Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DROGA. I inne fotki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DROGA. I inne fotki. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 marca 2016

Droga

Moja droga do pracy. Ze względu na ten widok lubię zimą jeździć do roboty. Przedwiośnie to zdecydowanie najgorszy okres roku. Pogoda ekstremalnie zmienna, aktualnie panuje zima ale jutro już powinna sie rozpłynąć. Nic mi się nie chce, nic mi nie idzie i zupełnie nic mi nie wychodzi - jak już przypadkiem uda mi się za coś wziąć. Ostatnio przestałam pracować popołudniami. Po co ? A nie mogę sobie leniwie gnić na fotelu ? Mogę. I, o dziwo, bez wyrzutów sumienia to robię, całymi popołudniami. Oczywiście jak już wrócę z psiego spaceru. Przeczytałam wszystkie książki domowe i pożyczone. Co polecam ? "Świadek" Roberta Rienta. Bardzo dobrze, lekko pisana, o dość aktualnym problemie: gej urodził się w środowisku świadków Jehowy, początkowo skrajnie praktykujący, potem totalny odwrót. W sumie co za różnica czy u jehowitów czy u katolików ? Religia to religia, pranie mózgu. Autor aktualnie wędruje dookoła świata zaczynając podróż koleją transsyberyjską. Pisze fajnego bloga, też polecam.
Chce mi się pisać, tematów mam huk. Co z tego skoro piszę jak powyżej ? Zastrzelić się. To przedwiośnie..



środa, 24 lutego 2016

podlaskie wakacje VI. Skit w Odrynkach.

Nie mam mocy.. powinnam pisać od razu po powrocie z wakacji, na gorąco. Teraz już wszystko ostygło a ja mam mózg wypalony upałem i wszystkim co w szalonym tempie dzieje się w okolicznym życiu. Więc skrótem przez moje wakacje. Bo trzeba - tam cudnie na Podlasiu jest. Zupełnie inaczej niż u nas. 
Na trasie z Hajnówki do Narwi znalazł  się mały drogowskaz "Skit w Odrynkach". Kilka dni wcześniej przeniosłyśmy się  do "Wiejskiej chaty" w Pasiecznikach pod Hajnówką. Miejsce miodzio !!! - jak mawia moje rodzeństwo.  Polecam. Gdy przyjechałysmy okazało się, że śpią tam już dwie dziewczyny z Poznania, które też zwiedzają świat rowerami. Trasy robiły gdzieś dwa razy dłuższe, ale też grubo  młodsze były więc gdzie nam do nich. Notabene historyczka sztuki i nauczycielka, podobnie jak my.
Skit w Odrynkach to pustelnia ulokowana na zabagnionych łakąch wokół Narwi.  Łąki, łąki, łąki, łaki, a na  dookolnych  horyzontach -  ściany lasu. Pośrodku "osada" otoczona palisadą i czymś na kształt fosy.  W środku cerkiewka, trzy kapliczki, nowa cerkiew, miejsca dla pielgrzymów, teren zagodpodarowany kwiatami.  Do skitu prowadzą drewniane pomosty z czterech stron świata.  Oczywiście można dojść suchą nogą, po piaszczystej drodze - od kilku tygodni sucho było.  No i jak na pustelnię to ludzi pełno. Akurat odbywała się msza.
Skit świętych Antoniego i Teodozjusza Kijowsko-Pieczerskich. http://skit.odrynki.pl/skit,informacje Mieszka tam teraz archimandryta Gabriel - Giba, którego nie miałyśmy okazji zobaczyć, o poznaniu nie wspomnę. Jest zielarzem i, ponoć, gadułą. ( Na górze fotka z netu.). Ciekawa postać. Doktor teologii, szef monastyru w Supraślu, zielarz leczący ziołami. Jerzy Kalina nakręcił o nim film dokumentalny "Archimandryta". Gdy obronił pracę doktorską został wyznaczony na biskupa gorlickiego (diecezja  nowosądecka), ale stanowiska nie przyjął., wyjechał do Odrynek, gdzie na odludzi, bez prądu sprawuje swoją misję. Ciekawią mnie ludzie odmawiający godności, władzy i sławy. To rzadkość ogromna jest.
Troszkę liczyłam na odjazdową atmosferę tego miejsca. Tymczasem upał, tłum ludzi, pełnia słóńca. Ale pojechać tam warto.
Potem byłyśmy w monastyrze w Supraślu. Cerkew jest zupełnie nowa, zbudowana na wzór pierwszej zniszczonej w czasie wojny - tej na fotce obok. Więc w środku puste,  tynkowane, jeszcze nie malowane ściany, brak dekoracji, surowość godna ascetycznych mnichów, których tam widziałyśmy. W związku z tym, że ludzi było sporo wpuszczali nas partiami każąć czekać w przedsionku klasztoru, przy dźwiękach cerkiewnych śpiewów zakonnych. W 1984 r. położono kamień węgielny pod odbudowę swiątyni, wówczas też powrócili mnisi. Nie mogłam się oprzeć i wrzuciłam fotkę z netu - bo choć trochę oddaje wielkie wrażenie jakie robi ten monumentalny kompleks zabudowań.
Tak utknęłyśmy w cerkiewkach, że nie wpadłyśmy na to, że coś tam jeszcze ciekawego jest w tym Supraślu. np. pałac Buchholzów.
 


podlaskie wakacje VII. Białowieża i puszcza Białowieska

Carski pałac
Białowieża. Spodziewałam się zapadłej dziury na końcu  świata a spotkałam całkiem spore miasto(wieś tak naprawdę), bardzo fajnie zakomponowane drewnianymi domami, pełne turystów i na turystów nastawione. Pensjonaty, hoteliki, restauracje, sklepy z pamiątkami, carski zespół pałacowy z parkiem angielskim, ośrodek badawczy,  dworek Gubernatora Grodzieńskiego, restauracja "Carskie sioło" na dworcu kolejowym, stary pociąg z sypialnym apartamentem, cerkiew, kościół, no i Puszcza Białowieska. Przyznam, zupełnie czegoś innego się spodziewałam. 
Dworek gubernatora
Myślałam, że ochrona lasów, tereny chronione - to wymysł ostatnich lat. Tymczasem ochrona puszczy sięga XVI w., kiedy wchodziła ona w skład dóbr królewskich.  Strzegli jej osocznicy, strzelcy i strażnicy. Nazwa osocznik pochodzi od osoki - terenu, który pilnujacy musiał co jakiś czas objechać lub obejść. Osocznicy (straż osocka) mieszkali w wioskach rozlokowanych na obrzeżach puszczy, mieli jednak inne prawa niz pozostali wieśniacy.
Pilnowali przestrzegania zakazów obowiązujących w puszczy, przygotowywwali polowania i pomagali w  czasie ich trwania, naprawiali leśne trakty, przygotowywali karmę na zimę dla żubrów, uczestniczyli w wojnach. Wprawdzie nie pobierali pensji ale posiadali własną ziemię, która wraz z obowiązkami przechodziła z ojca na syna. Często zajmowali się bartnictwem. Podobnie strażnicy i strzelcy - ci zajmowali się kłusownictwem i pilnowali prawa wchodów. Przez wieki do puszczy mogli wejść jedynie chłopi i szlachta z okolicznych wiosek, którzy mieli prawo wchodu - o to by móc z dóbr puszczańskich korzystać (zbiórka powalonych drzew, zakładanie barci).
Porcelanowy ikonostas w białowieskiej cerkwi.
W XVIII w. w Puszczy Białowieskiej istniało 13 straży.
Zalążkiem Narodowego Parku było leśnictwo "Rezezrwat"  utworzone w 1921 r.  przekształcone w 32 r. w park narodowy.
Puszcza jest ogromna.podzielona na oznakowane  kwadraty. Są tam tereny ścisłej ochrony i tereny dostepne dla ludzi,  szlaki rowerowe, szlaki dla nordicwalkingu, a także pokazowy rezerwat żubrów. Niestety zwierzaki kryją się przed ludźmi. Oprócz tych kilku żubrów na pokaz są i inne zwierzaki mieszkające w puszczy. Na zdjęciu jedyny w Polsce ikonostas z porcelany w tamtejszej ceglanej cerkwi. Wpuszczy są cztery wioski: Budy, Teremisko, Pogorzelce i  Czerlonka.  W Budach trafiłyśmy na bardzo fajne zagospodarowanie pod kątem  turystki. "Sioło Budy" to kilka współczesnych, podlaskich domów zawierających pokoje dla gości i apartamenty. A w głębi - prywatny skansen.
(wszytskie foty z netu jako, że popełniłyśmy fatalny błąd w ustawieniach aparatu a skorygować nie mogłyśmy, gdyż o nim nie wiedziałyśmy. Nie miałyśmy laptopa...

otwórzmy buzię w zachwycie


Ta  rzecz na zdjęciu to Panikadło czyli świecznik. Ten powstał wg projektu prof. Grygorowicza. Przeszklone witrażowe ramiona greckiego krzyża zakończone wizerunkami  Bogarodzicy i świętych, osadzonymi w trójlistnych końcówkach. Wisi w centralnej przestrzeni soboru Trójcy Świętej w Hajnówce. Penadant do świecznika tworzą, rzadkie w cerkwiach, witraże zrealizowane przez kolejnego profesora, tym razem w Krakowa - Adama Stalonego Dobrzańskiego.  
W maju odbywają  się tu międzynarodowe Hajnowskie Dni Muzyki Cerkiewnej. Dla podniesienia nastroju link  wrzucam:   https://www.youtube.com/watch?v=27YEpg3 
Ta świątynia to niemal pierwsze co zobaczyłyśmy w Hajnówce. Perełka. Przepiękna neosecesyjna cerkiew.  Autorem projektu  jest wspomniany Aleksander Grygorowicz z Poznania, ale wizję tej świątyni stworzył nie kto inny tylko Jerzy Nowosielski.


Jedni fachowcy wskazują na ispiracje w projektach Le Corbusiera, inni związki z konstrukcją staroruskich cerkwi słupowych wyciągają - bo budowla wspiera się na czterech monumentalnych kolumnach.
Dla mnie formalnie to prawosławna secesja, przepływ miękkich linii łagodzi monumentalizm bryły, nie umniejszając boskiej potęgi.  Z atmosfery -  to całe jestestwo prawosławnej duchowości, której zaledwie odrobinę i z wierzchu liznęłam w rozmaitych monastyrach czy cerkwiach.
Nowosielski wykonał też projekt polichromii ale cerkiewne władze, w obawie przed zbytnim nowatorstwem zleciły wykonanie malowideł Grekowi - Dymitrowi Andonopulosowi. A ten wykonał też ikonostas ze scenami z Nowego Testamentu i niektóre ikony. Niewiele kasy za to wziął i wydał głównie na dojazdy z Grecji do Polski przez cztery lata gdy nad freskami pracował. Polichromia nawiązuje do późnobizantyjskiego malarstwa z okresu Paleologów. Pozostałe ikony napisali artyści z Bułgarii i chyba z Rosji.
Nowosielski był do tego  projektu najlepszy. Ukształtowało go ortodoksyjne prawosławie wespół z obrządkiem unickim, był nawet posłusznikiem w jednym z ukraińskich monastyrów, pisał "(...) ja, malarz polski, duchowo narodziłem się w Ławrze Poczajowskiej" - do której pielgrzymkę odbył. 
Jeden z najlepszych polskich malarzy. Jak zwykle nie fachowo, nie umiałam docenić wartości jego sztuki. Bardziej z Kantorem ją wiązałam, mimo wiedzy o inklinacjach duchowych artysty. Mówiąc prosto - nie rozumiałam jej. Trzeba było dopiero na Podlasie pojechać, poczuć nastrój cerkwi  by odkryć duchowość sztuki Nowosielskiego. 
.

Wprawosławnej świątyni, jak i w katolickim kościele zresztą,  można wyróżnić trzy części - przedsionek,nawę przeznaczoną dla wiernych i prezbiterium z ołtarzem.  Między nawą a prezbiterium stoi ikonostas z Carskimi Wrotami pośrodku, flankowanymi parą drzwi mniejszych (Diakońskie Wrota).  Na Carskich Wrotach zawsze znajdują się ikony Zwiastowania Najświętszej Marii Panny i czterech Ewangelistów. Po prawej stronie  Wrót umieszczana jest ikona Zbawiciela, po lewej - Matki Bożej. Górny rząd zajmują ikony największych świąt.  Nie chce mi się tego przebogatego wnętrza opisywać bo to nic nie da. Trzeba wejść, świecę zapalić, posłuchać śpiewu i unieść się gdzieś bliżej Boga.




Wyrywki z wywiadu Elżbiety Dzikowskiej z Nowosielskim. 
"Jestem po prostu malarzem zainteresowanym sacrum w sztuce. Uważam bowiem, że sztuka malarska, sztuka przedstawiająca należy właśnie do domeny sacrum. Ponieważ najbardziej wyrazistym tego przykładem - jeśli chodzi o teoretyczne jej zaplecze - jest ikona, dlatego zaintersowała mnie ona najbardziej i moje malarstwo znajduje się istotnie pod jej wpływem. (....)."
 "Każde dzieło malarskie, jeśli tylko przekracza pewien poziom, jeśli jest udane – należy do domeny sacrum."  Jest to (sacrum), moim zdaniem, ta strefa świadomości ludzkiej, która nie poddaje się analizie racjonalnej; dotyczy ona intuicji, duchowego wartościowania rzeczywistości. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy posiadają tego typu intuicję. Są umysłowości, psychiki zupełnie jej nieświadome: tacy ludzie mają bardzo trudny kontakt ze sztuką.

(...)  Odbiorcy pozbawieni odczuwania sacrum są mało podatni na działanie sztuki, a twórca nie może bez tej specyficznej intuicji istnieć. Owszem, będzie on w stanie produkować obiekty sztuki, ale pozbawione siły działania. Nie ma zaś dobrego obrazu bez jego działania niewytłumaczalnego. Sztuka, która powstawała pod wpływem prądów zupełnie racjonalistycznych, jest bezsilna.
- Czy odbiór tej sztuki i jej tworzenie są ze sobą powiązane? Czy może ona istnieć bez właściwego odbioru?

"Koniecznego i bezpośredniego związku nie ma. Wiele przykładów świadczy, że całe grupy ludzi czy odłamy chrześcijaństwa pozostają całkiem zamknięte na intuicję metafizyczną. Ich wiara jest zracjonalizowana, sprowadza się do pojęć dyskursywnych, nie ma zaplecza sakralnego. Na przykład późna scholastyka wygnała sacrum ze świadomości chrześcijaństwa, zracjonalizowała elementy wiary do tego stopnia, że na gruncie tej formacji intelektualnokulturowej było bardzo trudno o przeżywanie tajemnicy. Znam jednak bardzo dużo ludzi niewierzących albo agnostyków, którzy mają znakomicie wyrobiony ten zmysł i w rzeczywistości, i w sztuce. Znam też ludzi tak zwanych religijnych, nawet duchownych, wręcz wyzbytych poczucia sacrum; poczucie tajemnicy w religii sprowadza się dla nich do etyki, moralności, do sposobu zachowania się. Mogą to być ludzie bardzo cnotliwi, ale zupełnie pozbawieni możliwości penetrowania drugiego dna świadomości ludzkiej."
Tja... teraz wiem czemu sztuka współczesna rzadko do mnie i innych przeciętnych  ludzi przemawia.
  Ps. cały dzień robiłam wystawę w pałacu w Bukowcu. Nie jestem pewna ile z zainstalowanych tam rzeczy do mnie w ten sposób przemawia.

czwartek, 18 lutego 2016

Czy ja zapomniałam o Otwocku ?

Ano właśnie, jak mogłam nie napisać niczego o moim własnym odkryciu ??. Świdermajer - to jest to odkrycie. Coś tam wiedziałam jak każdy kto w szkole o Gałczyńskim coś czytał ale .. No dziwne to miasteczko jest, bardzo dziwne. Większość miasta położona w lesie, ulice poza centrum to leśne drogi, przy których z rzadka stoją domy. Drewniane są, ale  jakie !!!! Wilijki małe i proporcjonalne - też. Ale też, i to w wielkich ilościach,  drewniane bloki z wieżyczkami, werandami, balkonikami,  drewnianymi koronkami i innymi bajerami.

http://cdn29.muratordom.smcloud.net/t/photos/t/32103/swidermajer-radosc_1671012.jpg

One stoją wśród sosen
jak upiory w przedpieklu
i mówią smutnym głosem
o radościach FIN DE SIÈCLE'U;
wzięte z ryciny żywcem:
"ŚWIĄTYNIA BOGINI KALI"
też z drzewa są, jak skrzypce,
na których walce grali.
[ ... ]
Te wille, jak wójt podaje,
Są w stylu "świdermajer".

Wymyślił je niejaki Andriolli. Michał Elwiro Andriolli, który do architektonicznej bryły, popularnej od wystawy światowej w Wiedniu końcu XIX w., dołożył werandy, balkony, altanki, ganki i snycerskie opracowanie. Było to tak śliczne, że szybciutko rozprzestrzeniło się na letniskowych peryferiach Warszawy wzdłuż linii kolejowej od Wawra po Śródborów.  W minionym listopadzie pomagałam dziecku w otwockiej robocie, stąd zobaczyłam dość dużo. Stan większości budynków, zwłaszcza komunalnych, od wojny nie remontowanych, ciężki jest, ale są i wymuskane perełki - jak poniżej. 
Jest tego w Otwocku tyle, że. hej. No i klimatyczne miasto.  Gdyby  udało im się wydłubać kasy trochę by pobrać środki unijne i odremontować przynajmniej te najpiękniejsze budynki, komunalne zwłaszcza, nie pozbyli by się turystów czyli kasy na dalszą rozbudowę.  A tak to co ? Skończą się, bo się spala albo padną grzybem strawione. 
https://www.facebook.com/swidermajer.info/?fref=ts
http://www.swidermajer.pl/
Co jeszcze tam w Otwocku mają ? Wielkie szpitale - sanatoria oraz obserwatorium magnetyzmu ziemskiego.











środa, 17 lutego 2016

Castrum Valan i pałac Lenno

 (http://dolny-slask.org.pl/732575,foto.html?idEntity=550734)

Sobota. Zaczęło się od tego, że odwiedziliśmy Pławną 9 czyli królestwo Milińskiego. Samego szefa nie było bo czas ferii w Zieleńcu z rodziną spędzał, ale już dzisiaj upewniał się czy byliśmy. Byliśmy. Potem obejrzeliśmy Wleński Gródek i pałac Lenno na podzamczu  czyli wieś Łupki nad Wleniem. Tę wizytę sama gościom swoim narzuciłam, bo nie byłam pewna czy mówiąc o zamku we Wleniu  wiem o czym mówię, w zakamarkach umysłu znajdując jakieś sanatorium w typie hospicjum czy kaplicy z XVIII-wiecznymi sarkofagami pełnymi nieboszczyków widocznych w pęknięciach i
przesunięciach pokryw sarkofagów. Tak, to to samo miejsce.
Na górze nad dzisiejszym Wleniem  był w X w. gród ziemno - drewniany, sztandarowe dzieło w systemie warowni polsko - czeskiego pogranicza.  W 1108 r. stał się siedzibą kasztelanii, wzmiankowanej w bulli papieża Hadriana w 1150 r. (podobnie jak zamek otmuchowski, przy którym niedawno coś robiłam).
Z tego ujęcia u góry widać wieżę sześciokątną, najstarszą część zamku murowanego, wzniesionego w końcu XII w., może przez księcia Bolesława Wysokiego.
A niżej - na kamiennym murze - wielki bazaltowy naciek lawy poduszkowej, która stanowi fundament zamku, a pochodzi z czasów kambru, kiedy tu ruchy górotwórcze miały miejsce, a więc od późnego kambru przez dolny perm.. cokolwiek to znaczy. Jednym z najbardziej znanych w okolicy odsłonięć dolnopermskich  skał wulkanicznych są wielisławickie organy w Sędziszowej na skraju Świerzawy, które, ze względu na znaczenie  krajobrazowe kamieniołomu, objęte ochrona zostały już w okresie międzywojennym. Jeszcze niżej kościół św. Jadwigi z 1662 r. usytuowany miedzy pałacem a zamkiem, wg legendy wzniesiony przez św. Jadwigę na miejscu skarbu wskazanego przez sarenkę kopytkiem pod świętą lipą - monet rzymskich.
Wracając do zamku. W 1465 r. kupił go rycerski rozbójnik Hans von Zedlitz, stronnik czeskiego husyckiego króla Jerzego z Podiebradów. Był jednym z bardziej niebezpiecznych grasantów  na terenie Śląska. Jego rozboje miały podtekst polityczny -  wspierali go stronnicy czeskiego króla, gdy łupił miasta i kupieckie karawany a nawet okoliczne wioski, jeśli było z czego.  Skargi zanoszone do książąt śląskich pozostały bez odzewu - władza obawiała się króla Jerzego, próbując polubownie sprawy z jego stronnikiem załatwiać. Ale potem, po wojnie czesko-węgierskiej Maciej Korwin, jako chwilowy król Czech zająwszy Śląsk, 

Łużyce i Morawy,  nakazał  wojskom węgierskim, łużyckiemu Związkowi Sześciu Miast oraz mieszczanom Lwówka Śląskiego i Jeleniej Góry zniszczyć bandyckie zamki, w tym m.in. Podskale i Wleń. Podskale wysadzono w powietrze, Wleń ocalał a Zedlitz uciekł do Czech pod skrzydła Władysława Jagiellończyka.

Sto lat później osiadł tu Sebastian von Zedlitz - Neukirch, który w latach 1567-74, za pomocą  Jerzego der Wahlich, przebudował zamek, podniósł jego obronność oraz zbudował dwukilometrowy, drewniany wodociąg, doprowadzający wodę z sąsiedniego wzgórza. Kolejny Zedlitz - Konrad, w pocz. XVII w.  też był typem bandyty - wymuszał  od ludności  daniny i usługi, a jeżeli nie chcieli  spełnić jego życzeń,  to np.więził on w lochu burmistrza miasta. W czasie wojny trzydziestoletniej zamek był kilkakrotnie oblegany i zdobywany przez wojska szwedzkie, cesarskie oraz oddziały Janusza Radziwiłła. W 1646 r. wysadzono człony kamiennych umocnień, podpalony popadał w ruinę.   Nowym właścicielem został pułkownik króla francuskiego Ludwika XIII Adam von Kaulhaus, który u stóp wzgórza zamkowego zbudował wygodny barokowy pałacyk oraz kościół pod wezwaniem św. Jadwigi. Pałac Lenno  jest dziś  własnością Belga Luka van Hauwaerta. 

poniedziałek, 7 września 2015

pod Łodzią

Rozsmakowałam się w dzisiejszym obiedzie. Najpierw herbata z cukrem i cytryną - bo zimno było pod parasolami jak szlag, a nie mogłam wejść do środka, z psem byłam. Na pierwsze danie klasyczna zupa pomidorowa z domowym makaronem, na drugie - ziemniaczki z koperkiem, kotlet schabowy (dwa !!! ) i bukiet surówek: marchewka, kapusta biała i czerwona. Nie wierzyłam, że zjem, zjadłam, psu dałam jedynie okruszek kotleta. Pełnowymiarowy obiad z czasów mojego dzieciństwa. Nie jakieś tam sałatki skromnie oliwą podlane czy suche mięso drobiowe lub rybne z ruszta albo hiszpańskie warzywa na patelnię z Lidla  co ostatnio praktykuję na codzień. Nie, schabowy. Świeży, pachnący, pyszny.  A i kompot z rabarbaru na koniec. Taki obiad zjadłam dzisiaj w Sokolnikach pod Łodzią.

W związku z tym, że jeżdżąc do Sokolnik, notorycznie się gubię, tym razem wydrukowałam sobie mapkę i oto co mi się wyświetliło - po lewej. Nie miałam już czasu grzebać kiedy osiedle rozplanowano, dopiero teraz.  Miasto - Ogród Sokolniki powstało w 1928-30 z rozparcelowanego majątku barona Rosteckiego i z jego inicjatywy. Teraz ma 3,5 tysiąca działek, z reguły 15-arowych. Ideowo odbiega od wytycznych przesławnego twórcy miast -ogrodów Ebenezara Howarda (uwielbiam jego imię).  Jego miasto miało być samodzielnym organizmem mieszkalno-gospodarczym, w Sokolnikach powstało miasteczko - letnisko,  jedynie w celu relaksu mieszkańców Łodzi, na dodatek raczej dla elity dysponującej odpowiednimi finansami, bo nie dla robotników przecież. Zresztą nie tylko Sokolniki wówczas powstały wokół Łodzi, również Tuszyn -Las, Kolumna - Las i coś tam jeszcze. Jak to teraz wygląda ? Pewnie tak samo jak dawniej, znaczy układ działek i uliczek jest taki sam. Natomiast nowo powstające domy są z reguły murowane, pełnowymiarowo całoroczne. Zresztą część ludzi mieszka tu na stałe. Najładniejszy, moim zdaniem jest drewniany, budowany przez górali, domek mojej przyjaciółki Magdy. Harmonijny w proporcjach,  wysmakowany w skromnym detalu, funkcjonalny do bólu. Maleńka, doskonale zagospodarowana przestrzeń wykorzystana do imentu. I kominek z otwartym ogniem.  Wprawdzie strach palić duży ogień bo wokół susza, piaski i las sosnowy a na dachu gont, ale tam nawet mały ogieniek wystarcza dla nastroju i ciepła.  Magda twierdzi, że jej znajomi sugerują wymianę domu na murowany. Dziwni znajomi, ja w życiu bym tego nie zrobiła.
Spędziłyśmy dwa dni i  prawie dwie noce na gadaniu. Bardzo mi tego było trzeba. No i pobiłam rekord szybkości - 180 km/godz. Wprawdzie gdy to mówię mężczyźni pytają z odrobiną grozy w głosie: "twoim autem ????" Tak. Moim autem. To bardzo dobre auto jest, bardzo sprawne i szybkie. Walory auta od kierowcy zależą.

wtorek, 18 sierpnia 2015

podlaskie wakacje V. Trześcianka, Puchły i Soce, niebieskie cmentarze i Szaptucha z Orli.


Najfajniejsze są tereny wokół dawnego miasta królewskiego Narew. Mocno archaiczna zabudowa, autentyczny układ ruralistyczny wiosek, ławeczki dla wypoczynku strudzonych, boćki na gniazdach i cerkiewki w złotych kopułach....  Teren płaski - łęgi, podmokłe łąki wokół rzeki Narew. Domy - to jest to co mi się podoba na Podlasiu. Domy na miarę człowieka, skromne, drewniane, często jaskrawo malowane, wszystkie z okiennicami.  "Kraina otwartych okiennic" - to szlak turystyczny, którym kiedyś pojechałyśmy. Domy ustawione szczytowo do ulicy, dosyć gęsto, niemal wszystkie w kolorowych ogródkach.
Ludność ?? Trochę są urażeni, gdy sugeruje im się białoruskie pochodzenie, są Polakami.  Lecz między sobą rozmawiają gwarą polsko-białorusko-ukraińską.  Zupełnie nie ma problemu z religią. Prawosławni żenią się z katoliczkami i odwrotnie, ale zdecydowanie więcej jest prawosławnych. Zwłaszcza wzdłuż granicy.
W Puchłach - kolejne miejsce na zupełnym końcu światra - stoi jedna z ładniejszych cerkwi. (poniżej).  Wioska maleńka, cerkiew ogromna - kolejne sanktuarium.

celem ilustracji zdjęcie z neta - Piotr Celiński
Cerkwie są często niebieskie, niebieskie są często nagrobki a nawet całe cmentarze, jak cmentarz  w Dubiczach Cerkiewnych (poniżej). Na krzyżach wiszą kokardy mówiące "byłem cię odwiedzić". Ilość kopuł cerkwi  ma swoją symbolikę; jedna kopuła to symbol Boga Jedynego, trzy - Trójcy świętej, pięć - Chrystusa i czterech Ewangelistów, siedem - siedem sakramentów, etc. Kształty kopuł świadczą o pochodzeniu. Kopuła nowogrodzka jest wąska, stożkowa, szyszak; styl moskiewski reprezentuje kopuła cebulasta - płomień świecy, kopuły bizantyjskie mają ksztłt półkolisty.

Ładny to kraj ale nie da się opisać wszystkiego, zwłaszcza jego zapachu,  ciepła, rozległej  przestrzeni i czegoś co trudno nazwać.
Ania - nasza gospodyni z "Wiejskiej chaty" bardzo się stara zachować jak najwięcej z dawnego wyposażenia. Pokoje dla gości mieszczą się w chacie zbudowanej na pocz. XX w. przez ojca jej męża. Na  łóżkach narzuty tkane przez babcię, pod powałą, w narożu domu - daty i inicjały cyrylicą pisane, w kuchni - haftowane makatki.  Śpi się cudnie, cudnie pije się kawę o poranku na ganku, siedząc na schodkach i gawedząc z Anią, na chwilkę oderwaną od gospodarskich zajęć.
Jedengo wieczoru zrobiłyśmy sobie "darcie pierza" - babskie pogaduchy o najistotniejszych życiowych problemach. I okazało się, że w niedalekiej Orli mieszka "babka" czyli szeptucha zmawiająca choroby. Ania tam była, nie bardzo wierzy w te rzeczy ale to co człowiek tam czuje - to jest przeżycie. Wiera - bo tak ma na imię szeptucha - pomogła synowi Ani, jej też pomogła na jakiś czas, jak chcę - może mnie tam zabrać. Pojedziemy przed końcem spotkań, koło 14-tej bo tam na pewno dużo ludzi z całej Polski będzie. Siedziałyśmy jeszcze długo ale już skupić się nie mogłam myśląc o następnym dniu. Mam o co prosić - myślałam, ale też gnała mnie ciekawość. Czy to w ogóle możliwe ? W nocy miałam dziwne sny... Nie pojechałyśmy do Szeptuchy. Byłyśmy w Orli, przed jednym  z domów stały samochody z rejestracjami z całej Polski.


niedziela, 16 sierpnia 2015

podlaskie wakacje VIII. Tatarzy i Wierszalin



Któregoś dnia byłyśmy u Tatarów w Kruszynianach. Meczet na kolana nie rzuca - skromny, maleńki, drewniany, ale może właśnie takie powinny być domy strawy duchowej. No i   tatarskich potomków niewielu zostało.  W maleńkich Kruszynianach turystów mnóstwo i chyba wszyscy w knajpie Dżenetty Bogdanowicz - Tatarki,  która z narodowości postanowiła zrobić turystyczną atrakcję, a przy okazji zadabać o rodzimą tradycję. I słusznie, bo mając kasę więcej dla narodu zrobić można.  Otwarła restaurację "Tatarska jurta", gdzie zjeść można kibiny, cebulniki, pieremiacze, czibureki, bielusz i pierekaczewnik.  Ponadto gospodarstwo agroturystyczne z i tatarską  jurtą z wyposażeniem - na posesji, są tablice informacyjne i ponoć o zwyczajach pogadać można.   Obok - świeżo zbudowany ośrodek kultury tatarskiej, chyba jeszcze nie uruchomiony. Dżenetta jest również organizatorką festiwalu kultury tatarskiej. A propos festiwali - byłyśmy na festiwalu im. Bułata Okudżawy w Hajnówce, gdzie honorowym gościem była żona poety - Olga Okudżawa. W "Tatarskiej jurcie" - Europa w drewnie. Chciałam zamówić sobie pierekaczewnik  ale tego dnia już nie było, wszystkie poszły. Ponoć długo się je robi. Zjadłam cos na kształt gulaszu z odrobiną mięsa oraz pikantnym dipem.  Ładne tam są tereny. Ale miałam wrażenie, że to najprawdziwszy koniec świata jest. Na fotce Dżemil Gembicki, opiekun  meczetu, przewodnik, wyznawca islamu. Za żonę ma katoliczkę.  Bardzo sympatyczny gość, lubi mówić.

Postanowiłyśmy wracać przez Puszczę Knyszyńską - bo krócej i, jak to zwykle w puszczach bywa - pogubiłyśmy się.  Na leśnych duktach zaplątałyśmy się i trafiłyśmy na dziwne miejsce w środku lasu - Grzybowszczyzna: ulica o ziemnej nawierzchni, po bokach drewniane domy na klucz pozamykane, we wsi nikogo. Zapukałam do którychś drzwi - w oknie pojawiło się dziecko ale drzwi pozostały zamknięte. Dopiero na podwórzu ostatniego domu stał człowiek, który nam drogę wskazał. 
Chyba byłyśmy trochę spłoszone bezludziem, bo mijając drogowskaz Wierszalin, nie zboczyłyśmy z drogi. Myślałam, że to siedziba teatru Wierszalin, dopiero potem doczytałam co to naprawdę Wierszalin jest. Otóż w 36 roku pojawił się tam prorok Ilja - chłop z sąsiedniej Grzybowszczyzny, który założył prawosławną  sektę działającą jeszcze w 60-tych latach XX w. Całkiem ciekawa historia z tym prorokiem. http://miniwycieczki.blogspot.com/2014_06_01_archive.html

czwartek, 30 lipca 2015

podlaskie wakacje, IV . Monastyr w Jabłecznej

Do Sławatycz - na południu miałyśmy dłuższy kawałek więc pojechałyśmy autem. Potem dalej na wschód - do Jabłecznej i jeszcze dalej - nad sam Bug.  Bardzo chciałam zobaczyć najstarszy w Polsce, męski klasztor prawosławny, jedyny, który nigdy nie zmienił wyznania.  Nie wiem czego się spodziewałam. Po lewej  widok na dzwonnicę z bramą, cerkiew i klasztor - od strony ozdobnego ogrodu z sadzawką.  Złote dachy większości kopuł cerkiewnych są specyfiką współczesnego prawosławia. Taka moda. Ta blacha to stal nierdzewna pasywowana na złoty kolor, produkowana w Rosji. Nie tania.

Klasztor usytuowany jest na samym końcu świata, nad Bugiem, za rzeką jest już Białoruś.   Podobno kiedyś znajdował się po wschodniej stronie rzeki, dopiero w 2 poł. XIX w. jeden z przeorów zdecydował o przekopaniu koryta Bugu celem zmiany jego biegu - klasztor znalazł się na brzegu zachodnim, na terenie dookoła oblanym nurtem wody: Bug od wschodu i pozostałości dawnego koryta rzeki - od zachodu. Obejrzałam to na mapie google - kawał roboty musieli braciszkowie  wykonać - bo podobno oni to zrobili. 
Obecna klasycystyczna  cerkiew pochodzi z 1 połowy  XIX w. Stara XV - wieczna po upływie wieków nie nadawała się do remontu. Wnętrze przytulne, na ścianach freski, biało - złoty ikonostas, ikony osłonięte haftowanymi szalami i bardzo sympatyczny mnich snujący historie, goszczący w klasztorze w ramach wakacji. Zupełnie inaczej niż w monumentalnym Supraślu, gdzie byłyśmy kilka dni później. 

Mnisi prawosławni (których widziałam) są brodaci, długowłosi, ascetyczni. Sprawiają wrażenie bardzo uduchowionych i trochę jakby nie z tego świata. A może  Jabłeczna nie jest  z tego świata a prawosławie jest dla mnie egzotyczne ? A może zakonnicy w ogóle takie wrażenie robią na człowieku  ? W końcu milczących mnichów z pustelniczego klasztoru kamedułów na krakowskich Bielanach pamiętam do dziś mimo upływu miliona  lat. Znalazłam w necie fotkę z 30-tych lat XX w. - mnisi i pracownicy klasztoru w Jabłecznej, ale ci są bardziej "krwiści" niż ci, których widziałam. Jeden taki, chudy i uduchowiony,  zrobił kilka rundek wokół klasztoru z wielką deską w kształcie wrzeciona, w którą  uderzał drewnianym tłuczkiem. Wzywał mnichów na modlitwę. Analogiczne urządzenie widziałam w skicie w Odrynkach.
Klasztor nosi wezwanie św. Onufrego - od wizerunku z cudownej ikony, która ponoć spłynęła z wodami Bugu. Pełna historia dostępna jest tutaj: http://www.klasztorjableczna.pl/
Teren klasztoru jest  bardzo starannie uporządkowany. Całość ogrodzona jest murem, mur też dzieli teren na części: część z domem dla pielgrzymów, studnią i wypieszczonym ogrodem z sadzawką, część ściśle klasztorną z cerkwią i cmentarzykiem mnichów, ogród warzywny z pasieką, sad. A dookoła łęgi nadburzańskie i ponad 40 pomnikowych dębów, z których kilka rośnie wokół klasztoru. Na jednym z nich, przy drodze dojazdowej - rozmaite wota.

 I jeszcze, na zewnątrz murów - dwie kapliczki. Jedna na wprost klasztoru, z drogą do drzwi wiodącą między szpalerami drzew, druga - nad Bugiem. Malowniczo.
Ponoć wiosną, gdy rzeka wyleje dostęp do klasztoru trudny jest. Na zakupy braciszkowie jeżdżą raz w tygodniu koparką, zakupy wożąc na łyżce.
Z informacji z netu; ponoć w klasztorze przechowywana jest rękopiśmienna ewangelia z 1498 r. Ale oprowadzający turystów mnich o tym nie mówił. Ja tu piszę o egzotyce sugerującej ogromny dystans do współczesnego świata i jego cywilizacji tymczasem  klasztor chętnie korzysta z dobrodziejstw turystyki   i immanentnej potrzeby każdego turysty jaką jest nabycie pamiątek. Sklepik z kopiami czyniących cuda ikon i ikonami pisanymi współcześnie, książkami, płytami zawierającymi klasztorny śpiew, świecami, miodami z klasztornej pasieki  - funkcjonuje na terenie klasztoru,. zaś  w pobliżu  - domy i parking  dla pielgrzymów.

piątek, 24 lipca 2015

podlaskie wakacje III, inne trasy powiatu bialskiego

Jasne, że nie będę pisać o wszystkim, szczególnie o trudach rowerowych podróży w tamtejszym upale. Inna trasa którą zrobiłyśmy to Witulin (kościół kat.) - Leśna Podlaska (przepiękny kościół otoczony fosą i murem obronnym) - Konstantynów.   Tu na fotce Marzenka z odwróconym rowerem na podwórku pana Tadka, który łatkę do dętki przyklejał z powodu dziury, będącej efektem przeprawy przez piachy drogi do miejscowości. Ludzie tam przyjaźni i bardzo pomocni. Nie wiem czy M. się nie wkurzy, że ją upubliczniam, więc ostrość zmniejszam wydatnie by nie była rozpoznawalna. Oblana jest wodą studzienną - remedium na upał.
Obok kościół klasztorny pw. Piotra i Pawła w Leśnej - sanktuarium Matki Boskiej Leśnieńskiej, za nim - klasztor paulinów. Nie będę opisywać historii, jeśli ktoś ma ochotę znajdzie ją tu:
 http://www.lesnapodlaska.paulini.pl/sanktuarium/historia-sanktuarium Dodam jeno, że w końcu XIX w. - do 1 wojny światowej kościół  stał się jedną z cerkwi monasteru narodzenia Matki Bożej - jednego z ważniejszych klasztorów żeńskich w Rosji i został przebudowany w duchu prawosławnym. Kościół był zamknięty, obeszłyśmy go dookoła, obejrzały fosę i mury i w drogę. Ładne miasteczko z tej Leśnej, przed kościołem - owalny, obsadzony drzewami park przecięty spacerowymi alejkami.
Stąd pojechałyśmy do Konstantynowa ale złapał nas deszcz więc w obawie przed burzą konwekcyjną wróciłyśmy do Osówki. Na fotce obok - mury otaczające kościół.
Innym razem odwiedziłyśmy stadninę koni w Janowie  Podlaskim - imponująca, oraz pałac - hotel w Cieleśnicy.  Albo Hrud - Roskosz - Wilczyn. W Roskoszy jest pałac radziwiłłowski zbudowany przez Katarzynę z Sobieskich Radziwiłłową, siostrę Jana III Sobieskiego. Położony w pięknym parku,  oczywiście hotel. Oraz bardzo fajna część współczesna na przedpolu pałacu - zespół drewnianych budynków architektonicznie nawiązujących do lokalnego budownictwa drewnianego,  mieszczących warsztaty poszczególnych odtwarzanych zawodów.  Jest to  projekt "ginące zawody pomysłem na przyszłość" Europejskiego Centrum Kształcenia i Wychowania OHP, powstałego w Roskoszy w 1999 r.  

Innym razem wyłożyłyśmy się na plaży nad Bugiem w miejscowości Serpelice Pławiąc się w upalnym słońcu obserwowałyśmy płynące po rzece deseczki z przymocowanym niskim, cylindrycznym pojemniczkiem (na świecę ?). Podstawki wianków świętojańskich ? U prawosławnych Noc Kupały jest dopiero po święcie Piotra i Pawła poprzedzonym postem. Bug w tym miejscu jest szeroki, płytki, brunatny i pachnie lekko zgnilizną. W Serpelicach jest kilka ośrodków kolonijno - wypoczynkowych i gospodarstw agroturystycznych ale plaża raczej mało atrakcyjna. No i zjadłyśmy tam pyszny obiad w "Ostoi PRL-u", naprawdę pyszny. Polecam.  Obok długa wioska Borsuki nad Bugiem, z drewnianą zabudową i pięknym drewnianym  dworem złożonym z dwóch budynków, z których jeden - jak doczytałam - jest budynkiem starej szkoły przeniesionym ze wsi Próchenki. Podobno wieś miała problem z bocianami - nie chciały się tam osiedlić choć w sąsiednich wioskach rodzin bocianich mnóstwo. Dopiero w 2004 r. osiadł tam pierwszy bociek. Atrakcją jest skarpa w widokiem na rozlewiska Bugu.
Na zdjęciu wyżej jestem na promie, który kursuje z Zabuża do Mielnika. Spotkałyśmy tam malowniczą grupę rowerowej młodzieży, która jechała na Warmię z wesela w Bieszczadach. No a poniżej - Bug w Serpelicach.



sobota, 24 stycznia 2015

dziś pękło niebo nad Kotliną...

Najwyraźniej lubię takie grafomańskie sformułowania. Ale jechałam do pracy  przez szarawą  Kotlinę z resztkami śniegu tu i ówdzie, niebo szare, szosa szara, drzewa szare, szaro wszędzie. Unaoczniam tę szarość za pomocą  zrobionego chwilę później zdjęcia z Doliny Siedmiu Domów w Szklarskiej Średniej. Nie jest to to samo ale aura dokładnie taka. W drodze spojrzałam w lewo a tam, nad górami rozjarzone, poziome pęknięcie nieba i szeroki snop światła zalewający Sokoliki. Szkoda, że nie miałam gdzie stanąć. Jeżdżę do tej pracy i nie wiem: czy zmienił się widok na dużo gorszy, czy ja przestałam jego urodę widzieć, ale jakoś nie robią mi się już zdjęcia.  Może to przez ogólne zamyślenie panujące w życiu moim. Znowu nie dostrzegam świata zatopiona albo w pracy albo w sobie. Umrę i go nie zauważę.
Jakoś ciężko do pisania mi się zabrać. Napisałam kilka postów, nie publikuję, bo jakieś takie sztuczne i nadęte. Ot, nie idzie mi pisanie. Ale dziś mam ochotę poblablać.
Moje miejsce pracy czyli dom Carla Hauptmanna
Jest początek roku więc w pracy sprawozdaniowy młyn, szukanie kasy, kontrole, porządki, za grosz czasu by za konkretną robotę się zabrać. Ale już trochę luzuje. Wczoraj mieliśmy promocję trzeciego wydania CarlowoHauptmannowej Księgi Ducha Gór i trochę przyjemnych ludzi przyszło. I tak się zastanawiam. Co za wariaci tu żyją, że czas i ochotę mają spotykać się po nocy i ględzić na temat, trudnym językiem pisanej, bajki i na temat stworzenia, którego nikt nie wdział a wszyscy traktują go jak ojca i matkę razem wziętych albo jakiegoś boga nawet  czyli o rzeczonym Duchu Gór. I to z wyraźną estymą, uwielbieniem wręcz. Postać zdecydowanie przedwojenna, nawet przed wszystkimi tutejszymi wojnami stworzona, zaktualizowana do lokalnych potrzeb współczesnych w latach 90- tych XX w.  A może to efekt ludzkiego szukania sensu ? Jedni szukają boga, inni sił natury dając im cechy demiurga, jeszcze inni - ducha, nieziemskiego autorytetu. Tak na marginesie to wczoraj trafiła mi się dość niezwykła rozmowa. Gawędziłam z panem od  zabezpieczeń i, nie wiedzieć kiedy i czemu, rozmowa zeszła na religijne tory. Mężczyzna do wydatowania ciężki, bo zadbany ale w wieku, w którym większości wstyd do szukania sensu się przyznać. (kiedyś zapytałam przyjaciół o sens, popatrzyli na mnie jak na idiotkę, z tekstem "a nie jesteś już za duża by szukać ?) To co mówił, widać było, że ma głęboko przemyślane. Rzadko spotyka się człowieka, który tak bardzo głęboko wierzy. Wprawdzie sens jego wiary jest mniej więcej taki jak mój - zewnętrzna siła stwórcza - lecz on nazywa ją Bogiem innej możliwości nie dopuszczając i pod jej pieczę się oddaje, ja - naturą bądź wszechświatem i nie uzależniam od niej swojego życia. I w moim wypadku nie jest to chyba kwestia wiary jedynie ustawienia proporcji między człowiekiem w światem. No i ja nie traktuję tej siły jako opiekuna, co robi on. I wierzy. Zazdroszczę ludziom takiej wiary, ja chyba zbyt zadufana w sobie jestem, by oddać się w czyjąś moc. No i  praktyka jego wiary. Nie kościół i ceremonia, kościół i medytacja. Czyż skądinąd tego nie znamy ?
Szamanówka zimą
Wracając do Ducha Gór. Większość tutejszych to niespokojne duchy, szukacze, tacy, co miejsca u siebie znaleźć sobie nie mogli. Jest tutaj coś takiego, co jak magnes przyciąga. Moja młoda koleżanka (też z daleka) sądzi, że może skład geologiczny skał powoduje magnetyczne fluidy, działające na niektórych, którzy charakterystyczną cechę pragnienia iskierki wolności posiadają.  Może i tak, może stąd taka estyma dla Ducha, który jest ucieleśnieniem tego czego szukają.
Z innych zdarzeń to takie tylko, które ujawniają mój totalny brak asertywności. Jestem zmęczona nadmiarem, więc uczę się odmawiać dodatkowych zadań. Nic z tego. W końcu ubiegłego roku, napastowana przez jakieś stowarzyszenie z Dachau, zgodziłam się  na współpracę z nimi. Że znajdę im czwórkę artystów z Młyna, którzy chętnie pojadą na warsztaty "Siła wiatru" w Dachau, w czerwcu 2015. Czwórkę z trudem  znalazłam (wbrew pozorom artyści chętni nie są, nawet jeśli dla nich wyprawa jest bezkosztowa), nawet obiecałam, że jakiś tekst napiszę. Tymczasem przyszły deklaracje uczestnictwa, w tym moja, określająca mnie jako historyka sztuki i poetkę (!!!!) i ciężko napracować się musiałam by rzecz całą odkręcić. Mam nadzieję, że się udało. Nie mogę jechać bo Tydzień Świętego Jana w czerwcu robimy. I to też objaw nieumiejętności powiedzenia NIE. Anita K., mnie ścignęła, że możemy kasę dostać z euroArtu na artystyczne działania. Trzeba tylko projekt zrobić i wniosek złożyć. Nawet się nie spostrzegłam kiedy się zadeklarowałam, wymyśliłam projekt i napisałam wniosek, obiecałam, że zdobędę resztę finansowania, zorganizuję międzynarodowy plener i Tydzień Świętego Jana, Jarmark Świętojański oraz wezmę udział w obchodach Świętojańskiej Nocy. Nawet się zapaliłam: ot, przypadkiem przywrócimy przedwojenną tradycję miasta. A teraz się martwię: kiedy ja to wszystko zdążę ?
To kokieteria jest oczywiście:))), bo wiadomo że się nakręciłam i zdążę. Ale czy ja normalna jestem ?

czwartek, 27 listopada 2014

Dla pamięci, bo niedługo pewnie nie będzie tego cacuszka. Piorunkowice

Dwór rodziny von Mettich, z przełomu XVII/XVIII w., lekko przebudowany w 1820 r. Na zapleczu, na wzgórzu wielki park krajobrazowy.  Wszystko w stanie jak widać. Prawda, że szkoda ?  Remontowany jeszcze w latach 80-tych, na piętrze wzniesiono nowe ściany, część sal przekryto betonowymi stropami Jak to bywa konserwator zaparł się, by dach pokryto łupkiem, ostatecznie zgodził się na blachę miedzianą (!!!).   A kogo na to stać ? Więc skończył się dworski okres świetności.
Wydano kupę kasy na inwentaryzację budowlaną, projekt przebudowy - zrealizowany przez Pracownie Konserwacji Zabytków więc nie tani, tony materiałów budowlanych, wcale nie mały remont - biorąc namiar na kubaturę budynku. Wszystko przepadło z powodu (notabene zgodnej z przepisami prawa) decyzji. Jakie to polskie... A niech szlag trafi, byleby zgodnie z przepisami.

 


niedziela, 23 listopada 2014

uroda

... czeremchy oplatane dzikich chmielów wieńcem,
Jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem,
Leszczyna jak menada z zielonemi berły,
Ubranemi, jak w grona, w orzechowe perły;
A niżej dziatwa lesna: głóg w objęciu kalin,
Ożyna czarne usta tuląca do malin.........

Uroda pejzażu zniewala, niemniej mistrza trzeba, żeby w słowa ją ubrać. To refleksje po dzisiejszym spacerze z psem na Górę Szybowcową. Najpiękniejszy widok jawi się gdy wracam. W dole moja wieś, na horyzoncie jasną mgłą osnute górskie pasmo poprzedzone pagórkami spośród których snują się mgły rozświetlone słonecznie od dołu. Brakuje tchu.

niedziela, 15 kwietnia 2012

ludzka wyobraźnia nie ma granic..

Jeżdżąc często trasą w kierunku Niemiec, czy to na południu, w środku kraju czy na północy, nie mogę nie zauważyć krasnali rozmaitych, grzybków, muchomorów  - szczególnie, zwierzaków nawet tak wielkich jak krowa (widziałam rdzawą i łaciatą), a także rozmaitych figur antycznych.  Im bliżej niemieckiej granicy tym większa różnorodność towaru  i gęstość rozmieszczenia  punktów sprzedaży. W polskich ogródkach też się je spotyka, lecz nie na taką skalę, na szczęście. Trafiłam jednak na wieś, gdzie w ogrodach buszowały różne dziwy. Oto dwa bardzo interesujące stworzenia towarzyszące ostrzyżonej. wczesnowiosennej wierzbie polskiej. Kliknięcie z zdjęcie unaoczni artyzm owego cudeńka.
Na tej posesji znalazłam jeszcze kilka ciekawostek. Stadko upiornych zwierząt oraz postaci z horroru chyba: wilczyca z parą młodych, różowy, siedzący clown, leżący jelonek oraz upozowana w erotycznym kontrapoście lady w pończoszkach i gorsecie, oparta o drzewo.
Ostatnio byłam w mieszkaniu zapiętym na ostatni guzik. Ciepła rdzawa czerwień żelazowa z modnym białym gzymsikiem pod sufitem -  na ścianach, smakowicie skontrastowana z delikatnym fioletem udrapowanych w półokrągłe festony  firan opatrzonych rdzawymi frędzlami z kutasikami ze złotych nici - w zagięciach, przy oknie szpaler wielkich kwiatów w rzeźbionych w figury antyczne donicach, biedermeierowski kredens z niską nadstawką na porcelanową zastawę, wielka skórzana brązowa kanapa i dwa masywne fotele o giętych poręczach z drewna, owalny stół na nogach w formie wielolalkowych tralek. "Turecki" ciepły kolorystycznie dywan optycznie konsolidował całość.  Wystroju dopełniały zdjęcia rodzinne w oficjalnych strojach i pozach oraz   reprodukcje obrazków dzieci D. Muszyńskiej - Zamorskiej wykorzystywane niegdyś na widokówkach.  Nie sądziłam, że w tych czasach takie jeszcze zobaczę.
Choć i tu i tu trzeba mieć sporo fantazji, wolę ogrodowe cudeńka.