czwartek, 28 listopada 2013

Oh.. Karol...

Zabawa w archiwach trwa. I czytam książkę "Carl Hauptmann w polskiej nauce i krytyce literackiej" zredagowaną przez mojego ulubionego profesora Kuczyńskiego więc dziś  na tapecie Carl. Tak sobie patrzę na tego faceta - w różnych odsłonach - i zastanawiam się co miał takiego w sobie, że lgnęły do niego kobiety ? Intelekt to najlepszy afrodyzjak, fakt, ale... Niewielki, drobny, lekko przygarbiony, z za dużą głową, twarzą o ostrych rysach, z wydatnym nosem, kozią bródką pod zaciśniętymi acz wydatnymi ustami i parą brodawek na fałdzie policzka. Hmmm.. przesadnie przystojny nie był. Ale malowniczy i owszem - we wzorzystej kamizelce pod szerokim płaszczem, z szyją owiniętą długim szalem, oficerki, śmieszny kaszkiet na głowie albo rozwiana czupryna. Czy był uwodzicielski, szarmancki dla kobiet ? Czy może nieporadny wobec świata, zagubiony i potrzebujący kobiecego ramienia ? Genialność, błyskotliwość, umysł, którego bynajmniej nie ukształtowały tylko wychowanie i nabyte doświadczenie - to wszystko zdradzało w Carlu istotę wyższą. Jednocześnie zaś z łatwością radził sobie ze wszystkimi przedmiotami w szkole. (....) Swoim towarzyskim rezolutnym usposobieniem i licznymi talentami podbił nawet Dachördenshof. Carl zawsze mnie w tym przewyższał. Tak pisał o nim Gerhart w swoich wspomnieniach.
Zodiakalny byk więc raczej o siebie i rodzinę dbać potrafił, sybaryta chłonący świat wszystkimi zmysłami - bo choć stały i wierny, skok w bok to też dowód umiejętności smakowania życia. Towarzyski, żywiołowy, ambitny. Startował jako geniusz z nadzieją na świetlaną przyszłość, nadzieja rodziny, wzór dla młodszego brata.  Bo późniejszy noblista najpierw  niezbyt lotnym uczniem był, potem rzeźbiarzem planował zostać, na koniec pod wpływem brata - pisać zaczął. Carl jakimś, babskim niemal, instynktem wiedziony widział w nim świetnego pisarza, od początku mu pomagał, przecierał szlaki, najpierw prowadził za rączkę we wrocławskim gimnazjum, potem na uczelni w Jenie, gdzie - notabene - studia mu załatwił. Powszechnie lubiany wykorzystywał swoje towarzyskie układy, by pomóc adeptowi sztuki pisarskiej. Zachęcał, wspierał, skrzydła przypinał.  Miał masę znajomych w odpowiednich kręgach i wykorzystał je.  Największą przyjemność sprawiało Carlowi nie branie, lecz dawanie. Już wtedy zależało mu chyba na pozyskaniu w ten sposób sympatii innych ludzi. Wszyscy, z którymi rozmawiał, ulegali urokowi jego słów. Pisze we wspomnieniach w miarę obiektywnie jego brat, zgodnie systemem wartości "coś za coś", nie przypuszczając, że niektórzy w naturze mają "coś .. ot tak..".
Marzenia o sławie rozpłynęły się jak sen jakiś złoty, pozostało grzać się w blasku sławy brata. Nie było to miłe ciepło, tym bardziej, że sam też zaczął pisać a jego pisanie określane było jako epigoński naturalizm i naśladownictwo twórczości brata.  W późniejszych wspomnieniach, w "księdze namiętności" Gerhart przedstawia go jako człowieka zazdrosnego o jego sławę i w tej zazdrości upatruje powodu sprzeczek, rodzinnych  animozji, wrogości nawet,  swojej winy  w ogóle nie widząc.
A Carl ? Doktor nauk filozoficznych i pisarz. Może nie umiał zdecydować: nauka czy pisanie. Może był nadto wrażliwy by uwypuklić prostą czerń i biel konfliktu, zgodnie z własną  naturą rozmywając go w szarościach i niuansach. A może po prostu w tej jednej kwestii geniuszem nie był. Choć pisał, pisał, pisał. Codziennie, od trzeciej nad ranem do południa i po południu ponownie. Ze zdumieniem doczytałam ile tego było: powieści, dramatów, wierszy, praca i kawa, kawa i praca. Nic z tego, nawet Niemcy niewiele o nim wiedzą. Tymczasem w Szklarskiej grał  pierwsze skrzypce. Wokół niego toczyło się życie towarzyskie, choć część znacznych gości przyjeżdżała poznać Gerharta, szybko skupiali się na Carlu, jego twórczej osobowości, pomysłach i ideach. O domu w Szklarskiej Porębie pisze jego przyjaciel - dr Wilhelm Bölsche: Chyba każdy zna czarowną baśń Musäusa o tym jak karkonoski Duch Gór podczas zimowej zamieci wyczarowuje z lodowato-zimnej, granitowej skały przytulny wiejski dom dla zagubionych, wylęknionych wędrowców. Oto nagle otworzyły się przed nimi przytulne wnętrza pełne muzyki i brzęku szkła. Carl Hauptmann sam urzeczywistnił nieco z tej magicznej wizji, zamieszkując w tym ‘powiecie Ducha Gór’ [...]” Charyzmatyczna osobowość przyciąga ale i najczęściej sama się spala.
Na obu zdjęciach po prawej - spacery: letni i zimowy, z nową żoną - Marią. Zapewne po parku  przy domu w Szklarskiej Porębie, parku, który wówczas jeszcze  pusty dość mocno, do dziś  rozrosnąć się zdążył. Co też Carlowi zawdzięcza, bo zwoził tu rośliny ze świata.  Po lewej  jeszcze nieco wcześniejsze zdjęcie rodzinne z 1903 r. Obok Carla siedzi jego - też nie najpiękniejsza siostra - Lotte, naprzeciw - Martha z domu Thienemann, pierwsza żona Carla, owa Muszeczka, tak później okrutnie porzucona na rzecz tej na zdjęciu  spacerowym.  O barierkę oparty stoi jeden z synów Gerharta z pierwszego małżeństwa  - Eckart. Notabene siedzą w cieniu starej lipy, na balkonie pokoju, który niedługo "obejmę", gdyż szefowa decyzję podjęła o likwidacji naszego pokoju gościnnego. Tam więc przeniosę swoją pracownię. Dla mnie - bomba, będę miała światło słoneczne od południa, piękny widok na pasmo Karkonoszy i ducha Carla przy sobie, bo to jego pokój pracy był.
Obok - bardzo zniszczone, wzruszające zdjęcie Carla z córką - Mononą - wymarzonym dzieckiem, które dała mu dopiero druga żona. W sumie nie wiem, czy wypada pokazywać prywatne zdjęcia wielkich ludzi, ujawniając ich  osobiste jestestwo, ale w końcu człowiek bywa nie tylko wielki, również słaby, dzięki temu człowiekiem jest. Monona... Carl był zwolennikiem monizmu. Kończę bez puenty bo to jeszcze nie koniec,  za czytanie się biorę. Im więcej o nim czytam tym bardziej interesujący się staje.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz