Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzynki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzynki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 września 2015

pod Łodzią

Rozsmakowałam się w dzisiejszym obiedzie. Najpierw herbata z cukrem i cytryną - bo zimno było pod parasolami jak szlag, a nie mogłam wejść do środka, z psem byłam. Na pierwsze danie klasyczna zupa pomidorowa z domowym makaronem, na drugie - ziemniaczki z koperkiem, kotlet schabowy (dwa !!! ) i bukiet surówek: marchewka, kapusta biała i czerwona. Nie wierzyłam, że zjem, zjadłam, psu dałam jedynie okruszek kotleta. Pełnowymiarowy obiad z czasów mojego dzieciństwa. Nie jakieś tam sałatki skromnie oliwą podlane czy suche mięso drobiowe lub rybne z ruszta albo hiszpańskie warzywa na patelnię z Lidla  co ostatnio praktykuję na codzień. Nie, schabowy. Świeży, pachnący, pyszny.  A i kompot z rabarbaru na koniec. Taki obiad zjadłam dzisiaj w Sokolnikach pod Łodzią.

W związku z tym, że jeżdżąc do Sokolnik, notorycznie się gubię, tym razem wydrukowałam sobie mapkę i oto co mi się wyświetliło - po lewej. Nie miałam już czasu grzebać kiedy osiedle rozplanowano, dopiero teraz.  Miasto - Ogród Sokolniki powstało w 1928-30 z rozparcelowanego majątku barona Rosteckiego i z jego inicjatywy. Teraz ma 3,5 tysiąca działek, z reguły 15-arowych. Ideowo odbiega od wytycznych przesławnego twórcy miast -ogrodów Ebenezara Howarda (uwielbiam jego imię).  Jego miasto miało być samodzielnym organizmem mieszkalno-gospodarczym, w Sokolnikach powstało miasteczko - letnisko,  jedynie w celu relaksu mieszkańców Łodzi, na dodatek raczej dla elity dysponującej odpowiednimi finansami, bo nie dla robotników przecież. Zresztą nie tylko Sokolniki wówczas powstały wokół Łodzi, również Tuszyn -Las, Kolumna - Las i coś tam jeszcze. Jak to teraz wygląda ? Pewnie tak samo jak dawniej, znaczy układ działek i uliczek jest taki sam. Natomiast nowo powstające domy są z reguły murowane, pełnowymiarowo całoroczne. Zresztą część ludzi mieszka tu na stałe. Najładniejszy, moim zdaniem jest drewniany, budowany przez górali, domek mojej przyjaciółki Magdy. Harmonijny w proporcjach,  wysmakowany w skromnym detalu, funkcjonalny do bólu. Maleńka, doskonale zagospodarowana przestrzeń wykorzystana do imentu. I kominek z otwartym ogniem.  Wprawdzie strach palić duży ogień bo wokół susza, piaski i las sosnowy a na dachu gont, ale tam nawet mały ogieniek wystarcza dla nastroju i ciepła.  Magda twierdzi, że jej znajomi sugerują wymianę domu na murowany. Dziwni znajomi, ja w życiu bym tego nie zrobiła.
Spędziłyśmy dwa dni i  prawie dwie noce na gadaniu. Bardzo mi tego było trzeba. No i pobiłam rekord szybkości - 180 km/godz. Wprawdzie gdy to mówię mężczyźni pytają z odrobiną grozy w głosie: "twoim autem ????" Tak. Moim autem. To bardzo dobre auto jest, bardzo sprawne i szybkie. Walory auta od kierowcy zależą.

czwartek, 3 września 2015

sobota, 25 lutego 2012

Garść ploteczek

Jestem dziś w robocie ale dzień luźny bo sobotni, więc rozmaitych gości przyjmuję, którzy - widząc moje auto pod firmą - wpadają powspółczuć:)))) Właśnie wyszedł Zygmunt Trylański, artysta fotografik, przewodnik, facet, na którego zawsze można liczyć w sprawach fotograficznych   i nie tylko. Właśnie powiększyłam do wymiarów 2 x 3 metry jego fotkę z Biegu Piastów coby za sztafaż wystawy robiła.   Przewodnik i fotografik - czort znajet co było pierwsze, raczej narodziły się wspólnie i jako zawód i jako pasja.  Gość bez przerwy z aparatem lata. Jest wszędzie gdzie coś się dzieje - na wszystkich miejskich imprezach, na zawodach,  ulicach. Jest też tam, gdzie dzieje się tylko natura - w górach. Wstalibyście tak wcześnie zimową nocą, by przed wschodem słońca być w górach ?  Twierdzi, że mentalnie lat ma 30 i, że nie może przejść na emeryturę, bo by się zestarzał.  Wygląda świetnie, nie choruje,  pewnie z powodu tejże ruchliwości, wieloletniej diety wegetariańskiej ale też z powodu wyjątkowo łagodnej natury, pogodnego podejścia do życia i umiejętności cieszenia się życiem. ( takie rzeczy się wyczuwa w ludziach).   Wszyscy cenią jego zdjęcia, wszyscy je wykorzystują (ja też), najczęściej nie płacąc za prawo używania, a tak naprawdę to niewielu współcześnie działąjących młodych fotografików wie, jaka z Zygmunta sława. Zygmunt jest skromny, niewiele mówi o sobie a zwłaszcza o swoich osiągnięciach. A dzisiaj udało się naciągnąć go na odrobinę zwierzeń.  Z dawnych lat - lat głębokiej komuny, gdy zdobywał nagrody na międzynarodowych salonach, a po odbiór żadnej nie mógł pojechać. Bo jako "nieprawomyślny" nie mógł nigdy paszportu dostać. Fotografią zajmuje się od 65 r. Zdaje się, że w Łodzi na początku mieszkał, bo od 1971 r, mieszka w Szklarskiej. Był członkiem kilku grup fotograficznych: Sektor, A-74, Gama 74,  a na lata 1976 - 81 przypada jego najwieksza aktywność fotograficzno - wystawiennicza.  120 wystaw indywidualnych i zbiorowych w tym nieprawdopodobnie wiele międzynarodowych - to jest coś, prawda ? Nie wystawiał się jedynie na Antarktydzie i Arktyce.
W 1977 r. zdobył jedną z ważniejszych dla siebie, bo chyba pierwszą tak poważną nagrodę - Grand Prix na międzynarodowym Salonie Fotografii Venus 77.  Piekielnie prestiżowa i niezykle ważna nagroda, dzięki której miał możność wejścia do fotograficznej elity. Czemu ?  Ano były to siermiężne lata 70 -te. Mowy nie było o tym, by za granicę wyjechać, by cokolwiek stamtąd tutaj się przedostało.  Za wygranie  grand prix salonu w Pretorii Zygmunt został do komitetu na dywanik wezwany, gdzie dostał ochrzan za współpracę w wrogim reżimem. Krakowska wystawa Venus była swoistym oknem na międzynarodowy świat dla fotografików piolskich, mającym dawać odrobinę poczucia wolności. Pierwsza wystawa fotograficzna aktu i kobiecego portretu  zorganizowana została w 1970 r. W związku z ogromną popularnością przerodziła się w cykliczny, międzynarodowy konkurs.  Rokrocznie ogladało ją ponad 200 tys. osób.  Dodatkowe tło tworzyły dyskusje w prasie, kradzieże z wystaw, napady, nieszczenie zdjęć i awantury  pomiędzy konserwatywnymi  a bardziej liberalnymi obywatelami. Piękne artystyczne zdjęcia z odrobiną nagości, która dziś nie zrobiłaby wrażenia na nikim. 
Tak sobie myślę, że powinniśmy zrobić Zygmuntowi wystawę retrospektywną, okraszoną opowieściami, dowcipami i dygresyjkami ale.. "od przeprowadzki nie rozpakowałem pudeł z negatywami, nie mam czasu..."
   
        Zdjęcia ściągnęłam z FB Zygmunta. Natomiast jego portret zrobiła Tatiana Cariuk.

niedziela, 18 września 2011

Urszula Broll




Ostatnio chyba bloger coś szwankuje, bo trudno jest ustawiać tekst po swojemu. Jadę dzisiaj do Urszuli Broll. (Ależ ja się o sławy ocieram !!!). Miałam dopołudnia jechać ale znienacka okazało sie, że mam pracować. A może to skleroza mnie rąbie tak mocno, że zapomniałam o pracy... Ale żeby pracoholik o pracy ? Niemożliwe.
Przesieka, gdzieś środkowa część wsi..ups… .pardon, miejscowości wypoczynkowej. Wąziutka i stroma ulica Słoneczna, po lewej strome zbocze w górę, po prawej – strome zbocze w dół. Mogłabym tam mieszkać, gdyby los tak zechciał. Pod koniec ulicy, po lewej, na zboczu niewielki stary dom na licowanej kamieniem ścianie odsłoniętej piwnicy. I zarośnięty swobodnie trawą i zielskiem ogród - minimalna ingerencja człowieka w roślinny świat. To jest cichy, jakby zapomniany trochę dom Urszuli i Henryka Smagacza. Bardzo rzadko tam bywam, bo nie należę do tego kręgu znajomych. Ale każdy swój pobyt tam odbieram bardzo pozytywnie. Wyjeżdżam naładowana pozytywną energią. Nie wiem, czy to ich spokojny, daleki od miejsko - wiejskiej typowej aktywności tryb życia, czy wyciszona osobowość Urszuli, tam człowiek zbiera pozytywne fluidy. Urszula choruje, mam nadzieję, że moje odwiedziny mieć będą pozytywny sens.
http://galeria-bwa.karkonosze.com/wyst/2005/broll/index.php?txtID=0
http://www.przesieka.pl/broll.html
http://yogin.pl/galerie/sztuka/299-urszula-broll-magiczne-mandale.html
http://www.artinfo.pl/?pid=events&sp=relation&id=6196&lng=1

sobota, 27 sierpnia 2011

22 sierpnia zmarł Andrzej Urbanowicz

Nawet nie mogę powiedzieć, że go znałam. W zeszłym roku spędziliśmy razem kilka godzin - opowieści o minionych latach, jego latach. Starszy, nadal szalenie przystojny pan, który podarował nam do zbiorów komplet swoich grafik. Przyjeżdżał tutaj latami, do Hani Korolczuk i Krzysztofa Figielskiego, do Szklarskiej Średniej.

Buddyjska ceremonia odbyła się o godzinie 13-tej w ich domu.

czwartek, 5 maja 2011

Galeria Agaty i Leszka

Widok na stary dom mieszkalny ze spocznika schodów galerii. Bo galeria mieści się na poddaszu stodoły, która już całkowicie przerobiona została na dwa mieszkania i galerię właśnie. Mieszkanie dla kogoś z rodziny, gdy zajdzie potrzeba i drugie, wcześniej już istniejące miejszkanie dla Jacka - architekta (który niedługo się ponoć wyprowadza). Pracownia obojga natomiast mieści się na poddaszu starego domu, które dostępne jest po drewnianym podeście prosto z ogrodu, rozlokowanego na stromym stoku.

Różańscy to kopanieccy weterani. Wcześniej od nich zamieszkał tu Tomek Sikorski - rzeźbiarz, który od dawna już tylko na wakacje z rzadka zjeżdża. A jego dom, ostatni w górę za domem Agaty i Leszka, chyli się ku upadkowi.

Stodoła we wnętrzu zrealizowana jest bardzo nowocześnie ale ze specyficznym klimatem. Wszystko pieszczotliwie wykończone w drewnie, naturalne i człowiekowi przyjazne. Tu żyć się poprostu chce. Wśród masy drobiazgów, tanich acz wypieszczonych ceramicznych bibelotów dla turystów są tu obrazy obojga, fotografie Leszka, ceramiczne dzieła sztuki Agaty. I zawieszone w powietrzu uczucie równowagi, sympatii, ciepła emanujące ze wszystkich wnętrz, przedmiotów, zwierząt i ludzi. Jeśli ludzie są w domu, bo ostatnio z moim gościem wlazłyśmy do otwartej galerii i do domu, zwiedziłyśmy wszystko i dopiero po jakimś czasie odkryłyśmy Agatę siedzącą w domu przy komputerze:)))
Nie wszędzie - tak jak tu - się czuje, że żyją tu właściwi ludzie we właściwym miejscu i właściwej mu naturze. Tja.. to specyfika obojga - po nich widać uwielbienie dla tego co robią i jak żyją, nawet jeśli to życie przynosi masę mniej lub bardziej trudnych problemów.
Ostatnimi czasy Agata napisała wniosek ministerialny i kupiła wymarzony ceramiczny piec. Zorganizowała warsztaty ceramiczne ale nie bardzo jej idzie - no bo kto na codzień z miasta do Kopańca jeździł będzie ? Ale reklama może coś da. W końcu Pławna jest jeszcze dalej a ludzie z Polski na rozmaite plenery tam zjeżdżają. Ale w Kopańcu jest inaczej - liryczniej, wszystko ma inny wymiar. Jakby bardziej duchowy. Wymaga specyficznego artysty - turysty.











wtorek, 3 maja 2011

agroturystyka, galeria, tawerna

Z czego żyją artyści na takim odludziu, przecież ich sztuki nie kupi sąsiad a nawet sołtys czy proboszcz. Nie dlatego że nie lubi, kasy nie ma. A i przyzwyczajony, że sztuka jest za darmo. Różnie. Jedni uczą szkołach, pracują w budżetowych z reguły firmach albo na swoim. No i prowadzą agroturystykę. Lecz by ściągnąć turystę sam pejzaż, choć przepiękny, nie wystarczy. Turyście trzeba stworzyć atrakcję. Więc tworzą. Tyle, że nie jest łatwo. Turysta nastawiony w większości na ciepłe baseny, gdzie woda sama za niego pływa i Seszele albo inne Kanary, gdzie nic nie musi - jaki musi być by wybrać akurat Kopaniec ? Musi być zafascynowany, musi posiadać "ten" pierwiastek w sobie, który każe mu szukać outsiderów, podobnych sobie. Problem w tym, że taki turysta najczęściej nie ma kasy i jakby.. kółko się zamyka, bo i outsider tłumów nie potrzebuje. Nie ma wyjścia ? Jest, półkomercyjne produkty jak tawerna, średniowieczna osada, kopaniecki teatr. Fortuny to nie przysporzy ale też nie o to chyba chodzi. I to robią.















Emma w ich agroturystycznym domu prowadzi galerię Sztuki Użytkowej, gdzie sprzedaje drobiazgi swoje i znajomych. Piotr robi stare instrumenty muzyczne, otworzył Tawernę, gdzie przyjmować chce turystyczne grupy i podejmować historycznymi opowieściami. A gada dobrze. Obydwoje współtworzą grupę Jatra (piotr Syposz. Emanuela Czujowska, Tomasz Czyszczoń, Jarosław Szczyżowski ), myślę, że stworzoną w czasie tworzenia i na potrzeby "Pogaństwa", grają w średniowiecznym Cornu Cervi, uczestniczą w spektaklach kopanieckiego teatru ludowego - jeśli teatr działa. Do niedawna uczestniczyli w średniowiecznej osadzie - jaka będzie jej przyszłość, nie wiadomo, bo bez nich osady po prostu nie ma.
Trudno ? Ale kto powiedział, że życie jest piękne gdy jest łatwe ?









piątek, 29 kwietnia 2011

P O G A Ń S T W O. II

Kopaniec. Kolejna wizyta. Tym razem w dzień cudnej wiosny, w dzień pracy taki jak uwielbiam - ruchliwy. Najpierw wizyta w "kuchni" Teatru Zdrojowego - pożyczyć reflektory i dogadać się z ichnim elektrykiem na montaż. Myślałam, że położę je na przednim siedzeniu i prosto z Cieplic do Kopańca pojadę. Ale nie, załadowałam niemal całe auto: kable, statywy, reflektory, jakaś tajemnicza skrzynka... więc jazda do macierzy przepakować do zamówionego busa, który z naszymi gablotami miał do Szklarskiej odjechać, a potem - do mnie , czekającej w Kopańcu.
Przepakowałam się i, jadąc - śmiałam. Nie tylko ustami i oczami, nawet "wątrobą" - jak każą niektórzy mądrzy ludzie. No ale jak tu się nie śmiać gdy niebo błękitno - słoneczne, ziemia jasno - słonecznie - zielona, ciepło, lekko i cudnie ? Tak się cieszyłam, że zajechałam do Pasicznika zamiast skręcić w odpowiednim miejscu.

Miało być o Syposzach...
Piotrek już na mnie czekał. Emma - w pracy, w mieście. Rozbebeszyłam auto i gdy pakował rzeczy do środka - fotografowałam sobie wszystko co mi w obiektyw i oko wpadło. Kozy mają - nie wiedziałam. Jak się potem okazało, Piotr traktuje je czule i po ojcowsku - pędził spowrotem by zbyt długo same nie były. Zapakował mi auto i trochę ględziliśmy siedząc w świeżej zieleni na ławeczce przed domem, bo zamówiony bus długo nie nadjeżdżał. Potem okazało się, że gumę złapał.
O czym gawędziliśmy ? O tym co nie dla turystów jest. O tym jak trudno bywa na takim odludziu. Momenty kiedy się dzieje, jest świetnie, energetycznie, zapał, zwłaszcza na początku a potem przychodzi długi okres trudnych pytań i coś na kształt depresji. Czy sobie dam radę. ? Ja człowiek z miasta, na długo w jego tryby wtłoczony ? Nagle okazuje się, że spać można iść tylko dlatego, że zmierzcha a wstać - dlatego, że dnieje. Że czas jakoś się rozciąga w nieskończoność i trzeba znaleźć coś co go wypełnić może, że trzeba nauczyć się żyć jakby zupełnie na nowo., bliżej ziemi, w zgodzie z drzewem i trawą. Nie bardzo wierzyłam, że to dotyka wszystkich. Znam ich przecież roześmianych, rozgadanych i zadowolonych. Wiem o wizytach u terapeuty ale myślałam - ot drobny, chwilowy problem. Zresztą.. wielu z nich lądowało w Kopańcu w momencie poważnego zakrętu w życiu - odreagowują.. myślałam. Tymczasem nie - ponoć wszyscy to mają, gdy opadnie euforia - popadają w depresję, na dłużej lub krócej ale wszyscy.
Ułożyć sobie życie na nowo, w miejscu gdzie wszystko trzeba zaczynać od nowa.. No, jest to spore wyzwanie. Dla kogoś kto nie dysponuje fortuną i nie bawi się w wydawanie pieniędzy lecz musi żyć z pracy własnych rąk i głowy. Na dodatek artystycznej.
Nie użalam się, podziwiam i, nadal, zazdroszczę. Podobno teraz następuje przetasowanie. Znowu niektórzy wyjeżdżają (Piotr Kura Kurowski - szkoda), na stałe znowu przyjeżdżają nowi.
Piotrek Syposz w przyziemiu budynku gospodarczego zrobił średniowieczną tawernę, do której powolutku zaprasza. myślę, że już nie wyjedzie. Podobnie jak Różańscy.

czwartek, 28 kwietnia 2011

P O G A Ń S T W O. I

W naszym katolickim świecie słowo pogaństwo ma zdecydowanie negatywny wydźwięk. Ale mam też wrażenie, że następuje renesans pogaństwa. Czyli czego ? Wierzeń opartych na politeizmie (choć niekoniecznie), zbliżenia do natury i jej cyklu rocznego, magii ceremonialnej. W naszej wystawie nie o to jednak chodzi, choć do końca pewna nie jestem. Wydaje mi się, że chodzi o sięgnięcie do najgłębszych korzeni, wierzeń praprzodków, bliskich sobie niezależnie od nacji. A jak naprawdę - zobaczymy.
Czemu tutaj i teraz ? Bo jesteśmy na ziemi, gdzie nie było naszych przodków, gdzie trudno do czegokolwiek się odnieść, więc trzeba to znaleźć. Takie wrażenie odniosłam w rozmowie z Piotrem Syposzem autorem wystawy. Szukanie podstawy oraz.. znudzenie późnym średniowieczem, charakterystycznym dla fascynacji mieszkańców Kopańca. ...tak sobie luźno piszę, bez wyjaśniania kto i co, bo mam wrażenie, że wszyscy wiemy co to Kopaniec jest.:))


A czemuż mnie tam znowu poniosło ? Jak wspomniałam wystawę organizuję, a i odwiedziła mnie znajoma z Warszawy, wiec trzeba reklamować "swoje". Znajoma, o której nie umiem powiedzieć inaczej niż "Małolata" choć owej małolacie rycząca czterdziestka stuknęła. Wygląda jednak dokładnie tak samo jak w momencie naszego pierwszego spotkania gdy miała lat 17-cie. Po ciężkiej orce obfitującej w wyścigi szczurów w stolicznych korporacjach, chyba ma syndrom wypalenia. Rzuciła wszystko, przeniosła się ma warmińską wieś jeziorną i tam uprawia ogródek oraz gości przyjmuje. Bezpośredni asumpt do zmiany priorytetów dał jej poważny wypadek samochodowy - zasnęła za kierownicą. Nie sadzę, by na zawsze odcięła się od aktywnego życia zawodowego - jak ktoś tego raz zasmakuje.... Raaaaany ależ dygresja... No więc, po wieczorze spędzonym z greckim winem i Małolatą, następnego dnia zabrałam ją do Kopańca. Właściwie ona mnie - pojechałyśmy jej maleńkim czarnym terenowym Mitsubischi (upajam się:))))) - choć niechętnie jeżdżę jako pasażer - do Galerii Wysoki Kamień czyli do Syposza, który owe "Pogaństwo" przygotowuje.

Mieszka sobie ów Syposz Piotr - chłop wielki i przystojny, ze swoją maleńką i drobną blond Emanuelą w wielkim, poniemieckim domu w środku wsi. Nie jest to dom moich marzeń - nieproporcjonalny, zwarty, dwukondygnacyjny, z niskim dachem, zupełnie niepodobny do kopanieckich, romantycznych przysłupów. Podwórko maleńkie dostępne przez mostek przerzucony nad rowem, dom tynkowany z delikatnie malowanymi dekoracyjnym i opaskami wokół okien. Teraz im robią kanalizację więc ulica przed domem głęboko kopana, często nieprzejezdna, podobnie jak w wielu innych miejscach we wsi. Na tyłach domu - budynek gospodarczy, w którego przyziemiu w ostatnich czasach powstała tawerna, dla spragnionych - bardzo interesujące, bardzo rustykalne wnętrze, dłońmi gospodarza sprokurowane. Na dole budynku mieszkalnego, po lewej stronie korytarza mieści się galeria, gdzie Emanuela sprzedaje swoje i znajomych artystek drobne wyroby. Sama gospodyni jest malarką ale nie widziałam jej prac malarskich. Nie ma czasu - zajmuje się domem i ogródkiem (prowadzą agroturystykę), pilotuje galerię i swojego chłopa hołubi. A ten..? jak sobie coś umyśli to nie ma mocnych. Na co dzień struga średniowieczne instrumenty muzyczne, prowadzi pogadanki o Kopańcu, pogaństwie, średniowieczu, historii dla chętnych wycieczek, z ludźmi się spotyka, wcześniej uczestniczył w kopanieckim teatrze ludowym (dopóki ten działał) oraz budowaniu osady średniowiecznej (dopóki ją wszyscy razem budowali), no i swojej tawerny, gra w grupie Yatra, którą współtworzy i żyje. Od święta zajmuje się pogaństwem. Nie tak od święta, bo wystawę przygotowywał cały rok, kredyt na jej przygotowanie wziął. I tu mnie zaskoczył ogromnie. Nie sprzeda niczego, bo nikt nie kupi całej wystawy a tylko taka ma sens. Więc ? Sztuka dla sztuki ? Diabelnie jestem ciekawa. Poszczególne rzeczy widziałam, część tu pokazuję ale jako całość, w brzmieniu muzyki, współgraniu światła, cienia i barw.. hm.. zobaczymy. Mam jedynie nadzieję, że te przedmioty, w jakimś stopniu nawiązujące do oryginalnych (chyba) nie stworzą razem czegoś co obudzi prawdziwe moce.

czwartek, 16 grudnia 2010

Pani na Staniszowie i artystyczna wigilia w wiejskim pałacu


Agata Rome-Dzida i Wacław Dzida z dziećmi i pracownikami przed pałacem
fot. J. Brykczyński.



Był sobie kiedyś pałac, odrapany, szary, w zaniedbanym otoczeniu - jak setka innych pałaców w niegdysiejszej Dolinie Zamków i Ogrodów, Śląskim Elizjum, najpiękniejszym - przynajmniej dla niektórych nacji - miejscu środkowej Europy. Po wojnie zagospodarowany przez instytucje państwowe, w 1991 r. został opuszczony i zostawiony na pastwę losu. Zupełnie nie rozumiem takich skutków onego momentu polskiej historii. W 2001 r. niemal ruinę kupił następny pozytywnie zakręcony, Wacław Dzida i otworzył restaurację wraz z hotelem. Po czym zaczęło sie sukcesywne odbudowywanie otaczającej infastruktury: angielskiego romantycznego parku krajobrazowego, Domu Kawalera, trwa odbudowa zabudowań folwarcznych, gdzie w stodole ma powstać galeria sztuki. Nie pomnę w którym roku pojawiła się "pani na zamku" - Agata Rome, młoda historyczka sztuki o mecenasowskich ambicjach, ale o niej później, bo najpierw o tradycjach.
Pisałam kiedyś o, bogatej w zamki i założenia ogrodowo - parkowe, Kotlinie Jeleniogórskiej. Było ich tyle, jako że malowniczość pejzażu, czystość klimatu wraz z cieplickimi wodami w okolicy oraz inne cechy pożądane dla letniego wypoczynku, skłaniały możnych tego świata, głównie niemieckich, do budowania tutaj swoich rezydencji. W efekcie powstały tu trzy siedziby królewskie (Mysłakowice, Karpniki, Wojanów) - dodatkowy powód, dla którego inni zapragnęli obracać się w elitarnym gronie i swoje reprezentacyjne domostwa tu budować.
Podatny staniszowski grunt - dworsko - pałacowe historie, poprzeplatane z ciekawymi obyczajowymi immponderabiliami, jak np. lewitujący wizjoner, staniszowski Nostradamus - Rischmann, z górującego nad wsią wzgórza Witosza - wspomniany przez Rozalię Saulsonową w 1848, która swoją wycieczkę w Kotlinę opisała. Ok. poł. XVIII w. spadkobierczynią dóbr w
Staniszowie została młodziutka Henrietta von Schmettow, która w 1784 roku poślubiła Henryka XXXVIII von Reuss. Książe szybko owdowiawszy poślubił hrabiankę Joannę von Flechter, dzięki płodności której (jedenaścioro dzieci) ród von Reuss zdominował okolice do końca 2 wojny światowej. Rozpoczęło się intensywne budowanie i gospodarcze kwitnienie. Już w 1787 r. powstały dwa pałace z folwarkami: barokowa rezydencja rodowa otoczona wspaniałym parkiem i pałac hrabiowski - w dolnej części wsi. Angielski park wkomponowany w krajobraz oraz rezydencja szybko stały się bardzo istotnym miejscem spotkań towarzyskich, park udostepniany był publiczności. By uatrakcyjnić okolice nastepny von Reuss w 1806 r. wybudować kazał myśliwski zameczek księcia Henryka w formie malowniczej ruiny (bo moda na ruiny naonczas była), powyżej rezydencji powstał w 1818 r. Dom Kawalera, w browarze von Reussów produkowano słynny staniszowski likier. W małej wiosce znalazło się wszystko czego oczekiwać mógł elitarny turysta.
Mówię tylko o Staniszowie ale wkażdej niemal wiosce powstawał mniej lub bardziej okazały pałac czy dwór z odpowiednią infrastrukturą. Lata powojenne.. pominę milczeniem. Teraz wszystko rusza od nowa i pewnie kiedyś, może niedługo nastąpi rozkwit każdej miejscowości. Na wzór Staniszowa, w którym oprócz górnej rezydencji w rękach Wacława Dzidy i jego żony Agaty Rome, dolny pałac, zwany Pałacem na wodzie kupił w 2005 r. i już uruchomił nowy właściciel, który rozpoczął porządki od wyczyszczenia stawu i renowacji budynku pałacu.

Agata Rome. Szczuplutka, drobna, sztuki historyczka, pani na zamku. To jej należą się laury za historyczne podejście do historycznej spuścizny, choć nie odmawiam ich również jej mężowi. A także za opiekę nad artystami, w ramach fundacji Forum Staniszów. Nie znałam jej. Czytałam jakiś jej tekst o lokalnym środowisku, pierwszy raz u niej zobaczyłam na żywo obrazy mojego ulubionego malarza - Mariusza Mielęckiego, nie musiałam namawiać - weszła w skład członków założycieli Nowego Młyna - kiedyś. Hołubiła wtedy perfekcyjnych technicznie dwóch białoruskich malarzy. Wpadała na spotkania coraz rzadziej, co miałam jej za złe. Dopiero gdy pojawiłam się pierwszy raz w pałacu - zrozumiałam dlaczego. A było to dawno. Agata zorganizowała w pałacowym parku pierwszy spektakl kopanieckiego teatru, w pałacu, który jeszcze nie skończył swojego remontu ale już świetnie funkcjonował - jako hotel, restauracja, w ramach fundacji Staniszów. Agata jest prawdziwą panią na zamku, godną następczynią Henryka von Reuss. Gospodyni z prawdziwegio zdarzenia. Wraz z mężem zarządza pałacem i fundacją, organizuje konerty staniszowskie, prowadzi galerię, remontuje, buduje, pisze teksty, organizuje wystawy, wychowuje dwóch synów, coś słychać o doktoracie, osobiście wita każdego gościa, bo w końcu ten pałac-hotel i restauracja to jest jej dom. Perełka w Kotlinie Jeleniogórskiej.

sobota, 7 sierpnia 2010

Świat Kultur w Radzimowicach

O Radzimowicach już pisałam, nie będę więc wracać. Jadę dziś na festiwal "Świat kultur", zobaczyć ich doroczne święto. Leje, cholera, jak wlezie w tą dolinę to wyleźć nie może. A nie mogłoby być piękne, ciepłe to lato ? W dzień słońce, deszcz w nocy ?

Program niżej.

06.08.2010 Piątek - 19:00 Spotkanie Gwarków
Wykład i film „Piatra Altarului – Kamienny Ołtarz” Beata Markiewicz – Złoty Stok

07.08.2010 Sobota - 10:30 Msza Święta, a później:
11:20 Otwarcie Festiwalu i Wystawy fotografii „Nasze drzewa”, Grzegorz Tarnowski - Mysłów
11:50 Wykład „Intronizacja Chrystusa Króla”, Zbigniew Gubalski – Legnica, Dom Zboża 11
12:40 Zespół „Echo” z Bolkowa, Taras Słońca
13:00 Jolanta Cesielska – Gra w podchody, Instrukcje do gry i odbiór nagród dom nr 5 pod Herbem
13:10 Otwarcie wystawy „Podziemny Świat Radzimowic”, Ivan Rous – Czechy, Stodoła 5
13:35 Otwarcie wystawy „Architektura podziemi”, Dr hab. Marek Lorenc – Wrocław, Dom Zboża 11
14:00 Wykład „Refleksologia stóp”, Pierluigi Fantini – Włochy, Aneta Ślipieńczuk – Legnica, Dom Zboża 11
15:00 Zespół „Bolkowianie” z Bolkowa, Taras Słońca
15:15 Kultura Japonii w migawce Shindi Omura – Japonia, Radzimowice 7
16:10 Świat Natury w butelce, Anna Kurpiel – Radzimowice 7
17:00 Zespół „Kukułeczki” z Pogwizdowa
17:30 Zespół „Wiadrowianie” z Wiadrowa
17:35 „Techniki alpinizmu podziemnego”, Pokaz i udział widzów szyb Arnold Beata Markiewicz
18:00 Duet akordeonowy Armenia – Polska, Pedros – Edmund
19:30 Paneurytmia „Taniec Duszy”, Ola Karłowska, Nowe Radzimowice Łąka
20:30 Wykład i film „Tajemnica jeziora Świteź”, Tatiana Cariuk – Białoruś, Dom Zboża 11

Na imprezie obecni będą Wystawcy:
 Minerały świata, Andrzej Korzetwa, Strzegom
 Produkty gospodarstwa wiejskiego, Aniela Pańczak, Pomocne
 Gospodarstwo pasieczne, Władysław Martyniak, Bolków
 Koło Gospodyń Wiejskich, Lipa
 Sery kozie, Ewa Wolak, Wojcieszyn
 „Szklana Manufaktura” Ręczne szlifowanie szkła, Marcin Zieliński, Piechowice
 Warsztaty ceramiczne, Bogusława Rudnicka, Dobków
 Rzeźba i malarstwo, Małgorzata Kieras, Mysłów
 Rękodzieło i rzeźba, Państwo Lis, Snowidza
 Produkty z orkiszu, Wiktor Urbańczyk, Radzimowice

środa, 6 maja 2009

Jurek Kurowski. Przesieka

Pisząc o Agacie, pomyślałam o Jurku, jak bardzo odmienną jest postacią. No i Jurek zadzwonił natychmiast, jakbym go swoim myśleniem wywołała. Załatwił wystawę w Gőrlitz na dworcu dla „Nowego Młyna”. Jurek jest prezesem stowarzyszenia, które działa i nie działa. Myślę, że gdyby za działaniem szły pieniądze, ludzie chętniej garnęliby się do jakiejś roboty. Ale niestety, żeby szły pieniądze, najpierw trzeba popracować, a to już nie jest tak łatwe i bardzo niewielu jest skłonnych. Nie ważne. Raz w roku robimy stowarzyszeniu wystawę, więc oni mają przegląd twórczości a ja świadomość, że działamy.
Jurek… pierwszy raz widziałam go na wystawie wspólnej z Maćkiem Lercherem. Na wernisażu Jurek mówił niewiele, gadał Maciek (bo lubi). Potem obu widziałam u mnie, gdy rozesłałam wici, że chcę stowarzyszenie. Okazało się, że oni obaj też. I tak to się zaczęło. Potem dowiedziałam się, że Jurek skończył krakowską ASP, z dyplomem u Nowosielskiego (!!!). To brzmi.
Jurek jest dla mnie bardzo nietypowym artystą. Jest taki trochę jak ja: 42 sroki za ogon naraz trzyma. Ojcu, architektowi pomaga w projektowaniu, pracuje w szkole plastycznej, prowadzi pracownię, projektuje strony internetowe, druki, książki, maluje, fotografuje, uprawia grafikę komputerową i buduje dom – rodzinne gniazdo w Przesiece. Ja wiem tylko o tym, co robi jeszcze - czort znajet. Człowiek - orkiestra. Złapać go to wyższa szkoła jazdy, zbyt szybko się przemieszcza. I tak się dziwię, że jest w stanie skupić się na temacie rozmowy, czasem mam wrażenie, że myśli o kilku rzeczach naraz.
Jakim jest artystą ? Cholera, nie wiem. Widziałam jedynie jakieś trzy jego obrazy, z których „Trzęsawisko” podoba mi się najbardziej. Chyba nie ma czasu na malarstwo w tym ciągłym biegu i działaniu.
Kiedyś pisałam o artystach w Karkonoszach. O tych wycofanych, żyjących zgodnie z porami roku, wchodzących w swoje wnętrze oraz o tych budujących, tworzących, odkrywających. Jurek należy raczej do tych drugich. Odkrywca. A może rozmienił się na drobne ?
W Przesiece, w najpiękniejszym miejscu buduje wielki dom z widokiem na cale pasmo Karkonoszy. Jak go skończy może zacznie malować.
W życiu i pracy towarzyszy mu Joasia Krenz - Kurowska, która ostatnimi czasu zajęła się fotografią i nieźle jej to wychodzi. Od 2003 roku wspólnie tworzą publikacje internetowe jako spółka autorska J&J Kurowscy

czwartek, 30 kwietnia 2009

Agata Różańska. Kopaniec.

W jej katalogu przeczytałam mnóstwo słów o archetypicznych znakach, pełni mandali, utożsamianiu wszechświata i mikroświatem. Artystyczna nowomowa dla elit. A po kiego grzyba ? Bo sztukę trzeba uzasadnić głębią słów ? Przecież można i trzeba odbierać ją zmysłami, po to jest. Zwłaszcza radosna sztuka Agaty. Ale, no.. przecież marketing i historia sztuki.
Agata jest ceramiczką i malarką. Skończyła wydziały ceramiki i malarstwa na wrocławskiej ASP. Zawsze zazdrościłam ludziom zabaw gliną. Pamiętam przyjemność lepienia drobiazgów z błota na kieleckim podwórku po deszczu. Lubiłam. Nigdy się gliną nie bawiłam a czuję, że musi to być przyjemne spełnienie, gdy patrzę na powstające z bryłki gliny garnki, zwierzaki czy formy abstrakcyjne, co nieco tylko sugerujące.
Przez jakiś moment Agata pracowała we wzorcowni Polcoloritu – firmy produkującej kafle ceramiczne w Piechowicach. Niedługo. Teraz ma w domu piec ceramiczny, prowadzi zajęcia dla dzieciaków, sama rzeźbi w glinie i maluje. No i oczywiście w pełni uczestniczy w kulturalnym życiu Kopańca. Występuje w spektaklach teatralnych, w swoim domku w osadzie średniowiecznej sprzedaje swoje wyroby, jest wszędzie, przy boku swojego męża, Leszka. Teraz wymieniają dach na budynku gospodarczym, potem na strychu zrobią galerię. Następna galeria w małym Kopańcu.
Zawsze, gdy ją widzę zastanawiam się jak funkcjonuje w świecie. Jest bardzo eteryczna, zwiewna, subtelna i taka… spłoszona. Żyje w świecie ciszy, nie słyszy, czyta z ruchu warg. Mówi bardzo trudno, trzeba się wsłuchać i skupić by zrozumieć. Może to właśnie jest przyczyna tego spłoszonego wrażenia. Z drugiej strony, gdy ją obserwuję nie mogę nie zauważyć jak świetnie sobie radzi, jak jest pewna tego co robi i siebie. Może to, że żyje tak blisko natury daje jej tę pewność ? Sztuka.. w przypadku Agaty człowiek czuje, że wybrała najbardziej właściwą drogę dla siebie, jakby ona i jej sztuka to jedna całość, bez żadnych zgrzytów i dysonansów. Naturalny wybór.Nie umiem pisać o sztuce, więc zacytuję tę czyjąś recenzję z katalogu. Żebyście wiedzieli co tworzy i dlaczego – o ile komuś potrzebne są odpowiedzi na takie pytania. W sumie w tekście czytelna jest ta, mało uchwytna, istota.


Agata Różańska posługuje się syntetycznym pismem archetypicznych znaków. Pełnia mandali jest obrazem kosmosu, przywołuje oczekiwany status, tego, co nas otacza. Uporządkowanie kolejnych koncentrycznych kręgów wyznacza środek świata. Wszechświat utożsamia się z mikroświatem. Granica przestaje być uchwytna. Skala traci znaczenie. Gładkie, emaliersko potraktowane farbami olejnymi i akrylami płaszczyzny obrazów, barwne konstelacje punktów, linii, kręgów i plam wibrują feeryczną kolorystyką, przykuwają wzrok i hipnotyzują, jak rozjarzony niewidocznymi za dnia gwiazdami niebieski firmament. Zobaczyć je możemy również na niewielkich kwadratach ceramicznych kafli. Gdzieniegdzie stałość mandali dynamizowana jest spiralą. Jej potencjalny ruch rozbija obraz całości, niweczy poczucie spełnienia, otwiera na to, co zaledwie możliwe, nieznane bądź jeszcze nienazwane.

środa, 29 kwietnia 2009

Kopaniec. opowieść I

Kopanieccy artyści u nas, w Szklarskiej. Impreza towarzysząca otwarciu wystawy.
Najwyższa pora na tę opowieść o wiosce, do której pełno odnośników w innych moich blogach. Czemu ? Bo to najprawdziwsza kolonia artystów, która powstała sama i zupełnie nie wiem dlaczego. Kopaniec leży na wschodnim krańcu Kamienickiego Grzbietu w Izerach. Malowniczo położony na stoku, domy wśród poplątanych ścieżek. Dominujące tradycyjne budownictwo mieszkalno - gospodarcze: kamienno drewniane domy przysłupowe o odrobiną rygla, małe okienka, dość strome dachy, duże ogrody. Nowych domów jest stosunkowo niewiele choć już powoli zaczyna się to zmieniać.
Ale Kopaniec to nie tylko położenie i walory krajobrazowe, to przede wszystkim ludzie. Nie mieszkańcy wsi, ale ci nowi, których wrzucono do jednego wora z nazwą „artyści”. W Szklarskiej Porębie też jest ich sporo ale tego zupełnie nie widać – żyją osobno, tworzą osobno, czasem się spotykają ale częściej mijają się z marsową miną – bo właśnie się ścięli z jakiegoś powodu. Jak to się stało, że w Kopańcu zafunkcjonowali inaczej, co też skłoniło ich, że są razem ? To, że są obcy i przyjezdni i powinni trzymać sztamę ? To, że w Kopańcu nie ma pracy a z czegoś żyć trzeba, więc trzeba było wymyślić jakiś sposób na życie ? Może wszystkiego po trochu ale pewnie jeszcze coś. W efekcie wymyślili coś, co dziś ekonomicznie się nazywa „produktem turystyczno-kulturalnym” albo jakimś tam, w każdym razie coś co może przynieść jakieś pieniądze na życie.
Czasem myślę, że władze Jeleniej Góry powinny się udać do Kopańca i podpatrzeć jak się tworzy taki turystyczny produkt, po czym wszystkie siły skierować na działania ułatwiające ludziom jego stworzenie. Bo wbrew pozorom ludzie znajdą sobie właściwe ścieżki, jeśli stworzy im się odpowiednie warunki.
Wracając do Kopańca. Inicjatorem ich działań, tzn. powołania stowarzyszenia Kopaniec był Leszek Różański i Tomek Sikorski. Jeden malarz, nauczyciel i fotografik, drugi artysta perfomance. Działo się to w 1992 r., jeszcze wtedy nie miałam o nich pojęcia. Nie wiem kto zamieszkał tam pierwszy, nie wiem kto uczestniczył w działaniach pierwszego stowarzyszenia, wiem jak jest teraz. Ja poznałam ich dopiero w 2005 roku, po roku pracy w Szklarskiej. Przyłączyli się do naszego stowarzyszenia Nowy Młyn, powołanego w Szklarskiej wiosną. Uczyć nam się od nich trzeba było. No tak, ale my nie mieliśmy aż takiej motywacji, my jesteśmy porozrzucani po całych Karkonoszach i Izerach, oni są „ w kupie”.
Co robią ? Ano prowadzą swoje gospodarstwa agroturystyczne, czyli wynajmują pokoje, uczą w szkole, tworzą w swoich pracowniach albo czasem pracują w okolicznych miejscowościach – to praca za chlebem. Jest jeszcze ta druga, która łączy pracę i przyjemność, która kiedyś może korzyści jakieś materialne przyniesie. To jest Grupa artystyczna Kopaniec, która organizuje wystawy swoich prac w kraju i za granicą. To jest pracownia ceramiczna Agaty Rózańskiej organizująca mniej lub bardziej spektakularne zdarzenia artystyczne bazujące na ceramice ale też warsztaty ceramiczne dla dzieci i młodzieży. To jest Muzyczny Kopaniec czyli panowie grający na starych instrumentach, dłubanych w drewnie przez Piotrka Syposza, w domu, który jest równocześnie gospodarstwem agroturystycznym, mieszkaniem, pracownią i galerią o nazwie „Wysoki Kamień”, gdzie Piotr mieszka ze swą wybranką, malarką Manuelą. Wśród grających znajdziemy Piotra Kurę-Kurowskiego, obecnie „mózg” wszelkich działań stowarzyszenia, odprawiający całą wymaganą papierologie, występujący najczęściej w stroju zakonnym. Gra też Jacek Gmerek – na co dzień czynny architekt, narciarz, malarz, aktor kopanieckiego teatru, bardzo charakterystyczna postać. No i oczywiście Leszek Różański – na co dzień nauczyciel I Piotrek Syposz. Wszyscy oni oraz ich kobiety uczestniczą w spektaklach teatralnych Teatru Ludowego Kopaniec. Teatr ma swoją salę na Farmie 69 u Norberta i jego żony. No popatrzcie, nazwiska nie pamiętam. W każdym razie, koło Farmy 69 artyści kopanieccy zbudowali osadę średniowieczną.
Bawili się fantastycznie budując swoje domy, wyposażając je w podstawowe sprzęty, otaczając ogródkami.. to miejsce, gdzie mają i mogą przyjeżdżać turyści by mile spędzać czas, prowadzeni przez grupę Cornu Cervi, powstałą na potrzeby osady. Oto co piszą o sobie na stronie internetowej:
Właśnie to codzienne życie próbujemy rekonstruować. Sięgamy do wieku XIII, w którym zaczyna się masowe osadnictwo na terenach podgórskich. Gdzie zakorzenione elementy słowiańskie mieszają się z germańskimi a uniwersalna kultura średniowiecza płynie do nas z każdego zakątka Europy. Sięgamy do wieku XIII, aby dowiedzieć się czegoś o sobie.Grupa Cornu Cervi rozpoczęła działalność we wrześniu 2006 roku. Podejmujemy działania przybliżające kulturę średniowiecza w szerokim zakresie. Teatr, muzyka, rzemiosło, literatura, obyczaje - wszystko to i jeszcze więcej chcemy ożywić przed oczami człowieka „nowoczesnego”. Nowoczesnego ? Czyżby ?
Oczywiście nie wymieniłam wszystkich uczestników tych działań, bo nie wszystkich znam. Myślę, że warto do Kopańca pojechać i spędzić tam z nimi trochę czasu, choćby po to by zobaczyć, że można żyć inaczej, niekoniecznie w pośpiechu. Sezon turystyczny rozpoczynają w weekend majowy, właśnie w osadzie średniowiecznej. Też tam sie wybieram i swoich gości majowych zabieram, bo na pewno będzie fajnie. Pewnie też coś o tym skrobnę.


http://www.kopaniec.pl/kopaniec_mapa/1.html
http://my.opera.com/eandre/albums/show.dml?id=587208

czwartek, 19 marca 2009

GAR MOCY i Wielki Mistrz Waloński

Wielki Mistrz Waloński i dr Przemysław Wiater, walończyk muzealny
Chwilę za tablicą SZKLARSKA PORĘBA, jadąc od Jeleniej Góry, wznosi się niewielki biały budynek z napisem MUZEUM ZIEMI JUNA. Mieści się w starej Karczmie Głodowej. Wg tradycji jest to miejsce, gdzie - chlebem i mlekiem jedynie - karmiono pracowników budujących drogę do nowo powstałej huty szkła Józefina. (Obecna miedzynarodowa droga nr 3).
W środku ? Kamyki, kamienie, kamolce – to muzeum mineralogiczne. Gdy już człowiek nasyci się tymi cudeńkami natury, kupi sobie kamyk na szczęście lub by go chronił od wszelkich chorób, nałogów, złych przygód, złych spojrzeń, złych ludzi... powinien przejść na drugą stronę szosy, przez mostek na Kamiennej i wspiąć się zboczem stromym pod górę. To przejście to dawny Czeski Bród, w którego okolicy mieściła się niegdyś huta szkła wymieniana w dokumentach ok. 1580 r. Gdzie dokładnie była, nie wiadomo, może nawet na miejscu późniejszej Karczmy Głodowej lub po drugiej stronie rzeki, gdzie za chwilę wędrować należy. Idąc pod górę mija sie Bazę pod Ponurą Małpą z Giełdy Turystycznej Piosenki Studenckiej słynną, która w ubiegłorocznej powodzi ulegla zalaniu. Dziś nie wiem czy już naprawiona lecz skoro uszkodzony mostek działa, to może i biwak. Na końcu drogi otwiera się obszerne, lekko pochylone plateau z grupą dziwacznych budowli w górnej partii, po prawej. Ni to dom, ni to zamek, ni warsztat. Stara Chata Walońska, bo o niej mówię, na mapach oznaczona jako Gar Mocy.
Można dojechać tutaj od strony Szklarskiej Górnej, jadąc na Leśną Hutę, potem dalej, ścieżką przez las. Wtedy polanę z góry widać a zespół budowli stoi po lewej stronie. Dookoła jakieś głazy, bele drewniane, drabiniaste wozy, niemal archaiczne narzędzia rolnicze i dyby… Budowla składa się z cylindrycznej, kamiennej rotundy z łącznikiem, z kamiennymi schodkami, galerią, na której dumnie tkwi wielki bęben, w skórę odziany oraz trójkątnego szczytu domu obudowanego kamienno - metalowymi pawilonami na kształt wielkich hal.
Wejść do wnętrza jest kilka, tylko trzeba je znać i wiedzieć które gdzie prowadzi. Jedno jest zawsze otwarte, od tyłu. Przez wielką halę, wypełnioną metalowymi półkami pełnymi rozmaitych kamieni, wąskie przejście prowadzi do „jaskini” czyli niewielkiego, pomieszczenia z wielkim kominkiem, pełnego dziwnych rzeczy. Rogi koziołków pod pułapem, jakieś narzędzia, na wielkiej drewnianej ławie – tysiące kamiennych koralików, część luzem, część nanizana na rzemyki, na drewnianym stropie wielka papierowa wstęga gęsto zapisana jakimś dziwacznym tekstem… no i rzecz najważniejsza – drewniana lada osłaniająca otwór do dalszej, ciemnawej części.. To jest miejsce Wielkiego Mistrza Walońskiego czyli Juliusza Naumowicza.
Czymże zajmuje się tak tytułowany człowiek ? Zarządza tym państwem w państwie. Zarabia i daje zarobić, bierze pod skrzydła ludzi mniej zaradnych lecz utalentowanych, nie umiejących z talentu korzystać Co robi ? Poza handlem kamieniami szlachetnymi ? Poza produkcją wyrobów z tychże kamyków ? Poza organizacją imprez mniej lub bardziej masowych ? Tworzy legendę Szklarskiej Poręby. Bierze stare jej elementy, łączy z innymi starymi, dodaje nowe i tworzy swoistą historię... Karkonoskiego Ducha Gór, walońskich poszukiwaczy skarbów, laborantów którzy z ziół przygotowywali mikstury lecznicze…opowiada, inspiruje, wydaje książki. Jest jeszcze jedna, kryminalna niemal historia z nim związana.. mówią w mieście, że trzęsie całym nielegalnym wydobyciem kamieni szlachetnych w Sudetach pojętych jako Karkonosze, Izery i Góry Kaczawskie.
Wchodząc do jaskini, w przyćmionym świetle nie widzimy nikogo.. za chwilę słychać ciche skrzypienie i w otworze za ladą pojawia się wózek inwalidzki wypełniony wielką postacią. Brudnozielona lub łaciata kurtka, skórzany kapelusz z dziwnymi oznaczeniami, wielka siwa broda, pogodne oczy z odrobiną zamyślenia, nogi przykryte kraciastym kocem. Wita się lekko sztywną, chłodną dłonią, ściskając mocno. Charyzmatyczny człowiek. Gdy zaczyna snuć swoją opowieść cichną nawet najbardziej rozszalałe dzieci a dorosłych lekki dreszcz przeszywa.
Kim jest Naumowicz. Z tego co sam mówi o sobie jest człowiekiem gór, który kiedyś nie znał pokory i swym życiem chciał zakpić z Ducha Gór. Zemsta była okrutna, dotkliwa i długotrwała. Gdy niepokorny z plecakiem pełnym kamieni wspinał się na skałki, ciężki plecak oderwał go od podpory i pociągnął na ziemię. Upadł na wielką bryłę kwarcu, skrzętnie ukrytą w plecaku…. strzaskany kręgosłup… wózek, doł….
Są ludzie, którzy w tym momencie umierają dla żywych. Są też ludzie, którzy w tym momencie próbują odkupić swoje winy .. teraz pchając wóz pod stromą górę. Wielki Mistrz Waloński to właśnie ten drugi. Znalazł inny sposób na życie a przy okazji zadospodarował parę innych ludzkich historii.
W swojej jaskini przygarnia strapionych, karmi wedzonką i mocnymi trunkami własnego wyrobu. Z nich najbardziej popularne i damskie jest wino walońskie. Przynaleznym mężczyznom trunkiem jest np. piołunówka lub wódka bazująca na cykucie, z różnymi tajemnymi domieszkami. Ta ostatnia raczej jako lek traktowana być winna, gdyż spożyta w nadmiarze pozwala Ducha Gór żywego zobaczyć, a to już niebezpieczne być może. W zespole zanjduje się mini muzeum wina - zwłaszcza tego patykiem pisanego.
Czym jest Gar Mocy... wejść tam można w uniżonym pokłonie wymuszonym przez obniżony strop długiego korytarza. Na jego końcu - wielkie, cylindryczne wnętrze z wielkim paleniskiem pośrodku. Jest to świątynia współczesnych walończyków, miejsce w którym pobyt daje moc do życia i pracy. Tu odbywają się biesiady, do których z rzadka dopuszczani są ludzie spoza kręgu. Tu Wielki Mistrz mianuje giermków walońskich i wiedźmy, które męskim światem rządzą dzięki swej przyrodzonej mądrości. Oczywiście można gar mocy wynająć a sowita zapłata wspomaga działania walończyków.
cdn.

czwartek, 12 marca 2009

Świtezianka u Hauptmannów - zaproszenie i post wyłuskany


ZAPRASZAMY
do Domu Carla i Gerharta Hauptmannów w Szklarskiej Porębie
w dniu 20 marca o godz. 17. 00
NA PRELEKCJĘ I WYSTAWĘ FOTOGRAFII

TATIANY CARIUK

BIAŁORUŚ DALEKA I BLISKA
... i gawędy kresowe

Tatiana Cariuk ur. 1956 roku w Nowogródku.
Ukończyła studia w Akademii Druku we Lwowie.
Fotografik, krajoznawca, przewodnik.
Wystawy indywidualne w Warszawie, Lublinie, Legnicy, Mińsku, Nowogródku.
Mieszkała w Nowogródku i nad Świtezią, od 2006 – na Dolnym Śląsku.
Członek Jeleniogórskiego Towarzystwa Fotograficznego.


Miałam dwa intensywne dni. Jestem zmęczona. Poznawanie kogoś inteligentnego to proces trudny, obfitujący w emocje, inspirujący. Znowu pcha mi się do głowy konieczność oceny. Pewnie dlatego, że najczęściej oceniamy czyjąś przydatność do swoich potrzeb emocjonalnych. Jestem zmęczona swoją niepewnością i rozedrganiem, więc szukam oparcia w ludziach pełnych mądrości życiowej i spokoju. Nadal utożsamiam siebie z niepokojem ale zwalniam, coraz częściej czuję pewność siebie i swojego miejsca, czyli chyba dojrzewam. Nie mówię, że wiem. Czuję.

Opowiem o Tatianie. Mądrość życiowa i spokój to właśnie ona. Mówi o sobie, że jest obywatelką Polski w jej szerokich na wschód granicach historycznych, czyli ani Polka, ani Białorusinka ani Rosjanka - Świtezianka. Z musu obywatelka świata. Ściśle przyrośnięta do historii i tajemnicy miejsca skąd pochodzi, choć już tam nie mieszka.. Bardzo intensywne życie łączące własne potrzeby z potrzebami narodu i miejsca, działanie fizyczne, nie werbalne jedynie, potrzeba pracy dla czyjegoś dobra w ścisłym powiązaniu ze swoim. Równocześnie umiejętność korzystania z pełni przyjemności życia. Chyba w niektóre życiorysy jest wpisana taka cecha. Konieczność realizowania misji, opór i walka, szukanie swoich dróg splątanych z drogami innych, postawienie na jedną kartę, strach, odporność, stres, ideały, umiejętność kompromisu.. nie wiem jak to opisać….. osoby walczące z reguły są ślepe i ukierunkowane, narzucające i kategoryczne. Tania jest zdystansowana, wyluzowana i piekielnie tolerancyjna. Próbując ją określić powiedziałabym – ona rozumie.. Umie zachować równowagę między wszystkimi elementami i jest nieprawdopodobnie otwarta na ludzi. Nie wiem jak ci ludzie są jej potrzebni ale potrafi być z człowiekiem naturalnie, bez narzucania siebie, jakby była dla kogoś ale równocześnie ten ktoś był dla niej.
Czasem myślę, że mężczyźni w życiu niektórych kobiet inaczej się liczą Potrzebujemy ich oparcia nie umiemy się bez nich obejść, oddajemy im całą władzę, bo nie umiemy jej udźwignąć ale tak naprawdę nasza siła jest w nas i podpiera się związkami z innymi kobietami. Q...rcze wiedźmy…

środa, 11 marca 2009

Plotki o Hauptmannach

Bracia Hauptmannowie: po lewej - Gerhart, Carl - po prawej. W Jagniątkowie, przed domem Gerharta, chyba niedługo po jego wybudowaniu w 1901 r.
Tyle wątków się plącze……. Dojrzałam chyba do tego, żeby o swoich napisać czyli o dwóch facetach, których imię nosi nasza firma. Niemcy, choć może Dolnoślązacy bardziej, bo w podwałbrzyskim Szczawnie urodzeni i wychowani.
Gdy pojawiwszy się w Szklarskiej, czyniłam peregrynacje po domach istotnych osób, coby się ciut zaprzyjaźnić i zorientować w czym rzecz, jedno - jak mantrę - słyszałam - bo wy jesteście niemieckim muzeum i tylko Niemców pokazujecie. Akurat prawda to nie jest. Pół na pół i zawsze tak było. Ale, żeby to stwierdzić trzeba muzeum odwiedzić a nie posługiwać się obiegowymi sądami.
Dom Carla i Gerharta Hauptmannów - bo tu pracuję – niemiecki jest tylko z nazwy. Wystawy dzielimy na pół: ukłon w kierunku historii kontra żywa codzienność. Kontynuacja, bo wszystko z czegoś wynika, nawet gdy pozornie związku nie widać. Carl był inicjatorem szklarskoporębskiej kolonii artystów, którą teraz, współcześnie też inspirować próbujemy. Z różnym skutkiem. Istnieje ale osobno, każdy w swoim domu, z dala od innych. Do Kazimierza n/Wisłą nam daleko. Jednak Kazimierz, prócz pięknego położenia i cudnej architektury na małej przestrzeni skupionej, nie ma gór. Więc bajkę o kolonii artystów skutecznie sprzedaje (w sensie pozytywnym - kultywuje), przy aktywnym współudziale władz miasta. Nasze góry inny typ turystów ściągają i kolonia w tym tłumie niknie i się gubi. A szkoda. A i z władzami różnie bywa, ale cos ruszać się w temacie zaczyna, przyznaję.
Z tych dwóch panów, których imię nosi muzeum, zdecydowanie bardziej wszystkim się Carl podoba. Bo prawdziwym, z krwi i kości człowiekiem był. Gerhart Hauptmann to noblowskie nazwisko, które przez snobizm przyciągało. Literatura, jak literatura, umiał trafić w okres i nastrój społeczny, a to w nagrodzie Nobla chyba najbardziej się liczyło i liczy. Jedno co mnie ruszyło naprawdę, to jego „Księga namiętności”, rodzaj pamiętnika, opowieści o czasie rozstawania się z ukochaną żoną dla ukochanej kochanki, późniejszej żony. Z czytelnie silnymi emocjami oddany sposób myślenia faceta, jego stosunek do kobiet, duchowe rozterki, próby wybrnięcia z sytuacji. Dla mnie bomba i jedyna książka Gerharta współcześnie do czytania. (Moim zdaniem, ale to też mój blog).
Carl pozostaje nieznany, nawet Niemcy nie wiedzą kto zacz, poza wąskim kręgiem specjalistów od Gerharta. A postać to była barwna. Artysta pełną duszą, szarpany wątpliwościami, z głową w chmurnych szczytach Gór Olbrzymich. (Stara nazwa Karkonoszy – Riesengebirge). Startował jako przyrodnik, nawet doktorat w tej dziedzinie popełnił. Bardziej niż o klasyfikowanie roślin w jego badaniach chodziło o znalezienie uniwersalnej idei rządzącej światem i ludźmi. I ta idea w jego dramatach znalazła swoje miejsce. Nie będę się wdawać w literackie dywagacje, gdyż niemieckiego nie znam a niewiele jego rzeczy na polski przetłumaczono (ostatnio widziałam "Lot sowy" w sprzedaży), opieram się na opracowaniach i na opiniach moich poprzedników i współpracowników, którzy mi piękną historię Carla wszczepili. Oprócz dramatów pisał wiersze, pamiętniki, a przede wszystkim pięknie dyskutował, inspirował do rozmów. Nazwisko Gerharta przyciągnęło artystów wszelkiej maści i literatów ale szybko Carl ich przejmował i ujmował wdziękiem i charyzmą jakąś. Z nich dwóch Gerhart był monumentalny (jak jego dom - mauzoleum w Jagniątkowie) , Carl – swojski i ludzki, jak nasza, na wpół drewniana chałupa.

Czym się zasłużył Polakom, dlaczego go szanują. Nie dał się zwieść nazistowskim ideom i Polaków lubił, nadto uznawał ich prawo do posiadania własnego miejsca na ziemi – co w pocz. XX w. zbyt popularnym wśród Niemców poglądem nie było. Może to za sprawą Józefy Krzyżanowskiej, studiującej filozofię w Zurychu, której uroda i inteligencja takie na nim wrażenie zrobiła, że nawet o rękę poprosił, żonatym będąc. Ona, też czyjaś małżonka, musiała odmówić lecz przyjaźni mu dała tyle, że zaczął się polskiego uczyć, duchowość naszego narodu poznając, wykonał literacką korektę „Chłopów” Reymonta, na niemiecki przetłumaczonych przez Jana Kaczkowskiego ( Jean Paul d Ardeschah ).
Zresztą u kobiet Carl popularnością się cieszył niewąską choć nazbyt urodziwy nie był. Niewysoki, szczupły, z dwiema charakterystycznymi brodawkami na nosie. A, że chętnie obszerny płaszcz i malowniczy kapelusz nosił, zamaszystym krokiem przemierzając Szklarską, otrzymał imię Carl – Rübezahl (niemieckie imię Karkonoskiego Ducha Gór, w powojennych latach tych ziem zwanego pogardliwie Liczyrzepą. Tę bajkę wszyscy znamy). Nie tylko dlatego, że miejscowym z Duchem Gór się kojarzył. Również dlatego, że zebrał kilka ludowych podań o władcy Karkonoszy i wydał w formie „Księgi Ducha Gór”. Niedawno wyszło drukiem drugie polskie wydanie tejże książki, opatrzone rysunkami Beaty Kornickiej – Koneckiej - znanej naszej artystki. U nas odbyła się promocja i u nas książkę można kupić. Imprezę poprowadzili moi zacni koledzy, dwaj tłumacze trudnego tekstu: Emil Mendyk i Przemek Wiater, przy istotnym współudziale nad wyraz elokwentnego Tomka Prylla.
Ukochana żona Carla, Marta z domu Thienemann, jedna z trzech sióstr, które wydały się za trzech braci Hauptmannów (trzeci brat Georg, kawą skutecznie handlujący, majątek utopił w wynalazkach technicznych), katusze przeżywała, gdy jej mąż składał hołdy (zapewne duchowe tylko) innym kobietom. Wspierała go jednak i pomagała we wszystkim. Gdy w końcu nastąpił rozwód, zamieszkała niedaleko. Pomógł jej zbudować willę Polny Krzew, pomógł zagospodarować piękny ogród, a ona organizowała obiady literackie, gdzie pod pretekstem dysput, ściągała swojego Carla. To sie nazywa uczucie....
Całe życie w Szklarskiej towarzyszyła mu jeszcze jedna kobieta – „przyjaciółka pieśni”, muza Carla – Anna Teichmüller. Utalentowana kompozytorka i pianistka, przyjechała za Carlem z Berlina i przeżyła samotnie życie u jego boku. Umarła w biedzie długo po jego śmierci w 1921 roku. On ją do przyjazdu namówił, lecz czemuś nie przyszło to trudno. Bywała w ich domu niemal codziennie. On pisał wiersze do jej muzyki i pod wpływem jej muzyki, ona układała pieśni do jego wierszy…. Symbioza dusz.

Na dzisiaj starczy. Myślę, ze jeszcze nie raz o Carlu napisze, bo postać warta popularyzacji. Popadłam w nieco patetyczny ton i nie jestem całkiem pewna czy strawne jest to co napisałam. Ale niech tam.

sobota, 7 marca 2009

GRZEGORZ ŻAK czyli Szwagier

Początki lubelskiego terenu przypadły na południe województwa. Zadekowaliśmy się z „młodym” (mój wspólnik) w maleńkiej, romantycznej miejscowości koło Krasnegostawu (nie pamiętam nazwy) i stamtąd wypuszczaliśmy się w okolice. Wracaliśmy zeszmaceni jak onuce ostatnie, bo upalny był ten czerwiec jak cała środkowa Afryka. Ale po kąpieli miałam ochotę znowu powłóczyć się po okolicy. Młody odmawiał, gdyż wsiąkł w lekturę. Zarykiwał się przy tym ze śmiechu i co jakiś czas czytał na głos spore fragmenty,
Co to było ? „Izerbejdżan” Grzegorza Żaka. Nie chciało mi się tego czytać („dla młodzieży… pomyślałam), nie znałam Chatki Górzystów, o której tam mowa, jeszcze nie poznałam Izerów. O autorze wiedziałam jedynie, że jest „malowniczym i twórczym rezydentem, barwną legendą owej Chatki Górzystów".
Pół roku później pojechaliśmy do czeskiego Jablonca, gdzie w miejskiej Galerie MY prezentowana była wystawa jakoś tematycznie z Izerami i Karkonoszami związana. To był pretekst, pojechaliśmy głównie zaprzyjaźniać się z Czechami w sprawie partnerstwa w unijnych wnioskach. Wernisaż jak wernisaż… było miło i sympatycznie, bo gospodarze przyjęli nas z takimi honorami, że nawet burmistrz Jablonca nam się w przemowie ukłonił. Potem, spragnieni papierosowego dymu, wyszliśmy przed budynek. Wyszedł z nami jakiś młody człowiek, szczupły i okrutnie kudłaty. Gawędziliśmy mile, gdy podszedł
- wy jesteście z Jeleniej Góry ? Ja też z tamtych rejonów..
- taaak…. odparłam… a kim pan jesteś .. moja bezceremonialność czasem ludzkie przechodzi pojęcie
-… aaa, Grzegorz Żak jestem…
- autor Izerbejdżanu ???!!!
- i „Celtopatii”…
I tak się zaczęła nasza znajomość. Zaprosiłam go do udziału w naszym stowarzyszeniu „Nowy Młyn”, w końcu to lokalny nasz twórca ( a może już ponadlokalny ?). Przyjechał, ale jakoś nie najlepiej to wyszło, artyści się trochę nabzdyczyli i „olali” nowego, a on też chyba poczuł się rozczarowany marazmem. Nie dziwię się. O Nowym Młynie napiszę kiedy indziej.
W każdym razie pogadaliśmy trochę, opowiedział o sobie, zaproponowałam mu wieczór autorski i zapomniałabym o nim, gdyby nie fakt, że przysyła mi meile (każdy opatrzony wierszem) zapraszające na imprezy, które organizuje w Zgorzelcu. I tu zaskoczenie, mój podziw i wręcz otwarte uwielbienie !!! Młody człowiek jest niesamowicie aktywny, operatywny i z przysłowiowymi „jajami”. Podróżuje po świecie poznając tłumy barwnych i ciekawych postaci (niektórzy podróżują dla zaliczania zabytków, inni dla ludzi i przeżyć), pisze książki i wiersze, działa w MDK w Zgorzelcu, jest animatorem (pełną gębą) ciekawych działań na tysiącach rozmaitych niw.
W związku z tym, że pozwolił mi pisać o sobie i, że przygotujemy w końcu zaległy jego wieczór autorski, a jeszcze niewiele o nim wiem, przytoczę jego ostatniego meila, co by naświetlić jaka to jest postać.

Witam i czym prędzej spieszę z zaprószeniami na imprezy przeróżne: oto w sobotę 7 marca o godzinie 16 w MDK Zgorzelec premierę swojego programu "Drzwi do lasu" będzie miał młodzieżowy kabaret Młotki, który to, że tak powiem, prowadzę od października 2008. Naprawdę dobrze się bawię przy tym zajęciu i mam nadzieję, że uda się oddać ten klimat przy spektaklu. Przybywajcie, wstęp wolny, kilka naprawdę wielkich talentów na scenie.
Prosto z tej imprezy jadę na bardziej intelektualną rozrywkę - prowadzę imprezę z męskim striptizem do domu kultury z Zawidowie. Jakieś granie, jakieś młode talenty i tenże wspomniany striptiz. Mam w planie też się rozebrać, muszę sobie czymś te chałtury umilać. Nie wiem ile wstęp, osobiście nie polecam, chyba, że ktoś chce wpaść pogadać ze mną o literaturze, to proszę.
Już teraz wstępnie zapraszam na przyszły piątek 13 marca, o 17 wykład w Muzeum Łużyckim "anonse a nonsens" czyli język przedwojennej reklamy. Potem, o 20 w Kuźni wernisaż prac świetnego lokalnego rysownika Tadeusza Andrzejczaka, okraszony pewnie jakimś występkiem zaprószonych artystów.
Rysunki kolegi rysownika tutaj:
http://free.art.pl/andrzejczak_satyra/
Doszły do mnie miłe głosy tęsknoty za literackim spamem, nie doszły równie miłe głosy ulgi z powodu dłuższego zniknięcia tegoż. Tak, zanurzyłem się w niezbadanym niebycie, ale już się wynurzam. Ślę więc cuś małego i niedrogo, życzę smacznego i polecam się na przyszłość. Grzegorz Ż. Szwagier "

Recepta"
Kupuj codziennie i nieodmiennie:
Mydło wiosenne
Krem do paznokci
Proszki nasenne
Gąbkę do łokci
Środek do boków
Boczek do środka
Prostownik loków
I bułkę słodką
Szczotkę do blatu
Blaszkę do butów
Zapach do kwiatów
Stojak do drutu
Kupuj codziennie, kupuj w promocji

Wyrzucaj forsę w kompost lub w błoto
Inwestuj w azbest, w środki czystości
W kisiel lub w złoto, bądź patriotą
Na termoforek wydaj dziś wszystko!
Dlaczego mówisz mi: nie ma mowy?!
Tak, to przez ciebie, ty anarchisto
Pogłębia nam się kryzys światowy!

Ps. Będę jeszcze o nim pisać.

czwartek, 5 marca 2009

SZAMANOWKA. Mam nadzieję, że to nie epilog

Jakimś dziwną drogą to się plecie. Napisałam o Lidce i Szamanówce, a dzisiaj przywędrował do mnie pan Tomasz i opowiedział ciąg dalszy. Starszy Pan już jest w zdecydowanie lepszej formie. Ukojenie i wyciszenie znalazł wśród szklarskoporębskich buddystów, których idee pozwoliły mu inaczej popatrzeć na świat i ludzkie sprawy.
Szamanówka wraz z hektarem ziemi oraz całym wyposażeniem została wystawiona na sprzedaż. Najlepiej byłoby, żeby znalazła kupca nastawionego niekoniecznie na gromadzenie dóbr doczesnych czyli na biznes i potraktowana jak zwykły pensjonat. Dobrze byłoby gdyby znalazł się ktoś z pasją, kto dalej taki mały, bajkowy świat umiałby poprowadzić. Bo szkoda tego domu. Ale cóż, pasjonaci z reguły mają wiatr w kieszeniach.

Na marginesie… powinnam napisać o ludzkiej podłości i postępku ludzi uznawanych przez Lidkę za przyjaciół, którzy wydzierżawili dom po jej śmierci. Ale nie napiszę, bo może pan Tomasz nie życzyłby sobie.
Zostaną ukarani przez swoje własne zło, które odbije się i w jakiejś postaci do nich wróci. Dajmy temu pokój

wtorek, 3 marca 2009

Ciąg dalszy i koniec. Szamanówka

Stara Chata kilka dni temu

Natura Lidii nie pozwoliła jej na zbyt długie milczenie publiczne. Gdy tylko dom został oswojony, podjęła działania na rzecz miasta. Pomysłów miała wiele, dotyczących starego cmentarza ewangelickiego, parku przy Domu Hauptmannów i innych. Jednak nie zaistniały sprzyjające okoliczności by je zrealizować. Może to zbytnia natarczywość, może zbyt usilne narzucanie własnej wizji jako jedynej możliwej a może zwyczajne, małomiasteczkowe niechciejstwo. Nie wiem.
Upiększanie świata było jej pasją, misją i potrzebą. Sama o sobie mówiła, że działa na pograniczu architektury i plastyki, podczas swoich peregrynacji życiowych tworzyła projekty kolorystyczne dla Bydgoszczy, dla Lubomierza, Bogatyni, chciała mieć wpływ również na wizualny kształt Szklarskiej Poręby. Stworzyła kilka spektakularnych projektów wnętrz – różnie je można oceniać.
Jej najważniejszym dzieckiem była Szamanówka - azyl. Ta chata stała się później dla niej trochę kulą u nogi i powodem bardzo poważnych niedomówień z osobami kiedyś dla niej bliskimi. Wszystkie te perypetie opisała w wydanej przez siebie książce – pamiętniku – "W Cieniu Starej Chaty", więc nie będę się powtarzać. Polecam tę książkę, jest napisana wartkim językiem, właściwie to obyczajowy pamiętnik, przedstawiający zmagania z naszą siermieżną urzędniczą rzeczywistością, spory z bliskimi osobami, które stały się w jakimś stopniu osobami publicznymi, jej światopogląd, punkt widzenia. Fajnie pisana, plotkarska książka.
W tym czasie byłą już na emeryturze. Trochę wyżywała się artystycznie – tworzyła maleńkie jak znaczki pocztowe "mikrotwory', w domu otwarła Galerię Ollito – jej mąż jest znanym fotografikiem, popularyzującym urodę Karkonoszy. Prowadziła również pokoje gościnne dla zaprzyjaźnionych letników. Intensywnie pisała, punktując wszystko co jej się wydawało niewłaściwe w mieście. Zaangażowana we wszystko. Skupiła wokół siebie grupę kobiet tworzących „do szuflady” i wydała tomik poezji amatorskiej ubarwionej obrazami amatorskich malarek. Wszystko własnym sumptem.

Mnie postanowiła poprowadzić mnie za rączkę, przecież lepiej wiedziała jak być powinno. Musiałam się bardzo napracować by zachować autonomię. Słuchałam i robiłam swoje. Zaprzyjaźniałyśmy się bardzo długo. Takim przełomowym momentem była nasza kłótnia przy robieniu wystawy. Przygotowywaliśmy „Kolonie artystyczne Szklarskiej Poręby”. Kosztowało to sporo wysiłku, zwłaszcza gdy doszłam do etapu układania części współczesnej. Jak pokazać to całe, wrogo do siebie nastawione towarzystwo, nikogo nie wyróżnić, nikogo nie urazić a na dodatek zrobić w miarę estetyczną całość z tak różnorodnych części ? Różnorodnych w rodzajach sztuki, w środkach wyrazu, w jakości.
Przyniosła swoje prace i upierała się przy jakiejś swojej koncepcji. Nijak mającej się do całości, tym bardziej, że całość już wisiała. Pokłóciłyśmy się potwornie, wybiegła ode mnie z płaczem, zagroziła, że nie przyjdzie na otwarcie. Nie to nie. Zrobiłam wszystko po swojemu. Nie była na wernisażu. No tak, nie spełniłam swojej misji godzenia całego świata... Jakiś czas potem pan Tomasz, jej mąż, nas pogodził. Nie pamiętam jak to się stało ale wylądowałam u niej w domu i godziłyśmy się, wypłakując się sobie nawzajem. Zbiegło się to ze śmiercią mojego męża, a takie zwierzenia zbliżają. Bardzo mi pomogła.
Kiedyś wpadła do mnie cała w płomieniach. Rozkwitła jak mała dziewczynka, która dostała upragnioną lalkę.
- kupiłam odlotowy sprzęt !!! Teraz sama wydam wszystko bez proszenia kogokolwiek!!!
Miała w domu pamiętniki kilku pokoleń swoich przodków. Między innymi wierszem pisane pamiętniki swojego dziadka, uczestnika powstania kościuszkowskiego, pamiętniki babci, obyczajowo - historyczne pamiętniki swojego ojca.. Uporządkowała to wszystko i wydała. Uczyła się z nich pokory i rozpoznawania samej siebie. Późno ? Późno, wcześniej aktywnie żyła. Trochę śmierci bliskich osób już przeżyłam. Zauważyłam prawidłowość wypływającą może z podświadomości... w którymś momencie zaczynają porządkować swoje życie....
Pewnego letniego popołudnia zadzwonił do mnie pan Tomasz. Zamknięty w sobie, zdystansowany do całego świata, bardzo małomówny.
- Mogłaby pani przyjechać do Lidki, jest chora
- Dobrze - odparłam. Myślałam, że to zwykła choroba duszy, która ją ostatnio dość często dopadała, a której dawała odpór aktywnym działaniem.
Pan Tomasz wprowadził mnie na górę i zniknął zamykając drzwi. Zawsze tak robił, nigdy nie zostawał z nami. Lidka leżała w łóżku, przezroczysta, sucha, z ogromnymi błyszczącymi oczami. Przestraszyłam się.
- Umieram… wyszeptała i rozpłakała się…. Jeszcze wszystkiego nie zrobiłam, jeszcze nie mój czas…
Usiadłam przy łóżku, trzymałam ją za rękę i słuchałam czego nie zdążyła, co to za choroba, jak próbuje wszelkich sposobów leczenia, jak boli ją niemożność porozumienia z dzieckiem, jak wiele spraw zostawia nieskończonych. Wyszłam stamtąd po kilku godzinach czując, że nie zobaczymy się więcej. Umarła następnego dnia a ja wiedziałam, że umarła bardzo ważna dla mnie osoba.

Dlaczego piszę to wszystko ? Weszłam wczoraj na strony internetowe poszukując Galerii Ollito – nie znalazłam. Nie znalazłam niczego o Lidce. Wszystko zostało usunięte. Nie wiem dlaczego. Przecież to ważny kawałek historii Szklarskiej Poręby i ważny kawałek czyjegoś życia. Ma zniknąć w całkowitym zapomnieniu ? Tak jak niknie Szamanówka ?