niedziela, 16 listopada 2014

po wernisażach

Wszystko dobre co się dobrze kończy. Na wernixie w muzeum ludzi było maleńko. Powodów pewnie kilka: zbyt długo nieczynne muzeum, zbyt krótki termin między rozesłaniem zaproszeń a imprezą, zbyt mało popularny na prowincji temat wystawy (performance + szkło), mecz w nogę z reprezentacją PL w roli głównej w tym samym czasie, etc. Szkoda.
Za to w Galerii Izerskiej w Kromnowie na wystawie Młyna ludzi było niemało, za to sztuka raczej mizerna. Nihil novi... Pora zmienić formułę stowarzyszenie i wystaw. I chyba mam kilka pomysłów, zobaczymy co wyjdzie.
A dziś ?  Z ogromną radością raczyłam się wodą i ciepłem: basen, sauna, hydromasaż, spacer z psem. Luzik. Polecam na niedzielne, jesienne poranki. Polecam Wojanów.
Dojrzewam do trudnego tematu ale nie wiem jak go ugryźć. Jedna z naszych młodych koleżanek nie wytrzymała presji, jest na zwolnieniu. Bezmyślny mobbing szefa, wrażliwość zdolnego pracownika, milczenie pozostałych. Współczesna polska norma ?

wtorek, 11 listopada 2014

zapraszam do Kromnowa

Kolejna wystawa Młyna. Jeszcze nie jest gotowa, jeszcze nie wiem jak wyjdzie ale na pewno będzie świetnie i bardzo różnorodnie. Widzę po przywożonych pracach. Zaproszenia projektowane przez Agnieszkę Owsianik i Olę Szczyżowską - do wyboru - są dosyć nietypowe jak na rozmalowane środowisko. Pewnie taki znak czasu.
Wystawa odbędzie się w Galerii Izerskiej w Kromnowie. http://galeriaizerska.wix.com/galeria-w-kromnowie Wrzucam link, tam znajdziecie lokalizację. Galeria mieści się w dawnym kościele ewangelickim i jest to niezły patent na zagospodarowanie niszczejącej architektury "niczyjej', no i kolejne, istotne miejsce w okolicy, w której jest tak mało galerii a tak wielu artystów. Zapraszam.

niedziela, 9 listopada 2014

Dzień jesiennej przyjemności

Tydzień posanatoryjny ciężki był jak diabli. Po trzech tygodniach totalnego odmóżdżania rzut w pracę, głównie fizyczną: porządki po remoncie w firmie (wszystko w kurzu i cemencie oraz śmierdzi lakierem do podłóg), rozładunek dowożonych eksponatów, nieskończone wędrówki z obciążeniem po schodach, wstępne odtwarzanie wystaw, równoczesna "inwentaryzacja" (w zastanych warunkach nie da się zrobić nic więcej niż spis z natury) oraz cała masa rozmaitych zaszłości. Nie mam kondycji. Powroty z pracy, rzut na  łóżko, sen najczęściej do rana. Jeszcze w międzyczasie spotkanie towarzyskie. W sobotę z ogromną przyjemnością zajęłam się układaniem kubików drewna (opał na zimę). A dziś ?
Fuuuuuuuuull relaaaaaaaax.  
Najpierw  rowerowy spacer z psem po pobliskich polach i lasach, w tle prześwietlony słońcem zamglony wiejski pejzaż z ledwie czytelnym pasmem gór na horyzoncie. 
Potem basen i sauna w kompleksie pałacowym w Wojanowie (BOMBA !!!!!). Wnętrze prześwietlone słońcem, ciepła lazurowa woda, mocny lub delikatny hydromasaż do wyboru, odrobina pływania, odrobina gimnastyki, fińska sauna w miłym gronie, kawa... cuuuuuuuuudnie.
Następnie spacery z Kasią i psem po Karpaczu w okolicy leśnego cmentarza. Kasię naszło na odwiedzanie grobów znajomych. Cmentarz z widokiem na Śnieżkę tonącą we mgle, wokół zapach lasu, herbatka przy kominku u Małgosi. 
Na koniec wieczorny pstrąg pieczony z frytkami  w Mysłakowicach na świeżym powietrzu.
Siedzę sobie w fotelu przy rozgrzanym  kominku, wyspacerowany pies chrapie na podłodze, kot przeciąga się w koszyku. Jak dobrze mi jest.........

czwartek, 23 października 2014

sanatorium III

Przed wyjazdem martwiłam się, że nie wytrzymam trzech tygodni. Teraz się martwię, że już półmetek. A jest mi booooosko. Codziennie pławię się w basenie, jacuzzi, w kąpieli perełkowej, mam dwie gimnastyki oraz rozmaite zabiegi przeciwbólowe. Karmią mnie trzy razy dziennie, nie muszę gotować ani po obiedzie sprzątać. Czytam, biegam z kijami, gram w karty, towarzystwo mam przyzwoite, pogodę też, zapomniałam o innym życiu. Wyluzowałam  psychicznie i fizycznie. Wczoraj ścignęła mnie praca. Obudziłam się o czwartej nad ranem, wzięłam prochy uspokajające. Nie chce mi się wracać.

niedziela, 12 października 2014

sanatorium II: sen i mecz.

W wielkiej kuchni przygotowuję  wigilię. Mama robi coś przy kapuście, teściowa kończy ciasto,  ja sprawiam ryby. W domu są wszyscy: dzieci, rodzice, dziadkowie nawet, ciasno. Dzieciaki ubierają choinkę, dziadkowie wspominają dawne czasy popijając wiśnióweczkę, wszędzie wszystkich pełno, a na mojej głowie cała wigilijna logistyka. Dom pełen gości, kolacja w proszku,  łóżka na noc nie przygotowane, pośpiech i nerwówa, wigilia za dwie godziny. 
I jeszcze dzwonek do drzwi, ktoś otworzy ? Oczywiści nie. Więc otwieram i dziób mi się otwiera za zdumienia: Obama z małżonką - nie swoją czarną, małżonką jest matka mojego szwagra. Matko jedyna !!!! Kolejne gęby ?  jak ja się z nimi dogadam ?????
Ubieram pościel. rozkładam łóżka, jak się je dobrze rozstawi zajmą cały pokój ale wszyscy będą mieli gdzie spać. Pościeli jest dosyć. Pomaga mi Piotrk C. - kolega ze studiów. Flegmatyczny i wkurzająco powolny, przy każdym ruchu robi wykład jak należy ruch zrobić. Nie mam czasu się wkurzyć, myślę o tym jak rodzina dogada się z Obamą. Dzieci... ratunek w dzieciach.  Kątem oka widzę, że okno jest szare od brudu, wstyd, obciach, umyć trzeba, nie zdążę, wigilia jeszcze  w proszku...Odwracam się by zawołać dzieciaki i ze zdumieniem widzę, że na kanapie siedzi Tomasz P. 
-  Co tu robisz ????
- Dzwonię po Przema, bo dziś nie może być sam.
Matkojedyna !!!!! Kolejne gęby... Nie mam czasu odpowiedzieć, bo do pokoju wpadają dzieciaki: Ala i Ewa - chcą umyć brudne okno. Dobrze, tu jest płyn, ścierki. W drzwiach staje Obama i mówi: nie martwi się, ja uczyć polski.

Obudziłam się o trzeciej trzydzieści i zapisałam sen.
Dziś niedziela. Z poprzednich dni: zabiegi, zabiegi, posiłki. Życie reguluje pora karmienia i zabiegi.Chyba rozluzowałam sobie wszystkie mięśnie zapięte od miesięcy na wszystkie guziki, bo wszystko mnie boli. Piątkowy Tanzabend zrobił mi dobrze, na chwilę odpuściły wszystkie bóle. Gorąco było - trzy razy zmieniałam koszulkę. I jak szlag ciasno. Bo jest tu taki zwyczaj, że kuracjusze włóczą się między ośrodkami i tańczą tam, gdzie akurat grają.Tańczyliśmy jak śledzie w beczce uciśnięci ale fajnie było. 
Wczoraj zaliczyłam szybki spacer: zero kondycji. No i mecz wieczorem. Oglądaliśmy na wielkim holu okupowanym wieczorami przez Niemców, co dodawało pikanterii sprawie. Niemcy siedzieli spokojnie posykując z rzadka, my wyliśmy z zachwytu. Niemcy... są od nas grubo starsi, średnia to chyba 80, u nas koło 50. Co tylko potwierdza nasz fatalny narodowy stan zdrowia, wynikły z trudów życia w tym kraju.
Wygrałam zakład, jako jedyna obstawiałam naszych.
Weny nie mam, może dlatego, że piszę na holu, co nie sprzyja intymnym spotkaniom ze sobą samym. Tylko tu jest wi-fi. Dookoła Niemcy.

piątek, 10 października 2014

sanatorium I

Pierwszy raz w życiu jestem w sanatorium, dlatego jest to kolosalne  przeżycie. Z ZUS-u więc wszystko mam gratis. Poza parkingiem (120 zł), telewizją (na życzenie współpokojowiczki Ewy - głównie programy niemieckie + TVP1,2 i Polsat) i netem (50 zł ale pocztę z pracy sprawdzam, tak się umówiłam). Czuję się trochę jak na koloniach, o 22 mamy  być w łóżkach.
Ośrodek wypasiony, dominują Niemcy i Rosjanie, nas jest koło 60 osób.
Jestem pierwszy raz, pierwszy raz nic nie płacę za leczenie, rehabilitację, konsultacje lekarskie więc jestem happy.  Podoba mi się wszystko, choć 10 osób na sali do ćwiczeń indywidualnych to trochę sporo, bo miejsc jest sześć, wczoraj lekarz przyjmował 5 minut równocześnie czytając papiery, pisząc i rozmawiając ze mną. Ale co tam, zaraz mam basen, potem kąpiel perełkową itd. itp. Borowin nie ma, masaży nie ma - to przysługuje innostrancom. Dyskryminacja ? trochę. Ale co mi tam, za  nic nie płacę. "Starzy wyjadacze" się pieklą i nawołują do strajku: że jedzenia mało, że Niemcy mają lepiej, że kawy nie ma za darmo, lekarz i zabiegi do d..., itd.itp.  Też myślałam,  że jakieś borowinki dostanę albo inne parafiny albo przynajmniej szkockie bicze których  tu nie ma. .