niedziela, 18 września 2016

przegląd prac Nowego Młyna.. życie

Dziewczyny z Muzeum Zabawek, gdzie prezentowana jest wystawa, przygotowały ją świetnie, a wnętrze łatwe nie jest. Wernisaż się chyba udał, ocenić nie umiem, bo pod wpływem emocji.. nawet nie silę się na obiektywizm. No ale potem, jak zwykle, zbieram pretensje artystów. Że ich obrazy nie są odpowiednio wyeksponowane, że nie takie światło, że nie w tym co trzeba miejscu wiszą, że nie tak jak chcieli zabrzmieli w katalogu, że katalog fatalny, itd. itp. Dobrze, że jestem odporna (w miarę). Zróbcie to sami proszę..
Artyści profesjonalni mają pretensje, że towarzyszą im nieprofesjonalni, nieprofesjonalni - że ich olewam. Jasna dupa... Nowy Młyn to środowisko złożone, pokazuję wszystkich bo o całość w stowarzyszeniu chodzi ( którzy zapomnieli, proszę w statut spojrzeć), a  krawiec kraje jak mu staje materii..
Artysta to delikatna materia jest, zwłaszcza artysta nieprofesjonalny. Co z tego, że niejednokrotnie w wypowiedzi lepszy, nie ma potwierdzenia swojej wartości w formie dyplomu, więc niepewny jest. Co z tego, że tłumy na wernisażach, że obrazy sprzedają się jak ciepłe bułeczki, napisz człowieku o nim choć ciut krytycznie - załamie się i nic już nie namaluje, w najgorszym wypadku zadrę chować będzie do grobowej deski. Z kolei ten z dyplomem ci powie "za mała jesteś na moją wystawę, nie stać cię.." a potem pretensje ma do świata całego, że się go nie wystawia.
Sam przegląd ? ... zobaczcie  wystawa jest do 11 grudnia.

poniedziałek, 12 września 2016

bardzo smutny dzień dzisiaj


http://www.polsatsport.pl/wiadomosc/2016-09-12/nie-zyje-artur-miazga/
Bardzo smutny dzień dzisiaj. Rano dowiedziałam się, że wczoraj, w wypadku zginął fantastyczny młody człowiek, Artur,  przyjaciel mojego syna.
Chciałam napisać coś... nic nie przychodzi mi do głowy, tylko tak strasznie żal

niedziela, 11 września 2016

wrzesień

Najwyraźniej skończyła mi się potrzeba uzewnętrzniania. A może myślenie ? Wakacje były takie szybkie, ze nie jestem w stanie spamiętać. Dwa tygodnie w suwalskim, kilka dni nad morzem, w domu nieustające tłumy gości. Chyba potrzebuję odpoczynku, znaczy zimy. Nie chce mi się pisać, czekam na gości. Więc wrzucę parę fotek z Suwalskiego Parku Krajobrazowego, gdzie było najpiękniej.

sobota, 2 lipca 2016

1 lipca

Lato od co najmniej miesiąca w pełni, nie mam czasu ani ochoty pisać. Zresztą nie ma o czym. Wprawdzie w ostatnim miesięcy byłam kilka razy w Pławnej, zrobiłam Milińskiemu wystawę, z wernisażem i spotkaniem z publiką, pomieszkałam kilka dni w Sokolnikach pod Łodzią, byłam w Bydgoszczy - Niewieścienie (przyglądając się życiu na plebanii od kuchni) i Toruniu, ale to to żadne wakacje były, jeno krótkie wyjazdy między pracą i ogródkiem. Ogródek uprawiam namiętnie, bo aura kwitnieniu sprzyja: upał z deszczem. Teraz się szykuję do najazdu na suwalskie rejony ale jeszcze muszę gości wakacyjnych przyjąć, teksty do kolejnej wystawy napisać i do druku oddać, a najlepiej odebrać wydrukowane, plany na rok przyszły sporządzić, no i marszrutę noclegową ustalić. A, i na rowerze pojeździć, żebym plamy nie dała w terenie. Już mi się baaaardzo jechać chce.
Jak ja kocham lato. Wstaję co dzień koło 5-6 żeby ani chwili lata nie stracić..

poniedziałek, 9 maja 2016

Wioska Wolimierz

Wioska położona na końcu świata, niedaleko Świeradowa, w pobliżu czeskiej granicy. Jedzie się tam przez Janice, Grudzę, Rębiszów, Mirsk, Giebułtów i Giebułtówek albo od Świeradowa. Teren raczej płaski, w tle Izery z wyraźnie widoczną gondolą na Izerskim Stogu.
Miałyśmy pecha z pogodą tydzień temu gdy byłyśmy w Szklanej Kuźni u Magdy Kużniarz - lało. Wczoraj była pełnia lata w świeżych barwach wiosny. Szczerze mówiąc mnie się bardziej podobało w deszczowo-bagnisty dzień, było klimatycznie. Lubię mgły snujące się w deszczu...
U góry widok zwartego centrum wsi z placem, kościołem i sklepem, my idziemy w stronę Stacji Wolimierz. Centrum jest maluteńkie aczkolwiek bardzo przytulne - taki  ryneczek otoczony domami, obszerny skwerek przez murem kościoła, który potraktowałam jako parking. Nie ja jedna. 
Na placu drogowskazy. Wiodą do wszystkich wiejskich atrakcji, głównie do gospodarstw agroturystycznych. Bo jest ich tu całe mnóstwo, ponoć największe zagęszczenie w województwie. A kiedyś, na początku lat 80. XX w. mieszkała tu jedna rodzina. Historia zaczęła się na nowo za sprawą Wiesławy Dowchań (pracownia projektowa wnętrz, przedmiotów, tkanin i ubiorów) i Kliniki Lalek. Wiesia - bo tak mówią o tej statecznej już pani - urodziła się w Wolimierzu i namówiła wrocławski teatr do przeprowadzki na peryferie. Wieś była zrujnowana, całkowicie wyludniona, jedynie rodzina pani Wiesi była na miejscu. No a potem ruszyło. Najpierw bardzo intensywnie, potem trochę wolniej, teraz jakby, wraz z dobrobytem, odrobina marazmu się wkradła. 
Poza  częścią centralną wieś jest bardzo rozrzucona na rozległym terenie, z bagnistą, kilkudziesięciu hektarową łąką pełną zwierzyny, pośrodku. Pies Fiolka goniła sarny i zające, uciekała przed żmiją, użarła ją osa. Teren płaski, trochę podmokły, poprzecinany płytkimi rowami melioracyjnymi. Dużo lasu, dookoła łąki szosa.
Domy stare, w większości starannie odremontowane z podkreśleniem archaicznego detalu, zwłaszcza charakterystycznego, obudowanego deskami przysłupa. Na górze fotka nieostra lecz kolorystyczne ciepło zmusza mnie do jej włączenia. Kilka domów zupełnie nowych - stąd wniosek, że wieś żyje. Zupełnie inne odczucie miałyśmy będąc na tym końcu świata w deszczowy dzień. Wtedy to był rzeczywisty koniec świata.
Jest też dom zbudowany na wzór starej chałupy, chyba nowo budowany, ten poniżej. Skromny, drewniany, myślę, że współczesny albo współcześnie szalowany bo technika ułożenia desek jakaś dziwna.
 Piękny jest Wolimierz. Cichy, spokojny, świeży i rozłożysty. Czysty. I chyba wszyscy ludzie się znają, bo wszyscy są skądś z daleka i wszyscy z wyboru.







czwartek, 7 kwietnia 2016

Migawki z Iranu- zdjęcia Anastasi Cariuk

Miałam w planie napisać cokolwiek o tym poniżej,  ale przecież sama z autopsji nic nie wiem, więc tylko wrzucam zdjęcia. Autorką jest córka mojej przyjaciółki Tani, Anastasia, która podróżuje po świecie, od dłuższego czasu po Bliskim Wschodzie. A, że jest kobietą ciekawą ludzi, pejzaży, architektury, życia, smakuje świat we wszelkich jego aspektach.
Isfahan. Dawna stolica imperium perskiego, w XVI w. jedno z największych miast świata.  Na zdjęciu powyżej  detal z bramy największego w Iranie Meczetu Piątkowego. Nieprawdopodobne...
A na zdjęciu poniżej katedra, też w Isfahanie. Założona przez ormiańskich imigrantów osiadłych w Persji za szacha Abbasa I, po wojnie osmańskiej w latach 1603-5. Wzniesiona w latach 1606 -64. Zwieńczona kopułą, przez co przypomina meczet, ale ma też prezbiterium. Zewnątrz formę ma prostą, wnętrze zdobione nieprawdopodobnie bogato. Rzeźby, ściany pokryte dekoracyjnymi płytkami ceramicznymi i malowidłami, błękitne i złote malowidła centralnej kopuły przedstawiające  historię stworzeni świata i wypędzenia z raju + całe mnóstwo innych malowideł. Stylistyka ornamentu wschodnia,  cóż się dziwić, na chwilkę jesteśmy w Iranie.
I na koniec - bazar w Isfahanie, sklep z dywanami perskimi.



niedziela, 27 marca 2016

święta

Jedno moje dziecko dziś (w Wielkanoc !!!) nad ranem wróciło z nart we Francji. Jest to jej trzeci wyjazd w ciągu ostatnich  trzech miesięcy: Portugalia, Austria, Francja. Drugie moje dziecko od stycznia zaliczyło wakacje na Kanarach, po czym poleciało na 1,5 miesięczne zgrupowanie do Calpe, z dwudniową przerwą na przylot do Polski i załatwianie spraw firmowych. Ich przyjaciółka wyszła za mąż za nepalskiego szerpę. Ślub się w Nepalu odbył.  Stroje młodej szyła rodzina przyszłego męża, na ślub w jurcie młoda pojechała tylko z tatą (mama stwierdziła, że to nie na jej nerwy), ostatnie kilometry - na osiołku (sorki- jeepem, nie te czasy). Kolejne dziecko pracuje w Dubaju, wcześniej w Stambule, Londynie i Moskwie. Święta spędza u nas Leopold - kolega starszego, który przyjechał z Poznania dziś rano. Leopold dopiero od trzech lat mieszka w Polsce. Jutro jadą do  rodziny dziewczyny starszego do Legnicy. W gościach był u nas inny kolega starszego, gościnnie w Jelonce u rodziców, na stałe w Poznaniu, ale za chwilę w Sztokholmie, gdzie dostał trzy razy lepiej płatną robotę (a mało w tym Poznaniu nie zarabia) ale chyba tam miejsca nie zagrzeje, bo w Szwecji niebezpiecznie z powodu uchodźców. 
A ja ugotowałam barszcz ze święconką, który jest jedzony przez różnych gości o różnych porach i poszłam z psem na spacer. Wczoraj wyskoczyłam z pracy do kościoła w Szklarskiej, poświęcić jajka bo byłabym niespokojna nie spełniając tego podstawowego, aczkolwiek atawistycznego (biorąc namiar na moje podejście do kościoła), obowiązku. 
W takim świecie żyję. Na granicy tradycji moich rodziców i należącej do młodych współczesności. Odstaję od jednych i drugich z tym moim upodobaniem do polskiego pejzażu i fizycznej orki w ramach urlopu. Wakacje  pod Suwałkami spędzę, żałując, że nie mogę być równocześnie w Kazimierzu. Z drugiej strony ciężko jest mi uwierzyć, że mam rodzinę rzeszowską, która każe mi uważnie patrzeć na niemieckie ręce, wykupujące polską ziemię, żeby ją przejmować i nas wynaradawiać.
Boli mnie głowa dzisiaj, może z powodu niezwykłego, jak na marzec upału. Pies na spacerze trzy razy wykąpał się w różnych strumieniach. Lato idzie.