc Muzeów uda mi się z nią wywiad przeprowadzić. Zobaczymy.



środa, 29 marca 2017

Obrazy religijne Wlastimila Hofmana- na marginesie wystawy

Wychodzę z założenia, ze wszyscy znają Hofmana, tymczasem błąd. Dla tych co nie wiedzą:  http://jbc.jelenia-gora.pl/Content/515/hofman_wlastimil.html     Co najczęściej malował Hofman ? Im więcej obrazów oglądam tym pewniejsze jest, że  niezależnie od tematu "zewnętrznego",  zawsze malował dychotomię ludzkiego życia.  Chłopska, bosa Madonna, piękna dziewczyna  promieniująca czułością, macierzyńską miłością i ciepłą radością, pochyla się nad Dzieciątkiem - początkiem życia. Ale dziecko bawi się krzyżykiem, gdzieś w tle połyskuje daszek kapliczki z drewnianym świątkiem w środku, zadumani pastuszkowie grają na skrzypkach smętną melodię, a na barwnym, ludowym gorsecie Madonny połyskuje broszka w kształcie motyla - symbol duszy, przemiany więc i zmartwychwstania - zdarzenia szczęśliwego jednakowoż poprzedzonego śmiercią. Radosny początek życia lecz pamiętaj człeku o smutnym jego końcu. Starzec i anioł, starzec i dziewczyna, wiosna i zima, rodzenie się i umieranie, ot..życie. Tak, to był  najczęstszy temat. Obok portretów i autoportretów. 
Hofman był religijny. Najpierw dlatego, że był patriotą a prawdziwa polskość to religijność, najświętsza Panienka albo Matka Boska Królowa Polski.   Madonna jest w podkrakowskim, ludowym stroju, bo w prostocie chłopów, w ich religijności, obyczaju i życiu jest, ta młodopolska w końcu, siła narodu polskiego, narodu, którego od ponad stu lat nie ma, od czasu rozbiorów.  Boskość objawia się przez niemal mistyczne przeżycie i objawienie macierzyństwa prostej wiejskiej kobiety. To była raczej ideologia niż wiara.
Tak naprawdę  prawdziwa, tradycyjna jego wiara w Boga w klasycznym  rozumieniu, objawia się w drugiej połowie jego życia - poprzez pełne religijnego żaru wiersze czy malarstwo religijne, dopasowane do kanonu sztuki religijnej.
Szczerze mówiąc zdziwiłam się gdy dowiedziałam się, że Jacek Malczewski, mistrz Hofmana był bardzo religijny. Nie sądziłam patrząc na jego,  zakochane w fizyczności, haptyczne, dynamiczne, pełne zmysłowego życia malarstwo. A mawiał: Bo to, proszę pani zacnej, ludzie myślą, że sztukę to można robić, a sztukę trzeba wymodlić. Nie wystarczy, żeby umieć rzemiosło najlepiej, trzeba wielbić Boga, i Hofman: Sztukę robi się jako służbę bożą. Moja sztuka rozwija się naokoło modlitwy, naokoło zetknięcia się ducha ludzkiego z Bogiem (..) modlitwa ducha i ciała to najwyższe objawy ludzkie, najgodniejsze do przedstawienia w sztuce. 
Tu akurat pokazuję mniej typowe dla Hofmana malarstwo - obrazy malowane na zamówienie kościoła,  wpisane w religijny kanon. No..może upadek pod krzyżem - poprzez stroje kobiet - różni się nieco od ponadczasowej ikonografii kościelnej.  Im dłużej się im przyglądam ( a mam je teraz na wystawie), tym bardziej doceniam.. kompozycję, ekspresję formy i barwy, rolę podobrazia wykorzystanego w kompozycji jako kolor. Jeden mankament mają - są malowane niestarannie, a widz tego nie lubi. Ponadto bez rozsądnych ram i bardzo zakurzone... wołają o konserwację.

wtorek, 14 marca 2017

Hofman moderne

To obraz z 1927 r. Jak widać próbował Wlastimil  różnych opcji, aczkolwiek zawsze wracał do tej najbardziej naturalnej dla siebie. Tej określanej czasem mianem genialnego kiczu. Może coś w tym jest ? Jeśli obraz przemawia do wszystkich i wszyscy go czują na poziomie pozazmysłowym ? Bo wynalazł tą najprostszą  prawdę z dna ludzkiej duszy ? Bo kicz to prostota ? E tam, bzdurzę... może.. nie wiem co napisać, bo  nie jest  to malarz mój ulubiony.
Czytając o Hofmanie dziwię się, że tak niewielu pisze o świecie, który go ukształtował, którego wpływ tak ewidentnie czytelny jest w jego sztuce. Świat końca wieku, świat przełomu. Niejednokrotnie pisałam o koloniach artystów, o powodach ich powstawania i wracać do tego nie chcę, ale to jest tło najszersze. Przemiany społeczne, polityczne, odkrycia naukowe, rozwój przemysłu, rozwój ruchów robotniczych, szukanie nowych dróg dla świata, psychologia i Freud, wolność i rewolucje, nowa filozofia, teozofia i okultyzm, fascynacja wschodem, dekadencja końca wieku, koniec epoki. Totalny misz - masz oraz niechęć do racjonalnego spojrzenia, wiara w  intuicję i poznanie pozazmysłowe. Böcklin, Puvis de Chavannes, prerafaelici... Hofman dość często o nich mówił, bywał w świecie, znał się.
Bliżej.. Koniec XIX w. i początek XX  w Krakowie to Młoda Polska, najważniejsza epoka w całej  polskiej sztuce, najbardziej twórcza, wewnętrznie różnorodna, ale i spójna, całkiem odrębna od reszty świata.. A Hofman wtedy, na początku wieku dorastał i uczył się malarstwa.  Kraków to Zenon Przesmycki, słynny Miriam - tłumacz Nietzchego i Kierkegaarda,  odkrywca i wydawca Norwida, autor idei sztuki jako dziedziny metafizycznej i symbolu jako najwyższego środka  wyrazu artystycznego. Hofman był współzałożycielem grupy Pięciu - chłopaków zwanych też norwidowcami, twierdził, że ukształtował go Nietzche i Freud, posługiwał się intuicją i symbolem.  Kraków to Przybyszewski - legenda cyganerii, bohater plotek i skandali, ulubieniec poetów, twórca idei "nagiej duszy" i manifestu Confiter, "genialny Polak" w Berlinie.  To "Szał" Podkowińskiego, błędne koła i chimery u studni oraz Tobiasze patriotycznego i  religijnego nad wyraz, ukochanego mistrza Hofmana - Malczewskiego. To Feliks Manggha Jasieński z kolekcją sztuki wschodu i własną teorią sztuki, Witkiewicz z zakopiańskim stylem, Wyspiański z ideą dzieła totalnego i teorią monumentalnej sztuki  z gotyku poczętej  oraz z chłopomanią, której najpiękniejszy wyraz dał w "Weselu".... bardzo dużo tego, a i tak to zaledwie kropla tego co wówczas się działo.
A wszystko w Krakowie, gdzie polski Wawel królów i całe, czczone polskie dziedzictwo na niewielkiej przestrzeni galicyjskiego miasta skupione, dziedzictwo narodu, którego nie ma od stulecia. Sztuka już wcześniej stała się enklawą polskości, miejscem dbałości o polską tożsamość.  Czemu akurat wtedy tak mocno wybuchła ? Pewnie wiem, ale wiem też, że odbicie  wszystkich tych wątków znaleźć można u Hofmana.

poniedziałek, 13 marca 2017

samotność

Stan ducha, poczucie - nie wiem jak to nazwać, w każdym razie, żadna nowość. Zwłaszcza  w dzisiejszych czasach, w dobie wszechobecnych mediów cyfrowych, w których człowiek zatonąć potrafi, a gdy wypłynie, na brzegu nie ma już nikogo.  Zawsze byłam samotna, nawet w pełnej rodzinie, taką mam naturę, że fizycznie i namacalnie czuję samotność człowieka. Zwłaszcza tę wobec drugiego człowieka, gdy na chwilkę pojawi się uczucie więzi, a potem znika. Dla mnie to stan stały, nauczyłam się z nią żyć. Najgorsze jest to, że można ją polubić na tyle, że nie chce się z nią rozstać.

środa, 22 lutego 2017

secesja - jedna z twarzy Wlastimila Hofmana

Secesja, jako styl w sztuce europejskiej, trwała z grubsza od lat 90. XX w. do pierwszej wojny światowej. W Polsce jednym z jej głównych ośrodków był Kraków (mówimy o Polsce galicyjskiej w granicach sprzed 1918 r.). Wśród artystów uznawanych za malarzy secesji wymienia się wszystkich członków założycieli Towarzystwa Artystów Polskich "Sztuka" (1897): Mehofera, Wyspiańskiego, Fałata, Axentowicza, Malczewskiego, Chełmońskiego, Tetmajera Wyczółkowskiego, Stanisławskiego i mało znanego A. A. Piotrowskiego.... Zapominając trochę o Edwardzie Okuniu - najbardziej klasycznym przedstawicielu gatunku,  ale też on, w czasie rozkwitu polskiej secesji przebywał w Monachium, Paryżu, na Węgrzech i w Rzymie.   
Nie mówi się o niej również w odniesieniu do Hofmana, choć w jego sztuce pojawia się całkiem niemały asortyment secesyjnych środków wyrazu. Tak na marginesie  o Hofmanie w polskiej historii sztuki generalnie mówiło się i nadal mówi się mało. A  przecież w latach 1902 - 1939 wziął udział w 120 wystawach, miał 12 indywidualnych wystaw w Polsce i 18 za granicą - o ile liczba wystaw może świadczyć o jakości twórczości.http://life.forbes.pl/wlastimil-hofman-a-polskie-malarstwo-symbolistyczne,artykuly,177840,1,1.html
Hofman w malarstwie był nad wyraz różnorodny.  Tu zacytuję jego samego (B. Czajkowski "Portret z pamięci", Ossolineum,  1971):
„Niektórzy uważają, że jestem symbolistą i porównują mnie z Malczewskim.  Inni uważają, że zapatrzyłem  się w mistrzów quattrocenta, którzy upraszczali rysunek i gasili barwy (..). W niektórych środowiskach robi się ze mnie malarza religijnego. Mówiono też, ze jestem secesjonistą, że niekiedy przypominam impresjonistów, że otwieram pracownię dla  neoklasycyzmu, dywizjonizmu, nabizmu, syntetyzmu i w ogóle, czego kto chce i nie chce. Witkiewicz, po jednej z wystaw we Lwowie,  odkrył we mnie ekspresjonistę. W istocie chciano uczynić ze mnie eklektyka".
Faktycznie elementy wszystkich wymienionych kierunków można w jego obrazach.
Secesja, pomijając sprawy ideowe,  to formalnie z grubsza: dekoracyjność, skłonność do wertykalizmu, asymetria kompozycji, stosowanie płaskich plam, często pastelowych barw, kontur, gięta, falista linia.  Kiedy Hofman uległ secesji ? Chyba jej nie uległ lecz zawsze, niejako naturalnie, w zgodzie z własną intuicją posługiwał się zbliżonym zasobem środków formalnych. Bywają w jego twórczości okresy bardziej realistyczne, czasem używa bardziej ekspresyjnych barw i grubszej faktury, ale w ogólnym wyrazie są to obrazy secesyjne.   W końcu został członkiem "Wiener Secession" w 1907 r.

Jeśli ktoś chce przypomnieć sobie, co to ta secesja lub chce więcej szczegółów - proszę zajrzeć w link: https://kawiarnialiteracka.wordpress.com/2015/07/22/czym-jest-secesja/
Prezentowane obrazy pochodzą ze stron:
"Makolągwy" : https://www.pinakoteka.zascianek.pl/Hofman/Images/Makolagwy.jpg
"Dziewczynka":https://pl.pinterest.com/pin/464222674071984753/

niedziela, 19 lutego 2017

???

Przynudzam z tym Hofmanem ? Przynudzam. No to na chwilkę zmienię temat ale tylko na chwilkę, coby mnie szlag nie trafił. Z reguły gdy mam czas w niedzielę, oglądam hurtem "Kawę na ławę" oraz "Lożę prasową". Pierwszy traktuję z oka przymrużeniem, bo cóż politycy powiedzieć mogą innego niż to co mówią na co dzień i co wierchuszka każe ?
Żeby jasne było - dla porównania oglądam również programy innych stacji niż tvn, choć z tvp dawno dałam sobie spokój.
Ale dzisiaj oglądając "Lożę" zaczęłam się zastanawiać nad redaktorem Pawłem Lisickim. No bo inteligentny w końcu facet, nawet widać jak bardzo męczy się próbując  PiS w dobrym świetle postawić.  Tylko po co ? Płacą mu za to ? Bo nie wierzę,ze człowiek z rozumem takie bzdury wygadywać może. 
Swoją drogą.. złapałam się na tym, już kilkakrotnie zresztą, że im dłużej PiS swoimi działaniami się popisuje, tym bardziej negatywnie  nastawiam się do ludzi z Polski Wschodniej. O katolicyzmie nie wspomnę.  A przecież tolerancyjna jestem i przecież stamtąd pochodzę ( a może właśnie dlatego).

czwartek, 16 lutego 2017

trudne pytania, ale czy bez odpowiedzi ? Problem Ganimedesa u Wlastimila Hofmana.

   Jest taki temat ikonograficzny "Porwanie Ganimedesa". Malowany przez Correggia, Rembrandta, Rubensa, by tylko wielkich wymienić, a także przez Wlastimila Hofmana.
      Ganimedes to przepiękny królewicz trojański, w którym zakochał się sam wielki Zeus i wysłał orła, by Ganimeda porwać na Olimp. Niektórzy mówią, że sam Zeus przybrał postać królewskiego ptaka. Na Olimpie chłopiec został boskim kochankiem i podczaszym. Przez wieki historii utarło się, że temat wykorzystywany  był w malarstwie dla przemycenia wątków homoseksualnych.  W końcu homoseksualizm to nie jest wymysł naszych czasów, Grecy też nie ukrywali tematu jako elementu codziennego życia Hellady, a nawet Achilles i Patrokles byli kochankami.
   Dlaczego ja o tym piszę ? Otóż Wlastimil Hofman jawi nam się jako propagator panslawistycznych idei, wielkiego braterskiego związku państw słowiańskich. Był Polakiem po kądzieli, Czechem po mieczu. Ukochana matka - Teofila z domu Muzyk, wywodząca się z drobnej szlachty małopolskiej, lubiła sadzać swoja gromadkę dzieciaków przy stole i snuła opowieści o wielkich zmaganiach uciemiężonego narodu polskiego, o jego bohaterach, skutecznie sączyła nutę polskiego patriotyzmu. Musiało to na Hofmana podziałać, chłopcem był wrażliwym, z artystyczną naturą. Tak więc już jako dzieciak ogłosił się Polakiem, choć w krakowskiej szkole bywał przez młodych Polaków (i starszych również) gnębiony, to jednak czuł się Polakiem i przez całe swoje życie nim był.
Obrazy ze strony:  http://unikalneobrazy.pl/reprodukcje-obrazow-i-dziel-sztuki/3307-peter-paul-rubens-porwanie-ganimedesa.html

    Ale był też Czechem i nigdy nie zaprzeczał, że urodził się w Karlinie pod Pragą. I to był jego duży problem.
Polacy i Czesi różnili się między sobą we wszystkich sferach: historycznych, politycznych, mentalnych. Gdzie indziej szukali przyjaciół, zupełnie inne idee popierali. Oba narody w czasie młodości Hofmana wchodziły w skład katolickiej monarchii Austro-Węgierskiej i już stosunek do  "dominium" ujawniał różnice.
    Czesi stracili niepodległość jakieś sto lat wcześniej niż Polacy, w dużej mierze byli wynarodowieni. Dążenie do swej niezależności wyrażali poprzez  dbałość o własne dziedzictwo kulturowe, historię i próbę odnowy języka. Politycznie skłonni byli "powalczyć" o utworzenie w ramach monarchii austriackiej federacji narodów. Nie znosili Niemców, nie byli katolikami, gdyż katolicyzm uznawali za podporę monarchii, tradycyjnie byli rusofilami i słowiańskie odrodzenie widzieli wraz z Rosją. 
           Tymczasem Polacy stosunkowo niedawno utracili swoją państwowość i uparcie dążyli do odzyskania niepodległości. Choćby przez liczne zrywy narodowe.  Literatura polska pełna jest nawoływań i wskazań do walki, Polska  w niej sytuuje się jako Chrystus narodów. Katolicyzm był nierozerwalnie związany z polskością oraz z walką wyzwoleńczą. Nienawidzili Moskali, co miało związek z szeroko zakrojonymi akcjami rusyfikacyjnymi prowadzonymi na terenie zaboru rosyjskiego. Za to tolerowali Niemców, z którymi podpisali nawet pakt o nieagresji. 
            Do tego doszły spory o Zaolzie, Spisz i Orawę; polskie poparcie dla Słowaków chcących autonomii, czeskie - dla Ukraińców pragnących wyjścia z polskiej zależności oraz cała masa innych, drobniejszych spraw, które nie pozwalały na przyjaźń między tymi narodami.
            I tu znalazł się Hofman, który choć był Polakiem, swoją czeską ojczyznę również kochał. Jego idee fix to właśnie  braterstwo słowiańskie, polsko-czeskie, któremu dawał wyraz przez całe życie w wielu kompozycjach malarskich: Ganimedes, Słowiańszczyzna, Bracia, Tu i tam (1914-17) czy malowane w Palestynie: Za naszą i waszą wolność, Pogodzone siostry, Miecz sprawiedliwości nie zemsty, Złączone dole. Nie widziałam tych obrazów i, szczerze mówiąc, nie wiem gdzie są, nie wiem czy ktokolwiek je publikował. Mówi o nich Hofman w książce Czajkowskiego.
            Drugim sposobem realizacji tej idei była przyjaźń z poetą czeskiej dekadencji - Jerzym Karaskiem, który był również kolekcjonerem sztuki. Wraz z nim Hofman zorganizował, największą poza Polską, prywatną kolekcję sztuki polskiej. Karasek w swych wierszach łamał wszelkie tabu społeczne czy estetyczne. Często pisał o homoseksualizmie, był zwolennikiem wolnej miłości, również homoseksualnej, podobnie zresztą jak - zaprzyjaźniony z nim - Przybyszewski.
          I teraz mam pytanie: dlaczego Hofmanowy Ganimedes ma być wyrazem idei braterstwa narodów słowiańskich ?
 

Wlatimil Hofman w Szklarskiej Porębie

Malczewski- Hofman-Matejko, 1954 r., Wlastimil Hofman, ze zbiorów rodz. Panowicz
        Zadano mi ostatnio pytanie, czy Wlastimil Hofman - przenosząc się do Szklarskiej -  zdawał sobie sprawę z tego, na jaki teren jedzie. W sensie, czy wiedział o mieszkających tu przed wojną niemieckich artystach i ich artystycznej kolonii, w końcu znanej w Europie. 
       Myślę, że nie. Po pierwsze w jego listach, dokumentach, w jego wspomnieniach nie ma o tym wzmianki. Po drugie w żaden sposób nie przyswoił sobie tutejszej kultury. Po prostu na teren Szklarskiej "wkleił " Kraków i w tym galicyjskim Krakowie pozostał. Przywiózł tu zakopiańskie meble, świątki spod Krakowa i z Podhala, potrzebne mu do obrazów galicyjskie gadżety, czy stroje krakowskie. Cały czas utrzymywał kontakt z Krakowem czy szerzej - z Polską, głównie za pomocą  bardzo obfitej korespondencji.  Istnienie tej krakowskiej enklawy, między innymi, powodowało, że tylu mieszkańców miasta odwiedzało Wlastimilówkę -  wszyscy pragnęli odrobiny swojskości, polskości, na tym terenie zupełnie obcym pejzażowo, architektonicznie i mentalnie. 
       Oczywiście Wlastimil odnotował istnienie Gerharta Hauptmanna, nawet pisał o tym, że szkoda iż polskie państwo w żaden sposób nie upamiętnia pisarza, noblisty w końcu, więc nie powinno być ważne jakiej narodowości. Lecz o Gerharcie słyszeli tu wszyscy. 
       Dowodem na to, że nie oswoił Szklarskiej Poręby niech będzie brak pejzaży. Wprawdzie  pejzaż nie należał do jego priorytetów artystycznych, ale czy można być nieczułym na urodę tutejszej krainy, zwłaszcza będąc wrażliwym malarzem ?  Nie uchwycił też w żaden sposób tutejszego dziedzictwa kulturowego. Często zapewne przechodził obok - sztandarowej dla przedwojnia budowli - Hali Legend, która zniszczeniu uległa dopiero w latach 70. Nie zachwycił się, bliskim mu przecież, symbolicznym, bajowym światem tam zaprezentowanym ? Choć w zupełnie innej wersji mentalnej. Chyba nie, skoro nic o tym nie pisał. Zresztą... jak wszyscy Polacy, w pierwszych powojennych latach wrogo do niemieckiej kultury nastawieni. Jej odkrywanie rozpoczęło się dopiero w 90. latach XX w.  i trwa nadal. 
     Jest pewnie jeszcze parę innych powodów, dla których mógł nie znać tutejszej kolonii.  Galicyjski Kraków przed pierwszą wojną leżał na terenie Austro-Węgier. Polacy, którzy wywalczyli dla Galicji pewną autonomię, mieli ułatwiony  kontakt z Monachium czy Wiedniem. I w tamtą stronę ciążyli. Tam pokazywali się na wystawach,  tam odbywali podróże artystyczne, marzyli o tym, by podbić rynek wiedeński. Albo paryski, bo stolicą europejskiej kultury pozostawał jednak Paryż. Natomiast tutaj były Prusy, tutejsi malarze wystawiali się w Berlinie, który był dla nich centrum sztuki. Albo w Paryżu oczywiście. Tworzyli kolonię, zwaną śląskim Worpswede  i byli dumni z nazwy porównującej ich do najważniejszej, najbardziej spektakularnej europejskiej kolonii. Te dwa światy: krąg berliński i krąg wiedeński, to dwa zupełnie odmienne światy, również mentalnie, religijnie i na wszelkie możliwe sposoby.
        Ponadto tutejsi artyście niemieccy malowali pejzaż, takie było główne zamierzenie Bractwa św. Łukasza. Promowali urodę  Karkonoszy i zarabiali na dobrze uposażonych turystach, zwłaszcza tych latem zamieszkujących Jeleniogórską Kotlinę w licznych pałacach królewskich, szlacheckich czy ministerialnych. W końcu Kotlina to Śląskie Elizjum.
     Zresztą w Polsce ruch kolonijny był dopiero w powijakach. Wprawdzie Kazimierz, jako miasto malarzy funkcjonował od pocz. XIX w., ale przełom nastąpił dopiero wraz z pojawieniem się w 1909 r. Władysława Ślewińskiego - miłośnika Gauguina i kolonii w Pont Aven. A potem w 1923 r., gdy prof. Pruszkowski, zaczął przyjeżdżać tu ze swoimi studentami z Warszawskiej Akademii Sztuki i przyjeżdżał przez kolejne lata. Taka kolonia to inny świat, to nie tylko sztuka, to całe życie (jak mawiał R.M. Rilke). Skoro  Hofman nie znał tamtych, polskich w końcu malarzy (no może poza Pankiewiczem, który w Kazimierzu namalował swoje pierwsze impresjonistyczne obrazy), to skąd znać miał prowincjonalnych malarzy niemieckich ze Szklarskiej Poręby ?
Nie, moim zdaniem, nie przyswoił sobie tej historii, nie odkrył szklarskoporębskiej kolonii, utknął w galicyjskiej polskości i tam pozostał.

czwartek, 9 lutego 2017

jak nazwisko Hofmana nie spodobalo sie urzędnikom



Kronika tygodniowa
Doszło do mnie, że w ramach akcji repolonizacyjnej na Dolnym Śląsku zwrócono się do znanego naszego malarza, sędziwego już dziś Vlastimila Hofmana (pisownia oryg.) z propozycją, by zmienił swoje rodowe nazwisko Hofman na inne, o bardziej polskim brzmieniu. Nie wiem jak będzie sobie poczynał w tej materii Vlastimil Hofman. Jeśli idzie o mnie - to na miejscu Hofmana nie wahałbym się ani chwili i natychmiast wniósłbym o zmianę nazwiska na Matejko. Po raz drugi może się okazja już nie powtórzyć.

W ogóle pomysł wydaje się być doskonały i zasługuje - moim zdaniem - na jak najszersze zastosowanie. Jan Nepomucen Miller powinien zmienić nazwisko na Orzeszkowa, a Roman Palester na Moniuszko. Namawiałem już nawet Sztaudyngera, żeby się zdecydował na podobny krok, ale to megaloman i nie chce pertraktować poniżej Mickiewicza. Ostatecznie można by się na to zgodzić, ale co wówczas zostanie dla Tuwima. Z Leopoldem Staffem pójdzie gładko, po prostu będzie się nazywał Staw.

Gdyby jeszcze ten i ów mógł zmienić nie tylko nazwisko, ale i talent - to byłoby dopiero pięknie. Przyznaję, że wówczas - i niech sobie kto co chce myśli - bez zastanowienia kazałabym sobie wydrukować karty wizytowe: Heinrich Heine. (….) 
pisze St. R. Dobrowolski na łamach „Życia Literackiego”, 03.10.1948 r.