czwartek, 20 maja 2010

no i finał czyli wernisażowa qchnia.

Siedzę sobie z nogami w misce z ciepłą wodą oraz solą sącząc koniaczek i marząc o tym, by była to beczka albo inna dzieżka z chłodną wodą powyżej kolan. I cieszę się, że już jest po wszystkim. Po cholerę komu wernisaże ? W sumie żadnej promocji, bo z reguły przychodzą stali bywalcy co na frekwencję się nie przekłada, kupa z tym roboty, a i trzeba na ostatni guzik się zapiąć, żeby wypaść. Tymczasem człowiek po całym dniu ciężkiej orki wykąpał się w pracy na pół godziny przed pierwszym gościem i bardziej marzył o łóżku niż jakiejkolwiek, mniej lub bardziej uroczystej imprezie. Nie idzie mi pisanie, zmęczona jestem, ale spać mi się nie chce.

Odbieram tą wystawę jak kłodę pod nogi rzuconą, nie lubię jej nawet. Wszystko, od początku nie tak. Ostre przeziębienie przy jej transporcie, za mało ludzi, za dużo pracy, za krótki termin i rozmaite kataklizmy mniejsze i większe. Wczoraj skończyliśmy ale bez szlifu obejmującego podpisy, bez zamknięcia gablot (dwie szyby do przycięcia na dzisiaj), bez retuszu. Po pracy jeździłam jeszcze na zakupy wernisażowe (konieczny chleb ze skansenowej piekarni, oscypki), a wieczorem usiadłam do podpisów. Koło drugiej w nocy byłam w połowie.. a dokończę jutro… A to jutro ? Pożal-się-boże, przyjechawszy do roboty o poranku, po nocy przespanej z duszą na ramieniu (zdążymy - nie zdążymy), dostałam informację, że od pierwszej w nocy nie ma prądu. No ładnie !! A podpisy ? Pal sześć podpisy, awaria prądu bardzo poważna, gdzieś na 300-metrowym odcinku uszkodzony kabel. Szukaj wiatru w polu. I funduszy przede wszystkim. Po wielokrotnych debatach z energetykami, koło 13-tej doszłam do wniosku, że to dobrze – wernisaż odbędzie się przy świecach. Onegdaj spotkanie z Henrykiem Wańkiem przy świecach nabrało mocy właśnie.

Dziewczyny stanęły na wysokości zadania. Błyskawicznie załatwiły termosy z wrzątkiem (do herbaty z prądem), świece i świeczniki, no i światło romantyczne się stało.
Co podaliśmy: oscypki w trzech postaciach, bundz w kostkę krojony, czarny chleb przybrany stokrotkami, do chleba pyszny smalec ze skwarkami i masło mocno czosnkowe z oregano z ogrodu, moskaliki pieczone przez nowotarską Basię z mąką żytnią i pieczone przez naszą Anię z mąką kartoflaną oraz kminkiem, ogórki małosolne oraz herbatę z prądem. Zaproponowałam dziewczynom spółkę – ja załatwiam zlecenia, zakupy i zabieram 10%, one robią swoje wymyślne cateringi – zgodnie z życzeniem klienta. Nie wszyscy chcą wierzyć, że to moje dziewczyny same takie wystawne stoły szykują.

Wystawa ? Nie wiem, chyba się podobała. Zobaczymy po ilości zwiedzających.

Ps. W oczach panów dzisiaj kończących wespół ze mną montaż widziałam... niechęć do siebie ? Ogólne przemęczenie.


1 komentarz:

  1. Wernisaże u was są świetnie, więc róbcie ich jak najwięcej. Nie o katering chodzi a o atmosferę i brak światła w niczym nie przeszkadza.

    OdpowiedzUsuń