środa, 29 maja 2013

Wielkie prawdy ujawniają się na szczytach Gór. Monte Verita.

Idealistyczny socjalizm, anarchia, rewolucja seksualna i wolna miłość, naturyzm, wegetarianizm, zdrowy tryb życia, okultyzm, mistycyzm, swoboda stroju, chodzenie boso, kult słońca jako leku na choroby ciała i duszy. Powody dla których powstało Monte Verita były bardzo różne. 25-letni Belg, Henry Oedenkoven, syn przemysłowca z Antwerpii szukał sposobu na powstrzymanie nieuleczalnej wówczas choroby - syfilisu - której nabawił  się w efekcie inicjacji seksualnej w domu publicznym, zgodnie z ówczesnym zwyczajem sfinansowanej przez ojca. Leczenie przez życie bliżej natury, bez udogodnień cywilizacyjnych, z odrzuceniem wszelkich społecznych ograniczeń. Miała to być forma "opieki zdrowotnej", gdzie  ludzie mogą spędzić trochę czasu z dala od cywilizacji, aby odzyskać zdrowie i być w stanie wrócić do normalnego życia.
Ida Hofmann - pianistka, córka  baronowej von Hofmann z Transylwani i właściciela kopalń węgla na Węgrzech, która otrzymała tradycyjne, bardzo restrykcyjne wychowanie,  miała nieco inne oczekiwania. Szukała swobody i wolności, owładnięta ideą  odnowy społecznej, ideami feministycznymi, dążyła do stworzenia wzorca nowego typu życia. Spotkali się w 1899 r., zaiskrzyło, cele choć nieco odmienne lecz równoległe, mogły być realizowane wspólnie.  Dysponowali finansami, więc w 1900 r., wraz z przyjaciółmi: braćmi Gustavem i Carlem Gräserem, Lotte Hattemer - córką pruskiego urzędnika i siostrą Idy - Jenny Hofmann, kupili górę Monte Verita nad Jeziorem Maggiore w Asconie i powołali kolonię, przypominająca późniejsze komuny "dzieci kwiatów".  Wspólnota oparta na ideach socjalistycznych, swoboda i wolność, duch współpracy, wspólna uprawa ziemi, mieszkanie w skromnych drewnianych domach, całkowita dowolność stroju,  rozwijanie sztuki poprzez działania parateatralne jednoczące wszystkie dziedziny sztuk, w tym taniec artystyczny, stosowanie helioterapii i wegetarianizmu, naturyzm.  Mieszkańcy Ascony nazywali ich nagimi tancerzami.
.
Kolonia Monte Verita składała się z 15 drewnianych domów i sanatorium - domu głównego, gdzie mieszkali Ida i Henry. Tu mieściła się czytelnia i pokoje do wynajęcia. Bez ogrzewania, z bardzo prostym sprzętem.  Cykl leczniczy dla gości trwał 30 dni - koszt 100 franków.  Leczenie  polegało na zabiegach bez leków i jakichkolwiek zabiegów chirurgicznych, w oparciu o dietę wegetariańską  i działania fizyczne: praca na roli, wspinaczka, wioślarstwo. Obowiązywała bardzo  restrykcyjna dieta wegetariańska: wyłącznie surowe owoce i warzywa.  Później, w celu zwiększenia frekwencji kuracjuszy, nieco zreformowana:  można było pić mleko i jeść masło, nawet sporadycznie - mięso. Po 10 latach wprowadzono centralne ogrzewanie oraz zatrudniono lekarzy do opieki zdrowotnej. Strój też był wyrazem swobody i wolności.  Ida wprowadziła całkowitą dowolność , która przerodziła się w totalną, jak na owe czasy, rewolucję -  zero gorsetów dla pań.  Uczestnicy kolonii z reguły ubierali się w luźne szaty, chodzili boso lub w sandałach.
Ida Hofmann  - ideolog wspólnoty - napisała ksiązkę, w której wyraziście sformułowała poglądy feministyczne, na temat rodziny: równość kobiet wobec prawa i w stosunkach rodzinnych, traktowanie dzieci jako jednostki wolne i niezależne od urodzenia. Matka miała obowiązek opieki nad dzieckiem do uzyskania przez nie samodzielności lecz również mogła ten obowiązek przekazać komuś innemu.  Filozofia komuny opierała się na położeniu nacisku na indywidualność i wybór drogi życia zgodnej z naturą, aktywnej fizycznie, przez co zapewniającej sobie zdrowie fizyczne i psychiczne. Obowiązywała swoboda wyrażania myśli i całkowita wolność słowa. W swoim środowisku zreformowali nawet otrografię języka niemieckiego, rezygnując z wielkich liter i znacznie ją upraszczając.   

Istotną częścia kulury wspólnoty był taniec rozumiany jako swobodne wyrażanie emocji poprzez ruchy ciała. Działał tam Rudolf von Laban - początkowo malarz i gimnastyk, potem tancerz i teoretyk tańca, uznany za twórcę nowoczesnej choreografii. Doświadczenia z pierwszej szkoły tańca, którą założył  w Monte Verita, wykorzystywał później w kolejno zakładanych szkołach oraz w badaniach teoretycznych.  
Jego uczennica, Mary Wigmann (fotka obok) pisała: "tańczylismy z muzyką lub bez. Tańczylismy w rytm poezji a czasem Rudolf podrzucał słowa, krótkie wiersze, które mieliśmy wyrazić. Nawet jeśli te eksperymenty odbiegały od formy tanecznej, mogliśmy wejść głębiej w nasze dusze i stany emocjonalne". 
Tańcem cieszyli się wszyscy mieszkańcy kolonii. Uwolnienie ekspresji ciała tancerza, współdziałanie z przestrzenią, muzyką, plastyką oraz pozostałymi uczestnikami i widzami dało początek ekspermenom teatralnym, realizowanym również w innych koloniach. Mieszkancy cieszyli się światłem, słońcem i nagością.  Na fotce obok poranne powitanie słóńca. Nago pracowali w ogrodzie, zażywali wypoczynku, tańczyli - zawsze oddzielnie kobiety i mężczyźni. Niemniej uprawiali wolną miłość.  Rudolf Laban mieszkał z trzema kobietami, z każdą miał dzieci. Otto Gross prowadził doświadczenia seksualne, cokolwiek to znaczy, często korzystając z narkotyków. Lecz to nie było oficjalne. Otto Gross był psychiatrą. liberałem, głosił przeżytek monogamii i instytucji małżeństwa  oraz swobodę obyczajów. Plotki o jego sposobie  życia spowodowały uznanie  Monte Verita za miejsce niemoralne.
Guru osady był charyzmatyczny Gustav Grässer, uważany za proroka. Rzeźbiarz, poeta, ideolog nonkorformizmu, pacyfizmu, życia w naturze. Idee przejął od Diefenbacha, w Monachium założył własną grupę, po czym  w 1899 r. rozpoczął wędrówkę po Europie "szukając dialogu" z filozofami, reformatorami, artystami, buntownikami, po drodze sprzedając swoje wiersze i teksty. Spotykał się z Rudolfem Steinerem, Gustavem Landauerem, Hermannem Hessem, Gerhartem Hauptmannem i innymi. Jego uczniem był brat Isadory Duncan, Raymond. Wypracowane idee zaczął realizować w Monte Verita, którego był współzałożycielem. Mieszkał z żoną i siedmiorgiem dzieci, sprzedawał swoją wiedzę na temat przyrody, życia i prawdy  za jedzenie. Dzikus, typ kaznodzieji, w 1909 r, opuścił Monte Verita z powodów ideologicznych, kontynuując wędrówki po świecie. W czasie 1 wojny spędził kilka miesięcy w szpitalu pychiatrycznym, po czym kontynuował swoje podróże i nauki. Nazywany Gandhim Zachodu. 

Jego brat - Karl Grässer węgierski porucznik,  był zwolennikiem prostego życia. Osobiście wprowadzał w życie to co uznawał za słuszne. Żył skromnie, z tego co sam wyprodukował, sam robił sprzęty począwszy od łóżka i stołu po łyżkę i widelec, ubierał sie w stroje z surowej wełny. Uważał, że człowiek sam może zrobić wszystko co jest mu potrzebne. Nie używał pieniędzy próbując działać na zasadzie wymiany towarowej. Z Jenny Hofmann, obdarzoną pięknym głosem, żył w wolnym związku. Wielce szanowany za konsekwencję we wdrażaniu swoich idei ale też bohater wielu dowciów i opowieści o zabawnych sytuacjach wynikłych z jego nieprzystosowania do reguł zewnętrznego życia. 
Kolejnym mieszkańcem był włosko-szwajcarski malarz Filippo Franzoni, który w 1904 r, stracił wzrok. 
Pojawiali się też inni. Idee Monte Verita miały wpływ na ukształtowanie poglądów Hermanna Hessego, który uważnie kolonię obserwował. Prozaik, poeta i eseista, malarz i rysownik, laureat literackiej Nagrody Nobla w 1946 r. Autor powieści nawiązujących do filozofii buddyjskiej, psychoanalizy, pokazujący konflikt z tradycyjnym spółeczeństwem i poszukiwanie wewnętrznej harmonii. ("Wilk stepowy", "Siddhartha"). 
Kolejna postać, która przewinęła się przez osadę to niemiecka pisarka, malarka, tłumaczka, feministka i barwna postać monachijskiej bohemy, Fanny von Reventlow - bohaterka kilku skandali. Naturystka Fanny na zdjęciu poniżej.
Początkowo Monte Verita utrzymywali rodzice Henry'ego. Później, by zwiększyć frekwencję chętnych do korzystania z tego niekonwencjonalnego sposobu leczenia, właściciele gminy rozluźnili nieco restrykcyjne reguły życia. Mimo to kolonia rozpadła się w 1920 r. Ida Hofmann wyjechała do Hiszpanii, potem Brazylii by tam zakładać inne, podobne osady. Wcześniej odeszli bracia Grässer - z powodu niezgodności ideologicznych. Kilka lat później trzech malarzy ekspresjonistów usiłowało odtworzyć Monte Verita, zrezygnowali jednak po dwóch latach. W 1926 kupił górę bankier Eduard van der Heyt, zbudował hotel w stylu Bauhausu i uruchomił luksusową klinikę leczącą sposobami naturalnymi, dietą wegetariańską i helioterapią.
.


Liberalizm, głoszenie  powrotu do tradycyjnych form życia, próba przywrócenia naturalnego środowiska człowieka, podkreślanie  wartości ludzkiej egzystencji, znacząca rola kultury i sztuki dla budowania poczucia jedności, spowodowały, że Monte Monte Verita odegrało znaczący wpływ na kształtowanie się europejskiej awangardy.
Ale, że wielkie prawdy ujawniają się na szczytach gór,  Monte Verita udowodniło, że- ludzie marzą o wspólnocie lecz jej realizcja jest utopią.

poniedziałek, 27 maja 2013

Vogeler, tło. Na marginesie - czemu Niemcy to potrafią ?

2 połowa XIX w. w Europie to czas w aspekcie wojennym względnie spokojny, umożliwiający rozwój techniki, odkrycia naukowe, podnoszenie poziomu życia, a więc i wzrostu zainteresowania kulturą i sztuką. Równocześnie dynamiczny rozwój przemysłu postępujący od pocz. XIX w., industrializacja  rodziły coraz silniejsze rozwarstwienie społeczne prowokujące wystąpienia  ubożejącej ludności robotniczej w formie powstań, rozruchów czy rewolucji.  Socjalizm utopijny z pierwszej połowy wieku, zastąpiony został przez socjalizm naukowy Marksa i Engelsa oraz to wszystko co ich  idea zrodziła - związki zawodowe, międzynarodówki robotnicze, partie socjalistyczne i komunistyczne w końcu.
Te socjalistyczne inspiracje stanowiły podłoże bardzo szerokiego ruchu intelektualnego i kulturalnego, rozwijającego się intensywnie  w  końcu XIX w., obejmującego zarówno konserwatywne elity, artystyczną awangardę, jak i ugrupowania robotnicze. Reforma życia.  Wspólną ideą było stworzenie nowego świata funkcjonującego na zasadach sprawiedliwości, uzdrowienia stosunków socjalnych by umożliwić zgodne funkcjonowanie w obliczu przeciwstawnych interesów. Utopijne marzenia o ustroju doskonałym,  znane przecież od starożytności, kontynuowane też współcześnie, prowokowały liczne próby tworzenia społeczeństw alternatywnych, co znalazło mocny wyraz zwłaszcza w początku  i 1 poł. XX w.  Powstawały grupy kontestujące  dawny porządek społeczny, rozwój przemysłu, ciasnotę i brzydotę miast. Wegetarianie, ruchy ochrony zwierząt i ruchy młodzieżowe propagujące kulturę wsi jako wzór dla nowego "prostego i prawdziwego życia", znaczenie turystyki, tańca i piosenki ludowej (Jugendbewegung, Wandervogel ), ruchy nordyckie, neopogańskie, kult ciała i tężyzny fizycznej (Freikörperkultur - naturyzm), akceptacja cielesności oraz płci, koncepcja sztuki małoojczyźnianej rozwijana w koloniach artystów i artystycznych osiedlach,  komuny wiejskie,  w końcu osiedla ekologiczne, projekty miast - ogrodów.  Do jednego gara wrzucam wszystko, by różnorodność dróg wiodących do celu pokazać. Przodowały w tym Niemcy.
Ciekawe jest, że ten nurt odnowy życia,  bazujący na starym haśle Rousseau "powrotu do natury", zrodził się wśród  mieszczańsko-intelektualnych elit miast, nie wśród zmęczonych obciążeniami robotników. Doprowadził do ucieczki z miasta - w różnych formach.  Jedni zakładali stowarzyszenia działkowców,  inni przenosili się na wieś lub do nowo zakładanych osiedli willowych, przedmieść czy miast - ogrodów, inni tworzyli silnie ideologicznie uwarunkowane komuny charakteryzujące się samowystarczalnością  gospodarczą (wioska wegetariańska Eden koło Oranienburga), w innych dominował  anarchizm, socjalizm, antyurbanizm (Monte Veritá, koło Ascony) czy idea narodowościowa (Heimland).
Kult wsi i idea miasta - ogrodu (zaproponowana w końcu XIX w. przez E. Howarda) znalazły bardzo szeroką popularność zwłaszcza w Niemczech, wśród  wielkomiejskich literatów, gdzie zostały zdominowane ideowo. Ich istotą było połączenie kultury, oświaty, twórczości artystycznej i życia codziennego z ideą narodową oraz próbą wdrożenia reform socjalnych i własnościowych. Obowiązywało hasło: "Kultura w miejsce cywilizacji", co przełożyło sie na takie realizcje, jeszcze XIX - wieczne, jak osiedla Lichterfelde West i Grunewald w Berlinie. Gesamtkunswerk i Folkwang - to pojęcia obowiązujące. Gesamtkunstwerk - totalne dzieło jednoczące wszystkie dziedziny sztuki  począwszy od dramatu, a skończywszy na rzeźbie, malarstwie, muzyce, rzemiośle, podporządkowane idei. Znane w sztuce, szczególnie popularne w romantyzmie, teraz przesycone ideami socjalnymi uzyskało nieco innym charakter. Folkwang - pojęcie wprowadzone przez Karla Ernsta Osthausa (1874-1921)  założyciela szkoły zreformowanej wg tej idei. Folkwang to połączenie życia codziennego, towarzyskiego, pracy, nauki i sztuki, także forma  interdyscyplinarnej edukacji łączącej muzykęteatr, taniec, projektowanie, naukę ale i produkcję. Wszystko po to, by sztuka i kultura już na etapie nauczania kształowały życie każdego obywatela.  Ucieleśnieniem  tej idei była  właśnie artystyczna  wioska Worpswede.
I  "Los-von-Berlin-Bewegung" - ruch stworzony przez Adolfa Damaschke, pedagoga i reformatora stosunków agrarnych.. Stracił pracę nauczyciela, gdyż zamiast realizować obowiązujący program szkolny, wprowadzał swój, w myśl "wolności uczenia". Związawszy się z ówczesnymi środowiskami proekologicznymi propagował zdrowy tryb życia, odpowiednią dietę, ruch na świeżym powietrzu, medycynę naturalną, abstynencję i inne sposoby na lepsze życie jednostki jak i społeczeństwa. Potem rozwinął skrzydła jako reformator rolny. Wymyślił opodatkowanie właścicieli ziemskich i przeznaczenie tych środków na cele społeczne. Hasła te trafiły na podatny grunt i stronnictwo "damaszkan" doprowadziło do reform odzwierciedlających idee swojego "proroka"w konstytucji Republiki Weimarskiej.

We Friedrichshagen pod Berlinem pod wpływem powyższych idei powstała kolonia poetów, (bracia Hart oraz Kampfmeier), architektów, rzeźbiarzy, twórców sztuki użytkowej, urzędników, polityków. Wśród nich znalazła się ważna dla Szklarskiej Poręby postać  - Wilhelm Boelsche, wraz z Hauptmannami inicjator tutejszej kolonii artystów. Należał też (wraz z malarzem Fidusem)  do Deutsche Gartenstadtgesellschaft - stowarzyszenia propagującego powstawanie miast - ogrodów. Bywali tam też obaj Hauptmannowie.
 Ciekawą postacią jest Fidus. Hugo Reinhold Karl Johann Höppener, dość ekstremalny przykład człowieka epoki. Grafik i ilustrator,  w sztuce - "symbolista psychodeliczny w manierze secesyjnej" - by tak skrótem sztukę artysty określić. Jego prace pojawiały się w takich pismach jak "Sfinks", "Jugend'  czy "Der Eigene" -  magazyn homoseksualny. Bo w Niemczech w tym czasie pojawił się zorganizowany politycznie homoseksualizm, walczący z wykluczeniem społecznym. W 1866 r. Fidus poznał "apostoła natury", artystę Karla Wilhelma Diefenbacha, propagatora nudyzmu i uczestnika koloni  wegetariańskiej Monte Verita w Asconie (Szwajcaria). Tam kolonię o charakterze spółdzielni założył Henry Oedenkoven - 25 latek, syn biznesmena, wraz z towarzyszką życia - Idą Hofmann, która kupiła wzgórze "Monescia". Kolonia, komuna właściwie, bazowała na dość naiwnym socjalizmie: nie uznawanie własności prywatnej, wspólnota majątkowa, negacja partii i społeczeństwa klasowego, swoboda związków. Obowiązywał sztywny kodeks moralny, ścisły wegetarianizm i .... nudyzm. Wśród poruszanych, ważnych dla kolonii zagadnień znajdowały się prawa kobiet, masoneria i mistyka, sztuka tańca, rytuał i magia. Bywali tam bardzo znani ludzie, np. C. Jung, E.M. Remarque, Isadora Duncan, Paul Klee, Carlo Mense, Henry van de Velde i wielu innych. W twórczości Fidusa dużą rolę odgrywała również mistyka. Gdy zaangażował się w ideę  miast - ogrodów, w projektowanych przez siebie osiedlach pośrodku umieszczał świątynie lub inne miejsca kultu.

Nawrzucałam informacji pozornie niepowiązanych ale może kiedyś uda mi się skleić je w jakąś  rozsądną i czytelną całość.
W takim twórczym okresie żył Heinrich Vogeler, jeden z głównych bohaterów kolonii w Worpswede, przesycony tymi wszystkimi ideami i je współtworzący. Wcześniej pracował w fabryce mebli w Hellerau  Carla Schmidta, której wyroby zachwycały odbiorców. (Później Schmidt założył wzorcowe miasto - ogród Hellerau pod Dreznem, spełniające wszystkie wszystkie wymogi nowoczesnej, modernistycznej idei).
Vogeler był malarzem, grafikiem, architektem, projektantem, pedagogiem i pisarzem. Był przedstawicielem Jugendstil - secesji niemieckiej,  stylu programowo syntetycznego, zrównującego "sztukę czystą' ze sztuką stosowaną. O secesji pisał: „W sposób nieświadomy powstała sztuka wyobraźni bez treści, czysto formalna, odległa od rzeczywistości. Była rodzajem romantycznej ucieczki od rzeczywistości, i być może dlatego dla człowieka mieszczańskiego upragnionym odwróceniem uwagi od zagrażających problemów teraźniejszości."
Vogeler to tylko pretekst był dla próby ukazania epoki. By uzasadnić tytuł  wrzucam  kilka jego obrazów  z czasu mieszkania w Worpswede. Są to po kolei:
Barkenhof zimą (1910)
Pływanie na rzece Hamme (ok. 1895)
Verkündigung - cokolwiek to znaczy (1901)
Oczekiwanie (1912)

piątek, 24 maja 2013

Barkenhof czyli Dom Vogelera - zwiedzania Worpswede ciąg dalszy

Lubię zanurzyć się w te klimaty..
...... Właściwie to jest jak bajka. Siedzę w białym domu zagubionym w ogrodach, pośród pięknych przedmiotów, w pokojach wypełnionych atmosferą twórcy. Siedzę w krzesłach jak z marzeń sennych, raduję się jego kwiatami, przeglądam się w jego zwierciadłach, a jego zegary odzywają się do mnie jak do pana. Mieszkam tu sześć dni czekając. Siódmego dnia, w białym salonie przy dwunastu świecach w wysokich srebrnych kandelabrach, podejmuję gości: mężczyzn najpoważniejszych w okolicy i smukłe, piękne dziewczyny w bieli, które grają i śpiewają, gdy je o to poprosić, siadają na empirowych krzesłach, tworząc najpiękniejsze obrazy i najmilsze głosy tych wypełnionych szeptem pokoi....  - to z grubsza cytat z dziennika Reinera Marii Rilkego, zachwyconego Worpswede i klimatyczną  atmosferą domu.
Ilutracją niech będzie obraz Vogelera “Koncert’, znany też pod tytułem “Letni wieczór w Barkenhof”. Od lewej uczestnicy niedzielnych spotkań: Paula  Modersohn-Becker, Agnes Wulf, Otto Modersohn, Clara Wetshoff-Rilke, Martha Vogeler, Franz Vogeler, Martin Schröder i Heinrich Vogeler.

Rilke pojawił się w Worpswede po powrocie z Rosji i Ukrainy, zaproszony przez Heinricha Vogelera, którego poznał we Florencji w 1898 r. Trudno się dziwić, że lubił wieczory w Barkenhof, gdzie czytając i deklamując swoje wiersze stawał się bohaterem wieczoru. Palenie glinianych holenderskich fajek, rozmowy o malarstwie, teatrze, literaturze, Milly Becker, siostra Pauli śpiewająca do fortepianu, będący z kolejną wizytą, charyzmatyczny i brzydki jak noc, Carl Hauptmann prowokujący coraz to nowe dyskusje. Gwarnie, gorąco, romantycznie. Wśród smukłych, pięknych dziewczyn była przyszła żona Rilkego - rzeźbiarka Clara Westhoff, wraz z którą po ślubie (1901) przeniósł się do pobliskiego Westerwede, nadal uczestnicząc w niedzielnych spotkaniach u Vogelerów.
Worpswede było kwintesencją jego marzeń o życiu - z dala od wielkich miast, wśród natury, w naturalnej  prostocie ułatwiającej refleksję nad życiem i sztuką, nad przyrodą i sztuką, nad sztuką pejzażu.  Znamy Rilkego - poetę, był również znawcą sztuki, miłośnikiem secesji i malarstwa pejzażowego. Wysmakowany dom Vogelera, właściwie dworek, nieco odbiega od wyobrażeń o naturalnej prostocie. Od frontu szerokie schody ujęte w ślimaki balustrad zwieńczonych potężnymi wazonami. Na przedpolu - regularnie zorganizowany ogród. Dom na rzucie zbliżonym do krzyża, parterowy z wąskim piętrem na poddaszu, kryty potężnymi dachami: dwuspadowym i mansardowym. Zabudowania gospodarcze na rzucie litery L - z boku i nieco cofnięte do tyłu - wzorem innych budynków w Worpswede. Teraz w budynku głównym mieści się muzeum, w budynkach gospodarczych - nowoczesna galeria sztuki współczesnej.
Mężczyźni z Worpswede są znani, podobnie jak i malarka Paula Modersohn - Becker. Natomiast niewiele wiadomo o pozostałych kobietach, a sprawy kobiet bywają ciekawsze od męskich.  Clara Westhoff pochodząca z dobrze sytuowanej rodziny już w wieku lat 17 podjęła artystyczną edukację w monachijskiej Damenakademie. Szybko   zaczęła korzystać z lekcji w prywatnych atelier innych artystów. Tak trafiła na malarza  Fritza Mackensena, który przekonał ją, że najlepszą dla niej formą artystycznej ekspresji jest rzeźba. W 1898 r. Clara przeniosła się do Worpswede, gdzie istniał już zalążek artystycznej kolonii - mieszkali tam od 1889 r Fritz Mackensen, Hans am Ende i Otto Modersohn.  Kilka lat później pojawili się: Fritz Overbeck, Vogeler i Carl Vinnen a także Paula Becker, późniejsza przyjaciółka Clary.
Zanim Rilke pojawił się w Worpswede, w 1899 r. Clara wraz z Paulą Becker i Marie Bock pokazały swoje prace w Kunsthalle w Bremie. Ostro skrytykował  je niejaki Fitger: że zbyt nowatorskie, niezrozumiałe, a przede wszystkim - że  autorstwa kobiet. Niemniej prace Clary znalazły uznanie Vogelera, a przede wszystkim jej mentora - Auguste Rodina. Po wystawie młoda rzeźbiarka pojechała do Lipska - kontynuować naukę w pracowni Maxa Klingera i Carla Seffnera, po czym, w 1900 r. wraz z Paulą Becker wyjechała do Paryża, gdzie dołączyła do atelier Rodina. Ten paryski okres, choć krótki, miał na nią decydujący wpływ.
Po naukach wróciła do Worpswede, została żoną Rilkego i urodziła córeczkę Ruth. Była od męża wyższa, silniejsza, o ostrych i zdecydowanych rysach twarzy, chyba silniejsza psychicznie.  Życie ma jednak swoje tory, nie było tak rajsko. Rilke opuścił ją już w 1902 r., podobno odbyło się to za obopólną zgodą - sztukę łatwiej realizować w samotności. I podobno zawsze utrzymywali przyjacielskie stosunki. Albo się nie kochali, albo była twarda, nie wierzę, że chciała zostać sama. Mieszkała w Worpswede do 1919 r., po czym przeniosła się do Fischerhude, gdzie zmarła w 1954 r. Dzisiaj w tym domu mieści się Cafe Rilke.
Do końca życia Pauli Modersohn-Becker były przyjaciółkami, zachowało się wiele bardzo osobistych listów o życiu, o sztuce.  Z rzeźb Clary zachowało się niewiele. Popiersia Rilkego, Vogelera i najbardziej znane popiersie Pauli Modersohn - Becker. 

Opowiadając o Berkenhof znowu utknęłam przy innym temacie. Więc na koniec fotka z domu Vogelera - tryptyk Meluzyna oprawny w boazerię.  Dom jest pełen przedmiotów projektowanych przez jego właściciela, głównie secesyjnych, z wczesnego okresu twórczości. Większość piszących o artyście skupia się na jego rewolucyjno-utopijno-pacyfistycznych marzeniach, pobytach w Rosji, drugiej żonie - Sonji Marchlewskiej, śmierci z wycieńczenia na zesłaniu w Kazachstanie. Fakt, utopijne marzenia o nowym pięknym świecie próbował realizować i w Worpswede i wszędzie, gdzie był.  Nie tylko w sztuce, również w pedagogicznej i kulturalnej działalności pozaartystycznej. Lecz tak rozległy temat - może innym razem.






środa, 22 maja 2013

chwila przerwy w zwiedzaniu - Music Hall

Music Hall to miejsce, gdzie wyświetlano polskie i niemieckie filmy sztuce i postaciom kolonii poświęcone. Tu też odbyło się kilka spotkań z ludźmi znanymi, kilka nieprzesadnie długich prelekcji oraz  Rilke  Projekt Live. Gdyby nie fakt, że krzesła mają okrutnie niewygodne, byłoby świetnie bo atmosfera przednia i niezłe piwo. Music Hall mieści się w wydłużonym budynku usytuowanym wzdłuż szosy, krytym strzechą. Jest tam knajpka i scena teatralna. W którymś momencie Tomek zabrał mnie na zaplecze, by pokazać mi  iście "królewską" toaletę, w całości zdobioną w deseń w formie  najbardziej erotycznych części ciała przedstawicieli obu płci. Obscena totalna aczkolwiek dzieło ciekawe. Żal tylko, że aparatu nie miałam
Natomiast na barwnie plakatami przystrojonej, barwnie malowanej, ciemnawej sali  niewielkie stoliczki, na których zapalono świece. Miły zwyczaj. Na zdjęciu widok do tyłu - na bar.

Tu goście dnia pierwszego, jeszcze przed rozpoczęciem. Zaraz się zacznie, po wstępnych przemowach obejrzymy film "Młyn i krzyż".  Film obejrzeć warto, świetny pomysł, aczkolwiek troszkę mnie  rozczarował, może przez te krzesła nastawiłam się wrogo.

W związku z tym, że spotykaliśmy się tam dość często toczyły się też rozmaite dyskusje. To jest to czego brakuje mi tutaj.  Ludzie za rzadko się spotykają. To czy ciekawie gadają zależy i od ludzi i od atmosfery miejsca. Teresa Kępowicz, Henryk Waniek, prof. A.Kuczyński i Janusz Konecki, w krótkiej rozmowie o.... Carlu Hauptmannie. Kto by uwierzył.
Profesor Kuczyński na scenie. Mówi o Gerharcie Hauptmannie - lokomotywie szklarskoporębskiej kolonii artystów. Tekst do czytania w naszym wydawnictwie "Między Odrą a Wisłą. Polskie kolonie artystyczne w latach 1819 - 1920". Profesor  Kuczyński jest szefem katedry niemcoznawstwa na uniwersytecie łódzkim,  przewodniczącym polskiego stowarzyszenia im. Gerharta Hauptmanna, fanem Carla Hauptmanna oraz świetnym kompanem. W zeszłym roku opublikował pamiętniki Marty Hauptmann - żony Carla, które rzucają sporo światła na dosyć idealizowaną postać Gerharta. Niestety wydawnictwo tylko po niemiecku. W przyszłym roku szykujemy konferencję Carlowi poświęconą, wówczas może uda wydać się to po polsku.  Zdjęcie poniżej - kolej na opowieść Henryka Wańka:"Panowie, damy i duchy z Künstlerkolonie Schreiberhau". Też do czytania w naszej książce ale również na blogu fana Wańka - widocznego na zdjęciu Tomasza Prylla, naszego tłumacza i "wodzireja": http://nieregularnik-nieperiodyczny.blogspot.com/2013/05/worpswede-2013-biennale-sztuki-i-filmu_5.html
 Powinnam dzielić się spostrzeżeniami, snuć refleksje, budować napięcie i celnie puentować. Powiem tak..wyczerpała mię praca przy owym projekcie, nie umiem. Chyba podobnie jest z całą naszą trójką, siebie też chyba mamy dość po pół roku ścisłej współpracy - staramy się omijać siebie i póki co w miarę się udaje. Przedawkowanie.  A tak szczerze to jesteśmy jeszcze daleko przed końcem. Jeszcze Niemcy przywiozą nam wystawy, jeszcze powiesimy je u siebie, jeszcze prezentacje  filmowe i sprawozdania u nas, rozliczenia projektów, itd.,itp. A życie toczy się szybko dalej. Za chwilę wystawa Młyna w Pałacu Staniszów,  Noc Świętojańska i wystawa z nią związana....
Właśnie, dzisiaj o tym chciałam napisać, bardziej niż o Worpswede. O 15.00 odbyło się u mnie spotkanie ekipy przygotowującej obchody Nocy Świętojańskiej. My w muzeum przygotowujemy wystawę i prelekcję na temat ale byłam raczej obserwatorem niż uczestnikiem spotkania. I jestem zachwycona. Organizatorem jest "Partnerstwo lokalne", czyli kilka stowarzyszeń, instytucji i klubów, które podejmują działania na rzecz miasta i społeczności. działania społeczne. Głównie organizują festyny i rozmaite imprezy. Zapał, entuzjazm, skąd w tych ludziach bierze się ta radość tworzenia ?  Już kiedyś o tym pisałam, bo to charakterystyczna cecha Szklarskiej Poręby. Wśród malkontentów pojawiają się tacy pozytywni wariaci.

poniedziałek, 20 maja 2013

" Haus im Schluh" - "Dom na bagnach" - zwiedzamy Worpswede w deszczu

W drugi dzień pobytu, po prelekcji "pracownika działalności podstawowej" Domu Hauptmannów dra P. Wiatera na temat historycznej kolonii artystów w Szklarskiej Porębie, gospodarze zabrali nas na wycieczkę. Wyjeżdżając z Polski studiowałam mapy pogodowe, miało być bardzo ciepło. Tymczasem.....widać. Na zdjęciu część ekipy kazimiersko - zakopiańskiej czyli moi ulubienie Dorota i Waldek Odorowscy z muzeum w Kazimierzu, Agnieszka Mitura, malarska, właścicielka galerii MIT w Kazimierzu i młodziutka i śliczna Julita Dembowska z zakopiańskiego muzeum. Zaprosiliśmy ich do udziału w "Między biegunami" i bohudzięki - zawsze można na nich liczyć i świetni kompani.
Pojechała z nami (busem - bo padało; tak naprawdę Worpswede zbyt małe jest na jeżdżenie), Claudia Krohn - sympatyczna szefowa worpswediańskiego wydziału kultury, ichni burmistrz oraz Waldemar Grażewicz - jak się później okazało ściśle z Worpswede związany (o ile pamiętam tam mieszka nawet), wcześniej - z Teatrem Animacji w Jeleniej Górze. Świat mały jest.

Najpierw pojechaliśmy w miejsce zwane  " Haus im Schluh" - "Dom na bagnach" - stary dom chłopski, wykupiony przez artystyczną parę - Vogelerów. Teraz stanowi własność Fundacji - Heinrich Vogeler Stiftung. Wrzucam tu jedyne przyzwoite zdjęcie, które udało mi się zrobić. Poniżej zdjęcie całego zespołu z google.  Jest to zespół trzech parterowych budynków, krytych strzechą (jeden w remoncie), z których jeden mieści muzeum Marthy Vogeler.  Gdy Heinrich Vogeler pojawił się w Worpswede, a było to dopiero w  1894 r. wybrał sobie uroczą Marthę Schröder na modelkę. W 1901 r. wzięli ślub, mimo sprzeciwu obu ich rodzin i zamieszkali domu  Barkenhof, gdzie jakiś czas trwała idylla. Martha,  po urodzeniu trzech córek, również sama zajęła się sztuką i rzemiosłem. W " Haus im Schluh", obok starego domu wiejskiego, w 1920 r.  zbudowano  dodatkowe budynki pod strzechą.  Powstało tu  atelier tkackie oraz galeria obrazów Vogelera. Gdy ten zakochał się  we wczesnym rosyjskim komuniźmie na tyle mocno, że coraz częściej zaczął jeździć do Moskwy, rozstali się i Marta zamieszkała w starym domu chłopskim.W 1929 r. Vogeler odwiedził ją tu po raz ostatni, po czym wyjechał do Moskwy.  W 1941 r. zmarł w Kazachstanie z wycieńczenia.

Po muzeum oprowadzała nas wnuczka Vogelera, potem dołączyła druga. Ciekawe jak to jest być potomkiem sławy ? Oprócz pokoi mieszkalnych jest tu wielka pracownia z krosnami tkackimi.


Są też apartamenty dla gości, gdzie w romantycznym anturażu można mile spędzić czas. Na zdjęciu rzeczony  Christian Henke robi zdjęcie, obok Waldemar Grażewicz i Henryk Waniek. Pośrodku - pierwsza wnuczka.
A tu ja robię sobie fotkę, jak prawdziwy japoński turysta. Z moją ulubioną torbą, zwaną przez kolegów nie wiedzieć czemu, workiem na ziemniaki





Uroki Worpswede - tekst dopiszę może

Uroki wioski-miasteczka właściwie. Dostaliśmy dzisiaj płytkę i filmem i  zdjęciami z Worpswede od naszego ulubionego korespondenta Sächsische Zeitung - Christiana Henke. Mam nadzieję, że nie będzie się pieklił, że wrzucam  tu jego fotki. Parterowe lub dwukondygnacyjne domki, często strzechą kryte. Pensjonaciki - jeśli trójkondygnacyjne - o zróżnicowanej bryle, wkomponowane w okoliczny pejzaż. mnóstwo zieleni - tu jeszcze dość rachitycznej, wszak to koniec kwietnia dopiero. Galerie i małe galeryjki - te zwłaszcza z licznymi dekoracjami na zewnątrz. Przytulnie, czyściutko, miło. Nie odwiedziłam zbyt wielu miejsc w Niemczech, głownie byłam na północy i na południu - przejazdem do Francji. Drugim takim miejscem, gdzie jest wiele domów pod strzechą, a raczej pod trzciną, jest Kloster na wyspie Hiddensee. Tam z kolei mieści się jeden z domów  Gerharta Hauptmanna, ob. muzeum. Tam jeszcze ładniej,bardziej dziko, ale też tam byłam w sierpniu.
Nie mieliśmy dobrej pogody. W dniu wycieczki po okolicy padał deszcz i zimno było. To Käseglocke czyli Dzwon z sera - taką nazwę ze względu na design uzyskał ten śmieszny budyneczek, cały wzniesiony z drewna. Wzniesiony został w 1926 r. według projektu berlińskiego architekta Bruno Tauta dla pisarza Edwina Koenemanna. Mieści się tu muzeum sztuki stosowanej.



a tu już zdjęcia Przemka.

sobota, 18 maja 2013

prowincjałki ?

Obserwując  z niewielkiego dystansu całe to wielkie wydarzenie artystyczno-filmowe w Worpswede zaczynam coraz wyraziściej widzieć, że nie liczy się w nim to co najważniejsze czyli sama sztuka. Istotniejsze  kto z kim, gdzie i o  kogo się otarł, z kim pokazał, jakie kontakty nawiązał, ile i jakie ordery do piersi przypiął a jeszcze ważniejsze o kim historia (i media) pisać będzie. I w ten najbardziej naturalny dla współczesnej polskiej (?) cywilizacji  sposób ginie z oczu istota każdego działania. Ja naiwna jestem sądząc, że może być inaczej ale kocham tę naiwność w sobie.
Po co zrobiliśmy Worpswede, dla jakiejże idei narobiliśmy się jak woły robocze, przy okazji narażając się wielu decyzyjnym osobom ? Chyba nie po by się wykazać, dowartościować, zebrać laury, zarobić kasę czy utrzeć komuś nosa. Dla mnie jest jasne: dla idei kolonii artystów. Dla ruszenia tematu traktowanego w kraju dosyć peryferyjnie, dla rozbujania jej promocji choćby po ty, by w ten współczesny świat się wpasować, w media trafić, sławę jej umocnić i kasę dla biednych artystów przyciągnąć. Co, tak jakby, kłóci się z ideą kolonii, skłonnej trzymać się z daleka od rzeczonego świata. Ale czyż świata i życia  nie charakteryzuje dychotomia ?

A dzisiaj wrzucam obrazki Janusza Motylskiego, które miałam w Worpswede. Prócz takich wtopionych w opalowe barwy postaci kobiecych, sennie przenikających przestrzenie, czasem obdarzone tytułami sugerującymi  biblijne proweniencje (Sadzawka Siloe), maluje karkonoskie pejzaże, najczęściej akwarele - dobre technicznie ale trochę szkolne - to moja opinia jedynie. Bardziej podobają mi się uproszczone, intensywne kolorystycznie pejzaże malowane w akrylu.
Czasem myślę, że malarstwo dla Janusza to działalność zupełnie uboczna. Jest bardzo aktywny.., że tak powiem.. społecznie. Działa albo nawet założył grupę Działania Twórcze Korkontoi - ideologicznie odwołującą się do tradycji artystycznej Karkonoszy, jest współzałożycielem naszego  "Nowego Młyna", organizuje życie twórcze Karpacza, pociągając za sobą artystów nieprofesjonalnych, robi wystawy, był albo nadal jest radnym Karpacza, jest pomysłodawcą i propagatorem stroju karkonoskiego - jako marki regionu. No i na dodatek zajmuje się tkactwem artystycznym uczestnicząc w międzynarodowym festiwalu tkackim "Kowary". Człowiek orkiestra.  
Jego twórczość jest delikatna, subtelna, ulotna.
Nigdy nie rozmawiałam z nim o sztuce, a ciekawa jestem co ona dla niego znaczy, patrząc na jego obrazy myślę - że relaks i słusznie.  Znowu bez kontrowersji...
 
Środowisko Karpacza jest bardziej zgrane, częściej współdziała artystycznie. Sami organizują wystawy, plenery i rozmaite inne działania. Mają tak samo trudno jak w Szklarskiej ale nie odpuszczają. W grupie siła. Nasi o tym zapomnieli.
Jestem skarbnikiem Nowego Młyna. I choć w zarządzie jest cztery osoby i prezes, papierologia i wszelkie finanse  spada na mnie. Podobnie jak organizacja wszelkich wystaw - wychodzi to całkiem naturalnie, mam galerię w muzeum.
W związku z tym, że doroczne przeglądowe wystawy "Nowego Młyna" w Szklarskiej się trochę przejadły, w zeszłym roku zrobiłam wystawę w galerii w Jeleniej Górze. O tę wystawę się wściekłam. Robiłam ją sama, w ramach urlopu, przy technicznej pomocy przedstawiciela biblioteki, który co chwilkę zauważał, że to co robi jest poza zakresem obowiązków. A ja to niby jak ? A gdzie byli artyści, którzy sobie założyli stowarzyszenie.  Obiecałam sobie, że więcej im wystawy nie zrobię i tego się chcę trzymać. Tym bardziej, że znaczną część członków Młyna pokazałam już w tym roku, w Worpswede właśnie.  Po każdej wystawie kupujemy jeden obraz do zbiorów, wybrany przez jury konkursowe, w którym jestem. Powinno im zależeć.
Kilka dni temu byłam w pałacu Staniszów na finisażu wystawy niemieckiej fotograficzki. W zeszłym roku Agata Rome otwarła tam galerię w wyremontowanym budynku gospodarczym. Inauguracja była huczna, za pomocą "Opery pałacowej" Łodzi Kaliskiej.  http://www.znanenieznane.pl/zaplanuj-sam/wydarzenia/opera-palacowa-uroczyste-otwarcie-centrum-sztuki-w-staniszowie
Mam jednak wrażenie, że dzisiaj Agata trochę straciła parę.  Na lato robi wystawę sztuki karkonoskich artystów, czyli praktycznie całego Nowego Młyna. Pogadałam z nią chwilkę, czy nie dałoby się tego potraktować jako  wystawy przeglądowej. Nie ma nic przeciw temu. Sprzedałam temat prezesowi. Zobaczymy co z tego wyniknie.

piątek, 17 maja 2013

Wiosny dzień trzeci

 a ja jeszcze nie wstałam z łóżka.  Myślałam, że jak w końcu zrobi się ciepło, uaktywnię się fizycznie i zadbam o tężyznę  - co by się zdało po pół roku siedzenia przy kompie lub w aucie. Przedawkowałam ostatnio pracę i choć bez nadmiaru roboty czuję się samotna i bezużyteczna, czyli  "jak ryba wyrzucona na brzeg" to tym razem zdecydowanie mam awersję. Nawet na "Żelaznych" nie mogę już patrzeć a już stanęli na dziedzińcu w Malborku. Kiepsko wyglądają, są jacyś "uduszeni"..

A tymczasem leżę pod gruszą na dowolnie wybranym boku. I mam to, co na świecie najświętsze - święty spokój

I byłoby tak faktycznie gdyby nie kilka przykrych faktów. Na dworze wiosna pełną gębą, na moim skalniaku odcienie fioletu, pochylone  w dół, czerwone i żółte  główki tulipanów, drobnica białego kwiecia na drzewkach owocowych, nade wszystko zieleń, świeżutka, jasna, nie do końca dojrzała. W końcu !!! A ja z zapuchniętym nosem i obolałymi kulami migdałków w gardle. Doskonałe usprawiedliwienie dla nic - nie - robienia. Niby dobrze, ale jest i drugi ból. Napisać krótki tekst o artyście, do którego twórczości mam stosunek bardzo mieszany. Kilka pozytywnych zdań - jak tego wymaga kurtuazja:))))
Ryśka Tyszkiewicza znam z grubsza od bardzo dawna. W 83 bodajże roku, na wystawie grupy jeleniogórskiej "Zadra" zrzeszającej artystów wówczas nieprofesjonalnych, pokazał najlepsze obrazy pełne drapieżnej ekspresji w zdeformowanych postaciach i mocnych zestawieniach barwnych. Potem zniknął. Rysiek to facet, który ma wiele samozaparcia. I dopiął swego - żyje ze sztuki, co zdarza się niewielu. Osiągnął status artysty profesjonalnego, choć nie wiem  co to ludziom daje poza lepszym samopoczuciem. W każdym razie wydaje się to ważne.
 Warsztatowo jest niezły, co widać w architektonicznej części cyklu "Powidoki retrosentymetalne". Te impresjonistycznie rozedrgane wedutki z rodzajowym sztafażem - przyjemna sztuka, jeśli powierzyć sztuce jedynie funkcje dostarczania miłych wrażeń estetycznych, ewentualnie mistycznych. Na dzisiaj to jednak nie bardzo wystarczy. 


Później  Rysiek wymyślił sobie malarstwo za pomocą akrylu, gipsu, farby olejnej, bejcy, kleju kostnego, etc. i  tworzy reliefowe kompozycje z cyklu 'obrazy duszy', który to tytuł wydaje mi się z lekka naciągany.  Gdyż nawet gdyby bardzo głęboko grzebać ciężko znaleźć łącznik między zawartością rzeczonej duszy męskiej a plejstoceńską skamieliną lub wyłaniającą się z lawy rybą przypominającą glonojada. Lubię, gdy malarstwo coś znaczy, jakąś prawdę niesie. A może niesie, tylko ja tego nie widzę... Niemniej w kwestii formalnej te jego obrazy -  monochromatyczne, reliefowe, subtelne  - są niezłe.
Ale idzie w nie najlepszym kierunku. Wystawa, o której piszę nosić będzie tytuł "Sen o ogrodach". Niedobrze. Choć kicz nie ma już tak pejoratywnego znaczenia to jednak schlebianie pospolitym gustom nie sprzyja sztuce. Człowiek ma w sobie jakąś intuicję, która wyczuwa fałsz. Od dwóch dni przyglądałam się jego obrazom,  w końcu, w bólach, spłodziłam tekst poniżej.

 

"Ze sztuki współczesnej zniknęło piękno. Wraz z dadaizmem i surrealizmem - przestało w sztuce znaczyć, jest zbyt łatwe więc nosi znamiona popkultury czyli kiczu…. Przeważa teza, że „sztuka bez kontrowersji jest dekoracją”(Rafał Olbiński).  Na szczęście brak  jednoznacznej definicji sztuki, istnieje mnogość przypisywanych jej funkcji, z których estetyczna należy do zasadniczych.
Malarstwo Ryszarda Tyszkiewicza mieści się w  kategoriach tradycyjnej estetyki.  Dekoracyjny charakter swojej sztuki deklaruje sam artysta kokieteryjnie mówiąc, że jego obrazy „ są dziełami samymi w sobie, spełniać mają przede wszystkim rolę wizualną”. Nie chce, „aby coś sugerowały, o czymś mówiły, krzyczały, o coś walczyły. Wolne są od ukrytych symboli”.  I wbrew deklaracjom prezentuje obrazy – preteksty dla ujawniania wewnętrznego świata: sentymentalnie poetyckiego, bądź przesyconego erotyką, bądź  purystycznie monochromatycznego, gdzie z reliefowej struktury wyłaniają się przedmioty znane, lecz wyrwane z kontekstu uzyskują nowe znaczenia.  
 Ponad trzydzieści lat  doświadczeń warsztatowych zaowocowało sprawnością techniczną i sporym zakresem możliwości artysty. W „Powidokach retrosentymentalnych” znajdziemy formalne odniesienia do XIX-wiecznych mistrzów (kwiaty, pejzaże), w architektonicznej części cyklu  – flirt z impresjonistami,  w „Obrazach duszy”-  ciekawą technikę własną, bliższą warsztatowi rzeźbiarza, bazującą na klejach, farbach, żywicach grubo  kładzionych pędzlem, opracowywanych rylcem, traktowanych papierem ściernym i szlifierką. Zwłaszcza te z elementami architektury  -  wysmakowane kolorystycznie reliefy, monochromatyczne i subtelne.
Malarstwo Ryszarda Tyszkiewicza odpowiada silnie zakorzenionym  tradycyjnym metodom  wartościowania sztuki. Artysta łatwo trafia w gust odbiorcy szukającego w sztuce ukojenia, łagodności i odpoczynku dla oczu, ucieczki od trudnej codzienności.  Wystawa „Sen o ogrodach”  to piękna, optymistyczna bajka, spełniająca oczekiwania widza. Odwołuje się  do marzeń – snów o rajskich ogrodach, magicznych, baśniowych łąkach  istniejących poza czasem. Nie  wymaga analizowania, szukania metafor, jest zrozumiała. I słodko piękna.
Tylko… czy nie jest zbyt piękna, zbyt łatwa, zbyt mało kontrowersyjna  ?"
Tekst adekwatny do malarstwa. Idę spać.