sobota, 16 listopada 2019

Parsifal


    Próbowałam ogarnąć historię Parsifala, coby troszkę scharakteryzować ulubionego bohatera Hendricha. Ale to jest nie do ogarnięcia. Wydarzeń i przygód od groma, imion o skomplikowanie obcym brzmieniu w typie fantasy - na full. Na dodatek Wagnerowski Parsifal to zupełnie inna tematyka niż rycerska opowieść (w wielu tomach) wczesnośredniowiecznego Wolframa von Eschenbacha. Streszczenia czytałam.
          Generalnie chodzi o to, że dziko w lesie przez matkę chowany chłopaczek postanawia zostać rycerzem króla Artura. Najpierw zachowuje się jak klasyczny rabuś i bandyta, ale w końcu trafia na guru, który przysposabia go do cywilizacji, próbując wpoić rycerski etos. Młody dostaje się na dwór Artura, zalicza mnóstwo wpadek, w końcu dostaje misję – znaleźć Świętego Graala. Kilka ksiąg to jego dojrzewanie do mądrości w wirze krwawych przygód, przemiany duchowe, w końcu – pozytywny finał: Parsifal zostaje władcą Graala.
     Drugi wątek to przygody klasycznego rycerskiego bohatera, Gawana, który – jak się okazuje w praniu, nie do końca odpowiada rycerskiej wizji. Bo jest człowiekiem – co też wybrzmiewa w opowieści.
       Jak zdążyłam się zorientować jest to wielki epos socjologiczny o średniowiecznym świecie, opatrzony całkiem sporą dozą psychologii, pełen podtekstów i odniesień do wiary (pogańskiej i chrześcijanstwa) oraz filozofii, nie pozbawiony dość intensywnej propagandy katolickiej. (No, ale w pocz. XIII w. katolicyzm w Europie dopiero się szerzy, Parsifal w dziecięctwie pojęcia nie ma o Bogu). A przy okazji jest to barwna opowieść przygodowa. Jest tych przygód tyle i tych wątków tyle, że każdy następny literat mógł wybierać i pokazywać z dogodnej dla siebie perspektywy.
Wagner wybrał końcowe etapy eposu – zdobycie Graala i położył nacisk na religijny wydźwięk opowieści. Nawet scenę Eucharystii wystawiono.
 

czwartek, 14 listopada 2019

o pewnym niemieckim malarzu - niezobowiązująco


Oto Herman Hendrich, bohater naszej najbliższej wystawy – jego autoportret.  
Geniuszem sztuki malarskiej to on nie był, nie tylko do Rembrandta mu daleko. A jednak zapisał się w historii.  Czasem tak jest, że średnich lotów artysta (z formalnego punktu widzenia)  pozostawia po sobie mocny ślad. Trzeba tylko, by nosił w sobie jakąś ideę i głosił ją, a nawet wcielał w życie. Nie „sztuka dla sztuki”, tylko sztuka po coś.  Taki był Hendrich.
Czytam sobie o nim i  tak się zastanawiam, co nim kierowało.  
Utalentowany był od dziecka, ale nie na tyle, by publiczność powalić na kolana. Pracował więc długo jako litograf, projektował firmowe katalogi, wieczorami malował. Do szuflady. Mimo, że szkolił się u mistrzów z Monachium i Berlina, nikt nie chciał zainteresować się jego sztuką, docenić, zrobić wystawę… Spakował więc manatki i wraz z kolegą wybrał się w artystyczną podróż. Do Norwegii. Wędrowali pieszo, podziwiali krystaliczną urodę zimnego świata, zanurzali się w lodowatej wodzie, przeżywali mistyczne uniesienia w drewnianych  kościółkach, słuchali pradawnych opowieści i malowali. Najwyraźniej ku duchowości miał Hendrich predylekcję.
Inna sprawa, że fajny czas to był. Świat się przebudowywał, mechanizował, industrializował, rozwartswiał i przyspieszał, znaczy – prawie się walił. Ludzkim zadaniem stało się bogacenie, obrastanie w materialne dobra.  A  zamyślenie nad sensem tego wszystkiego ? A duch jakiś, idea?  Ludzie o innej niż materialistyczna konstrukcji pogubili się, zaprotestowali przeciw istniejącemu porządkowi, mieszczańskiemu filisterstwu, skostniałej sztuce. Wyruszyli na rubieże i zaczęli przebudowywać świat, Tak z grubsza powstały artystyczne kolonieJ)))
 Kolejnym doświadczeniem naszego malarza była Ameryka, gdzie odwiedzał brata. A przy okazji obejrzał jak działa świat biznesu, zrozumiał rolę konceptu, znaczenie reklamy i to, że swoją przyszłość można i trzeba wziąć we własne ręce. Pomógł mu niewątpliwie fakt, że po autorskiej wystawie  w Stanach sprzedał wszystkie obrazy. Wrócił więc z kapitałem.
Czy tam wymyślił koncept, czy wpadł mu do głowy podczas słuchania Wagnera i zachwycania się jego ideą gesamtkunstwerk – tego nie wiadomo. W każdym razie wrócił zaopatrzony w taki biznesowo–wagnerowski arsenał.  I kasę.
 Postanowił budować sale dla swoich wystaw, pokazywać w nich swoje obrazy, spiąć to wszystko jakąś nośną idea, która trafi choćby do podobnych do niego. Szybko okazało się, że trafił do wielu.  
Najpierw zbudował Halę Walpurgii–na Hexentanzplatz w Harzu, potem Halę Legend w Szklarskiej, potem Halę Nibelungów w Kȍnigswinter, na koniec Halę Legend Niemieckich w miejscowości leżącej dziś w obrębie Solingen.  Czyli sukces.
Dlaczego  więc popełnił samobójstwo? I to prawdopodobnie pod kołami pociągu.
Jeśli nie macie nic przeciwko, będę sobie przez jakiś czas pisać o Hendrichu, gdyż jestem zafascynowana tym artystą-człowiekiem- biznesmenem-wizjonerem.