Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 marca 2016

święta

Jedno moje dziecko dziś (w Wielkanoc !!!) nad ranem wróciło z nart we Francji. Jest to jej trzeci wyjazd w ciągu ostatnich  trzech miesięcy: Portugalia, Austria, Francja. Drugie moje dziecko od stycznia zaliczyło wakacje na Kanarach, po czym poleciało na 1,5 miesięczne zgrupowanie do Calpe, z dwudniową przerwą na przylot do Polski i załatwianie spraw firmowych. Ich przyjaciółka wyszła za mąż za nepalskiego szerpę. Ślub się w Nepalu odbył.  Stroje młodej szyła rodzina przyszłego męża, na ślub w jurcie młoda pojechała tylko z tatą (mama stwierdziła, że to nie na jej nerwy), ostatnie kilometry - na osiołku (sorki- jeepem, nie te czasy). Kolejne dziecko pracuje w Dubaju, wcześniej w Stambule, Londynie i Moskwie. Święta spędza u nas Leopold - kolega starszego, który przyjechał z Poznania dziś rano. Leopold dopiero od trzech lat mieszka w Polsce. Jutro jadą do  rodziny dziewczyny starszego do Legnicy. W gościach był u nas inny kolega starszego, gościnnie w Jelonce u rodziców, na stałe w Poznaniu, ale za chwilę w Sztokholmie, gdzie dostał trzy razy lepiej płatną robotę (a mało w tym Poznaniu nie zarabia) ale chyba tam miejsca nie zagrzeje, bo w Szwecji niebezpiecznie z powodu uchodźców. 
A ja ugotowałam barszcz ze święconką, który jest jedzony przez różnych gości o różnych porach i poszłam z psem na spacer. Wczoraj wyskoczyłam z pracy do kościoła w Szklarskiej, poświęcić jajka bo byłabym niespokojna nie spełniając tego podstawowego, aczkolwiek atawistycznego (biorąc namiar na moje podejście do kościoła), obowiązku. 
W takim świecie żyję. Na granicy tradycji moich rodziców i należącej do młodych współczesności. Odstaję od jednych i drugich z tym moim upodobaniem do polskiego pejzażu i fizycznej orki w ramach urlopu. Wakacje  pod Suwałkami spędzę, żałując, że nie mogę być równocześnie w Kazimierzu. Z drugiej strony ciężko jest mi uwierzyć, że mam rodzinę rzeszowską, która każe mi uważnie patrzeć na niemieckie ręce, wykupujące polską ziemię, żeby ją przejmować i nas wynaradawiać.
Boli mnie głowa dzisiaj, może z powodu niezwykłego, jak na marzec upału. Pies na spacerze trzy razy wykąpał się w różnych strumieniach. Lato idzie.

środa, 24 lutego 2016

Urlopowa codzienność i mały klops.

Będąc na długotrwałym urlopie człek odzwyczaja się od pracy i reżimu. Wstać tak jak dzisiaj, w podbramkowej sytuacji, dużym wysiłkiem jest.  Wprawdzie ta tura urlopu bezczynna nie jest, jako, że część pierwszą wypełnili mi absorbujący rodzice i dzieci, część drugą - sprawy na wpółzawodowe i małe zleconko. 
Społecznie robimy katalog do wystawy stowarzyszeniowej, zagościłam na Kongresie Kultury (nie wiem po co, chyba, żeby pokazać, żem kulturalna osoba jest), no i opisuję kamienice Kołobrzegu - w ramach zleconka.  Tak sobie myślę, że nigdy tam nie byłam, a miasto na ładne wygląda. 
Dzisiaj do pracy jechałam w pejzażu wczesnojesiennym. Na polach łany nawłoci z mimozą mylonej, nad karkonoskimi dolinami mgły o poranku. Ale pogoda śliczna. Tak bardzo szkoda mi lata....
Malownicze bukiety kwiatów to piękny akcent salonu Pawła Trybalskiego. Tym razem z prawdziwą mimozą, nie nawłocią. Myślę, że to dzieło pani Lidki.  Nie ważne czy to lato, czy zima, zawsze na stole stoją kwiaty.  A największym dysonansem są błękitne drobiazgi wysypujące się ze srebrnego pucharu w środku zimy. Jak ona to robi ? Byłam w odwiedzinach, Mistrz w dobrej formie. Cos ostatnio w mediach boom na Trybalskiego jest. Wywiad tu: http://www.polskieradio.pl/80/4203/Artykul/1471711,Sciagawki-Mistrza-Pawla-reportaz-Doroty-JaskiewiczLebek

wtorek, 17 listopada 2015

listopad

Już zdążyłam zapomnieć, że mam swojego bloga. Że niby tyle się działo ? Niekoniecznie.  Lipiec spędziłam z moimi staruszkami we własnym domu, przy zamkniętych drzwiach i zasłoniętych zasłonach - ze względu na wiek rodziców i niebotyczny upał. Sierpień ? Nie bardzo pamiętam. Wystawa w Bukowcu, bardzo długa choroba starszego.... A pamiętam... robiłam zlecenia, jedno za drugim: Zamość, Ciechanów, Kołobrzeg i Otwock, ten skończyłam wczorajszej nocy. Robiąc tę robotę człek wyłącza się z codziennego życia i o świecie bożym zapomina. Dlatego to lubię, zwłaszcza na obecnych warunkach - gdy robię tylko wycinek a o resztę martwi się i z urzędnikami walczy mój zleceniodawca. No i  rozstawałam się ze swoim siedmioletnim związkim - niezwiązkiem. Rekonwalescencja bywa długa. Obudziłam się a tu znowu listopad. tak jakby innych miesięcy nie było. W międzyczasie zrobiłam wystawę akademików wrocławskich, która trwać będzie do końca stycznia. Niżej mój ulubiony obraz Waldemara Kuczmy. Oraz kończę wystawę Teresy Kępowicz "Zawsze fragment" poświęconą Tadeuszowi Różewiczowi. Życie składa się z rzeczy oficjalnych i mniej oficjalnych oraz tych, które tylko w głowie się roją.


piątek, 19 września 2014

Młyn, czyli tak jak lubię

od początku września:
- byłam w Kazimierzu - zawieźć wystawę artystów karkonoskich na EFKĘ
- byłam w Warszawie - po odbiór kupionych do zbiorów szkieł Tomaszewskiego
- byłam w Kazimierzu - na efce
- byłam we Wrocławiu - na konkursie dyrektorskim
- w pracy mam remont kapitalny - codziennie wracam cała w cemencie
- w domu mam remont pokoju - śpię w cemencie; myć się nie opłaca...
- w pracy i w domu przygotowuję organizacyjnie konferencję hauptmannowską.
Dlatego nie piszę, na pysk padam ale jest tak jak lubię czyli młyn. Ale coś czuję, że wena mi wraca.

poniedziałek, 2 września 2013

zimno, ponuro i do d....

Jestem w pracy, chwila na kawę. Nastawienie negatywne, na wejściu. Z jakim wyszłam z domu - nie wiem, bo nie zdążyłam poczuć, zarejestrowałam jeno smutek w psich oczach - że sam zostaje. Jedna dziewczyna na urlopie -  badania przedoperacyjne, druga - chora, poszła na zwolnienie lekarskie,  trzecia - na wolnym, syn miał wypadek rowerowy, zjeżdżał z Harrachowa, łańcuch mu się zerwał, w cośtam wplątał i Młody poleciał przez kierownicę na głowę bez kasku, stracił przytomność na kilka godzin, jest jeszcze w szpitalu a matka w panice. Dobrze, że dziś dzień zamknięty. Omnipotentny doktor nauk w Dolomitach gości i też go w robocie nie ma, wystawę powiesił fatalnie i w międzyczasie zdążył  pociąć się ze wszystkimi dziewczynami. Jestem sama z panem Cześkiem - ogrodnikiem i zaraz zacznę się wdrażać w okrutne papiery.  Odpowiedź na kwerendę dla sąsiedniego muzeum, zakończenie rozliczeń wniosków,  za chwilkę wystawa tkaczki  Jadwigi Zgieb-Leśkiweicz  - w ramach Festiwalu Tkactwa w Kowarach - trzeba po rzeczy jechać do Wrocka, projekt folderka przygotować po uprzednim zdjęć zrobieniu, drukarnię tanią znaleźć, wystawę powiesić i otworzyć. Dobrze byłoby przedtem przewiesić wystawę doktorową, ale nie mam kim robić. No i papiery... ale o nich nawet myśleć mi się nie chce. Jak ja nie znoszę poniedziałku, zwłaszcza po urlopie.

wtorek, 6 sierpnia 2013

pełni lata ciąg dalszy

Spacery z psem przeniosłam na środek nocy czyli 5 rano. Dla zwierzaka kudłatego jest to jedyna szansa na przeżycie, jeśli nie ma w pobliżu zbiornika z wodą. Już wróciłam, już zdążyłam ogarnąć chałupę, ugotować coś na kształt obiadu, dowiedzieć się co w świecie piszczy (kraje unii zaskarżają kredyty we frankach szwajcarskich - u nas ponoć małe na to szanse, ale kto wie...) i siedzę, bo do pracy jeszcze za wcześnie. Upał, a dziwi się człowiek, że południowcy tacy niechętni do roboty, mnie też się nie chce. 35 stopni czy 37 - jeden czort, gdy temperatura przekracza 30 - nie umiem funkcjonować.
Z maniakalnym uporem próbuję znaleźć jakiś pomysł na nowe życie. Jakaś firma, podróż dookoła świata, przeprowadzka w nowe miejsce,  budowa nowego domu albo cokolwiek. Podświadomie czuję, że bardziej chodzi o przekonanie siebie, że granice się przesunęły i 55 to jeszcze nadal siła i moc, że:
nie, to jeszcze nie koniec, jeszcze trochę pożyjesz
założysz jeszcze niejedną czapkę, niejednym się płaszczem okryjesz.
Ale z drugiej strony - czy nie lepiej pogodzić się z wiekiem, przyjąć do wiadomości, że starczej niemocy przeskoczyć się nie da i kontynuować dotychczasowość z lekka się wycofując ?  Bezsilność, skleroza, narastające lenistwo skrzętnie tłumaczone wiekiem. Ale dziś, po wczorajszej eskalacji działalności fizycznej w upale, czuję się świetnie !!!
Z drugiej strony.. a może teraz pora na prawdziwe życie ?  Może pora  na świadomość, że   świat i beze mnie na pewno da sobie radę, pora zakończyć kombinacje, nie myśleć o własnej sile, spojrzeć za siebie; na tamtej łące łapałam kiedyś motyle...
Jeśli tak pomyślę - znaczy stara jestem:(((((

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

kobiecie to nie przystoi....

Jakiś czas temu byłam u koleżanki w Karpaczu.  Gdy przyjechałam układała drewno w zgrabną pryzmę.
- Miałam zamiar prosić sąsiada ale potem pomyślałam, że zrobię to sama zamiast wydawać kasę na siłownię i na sąsiada. Dwa w jednym:)))
Dzisiaj z Komarna przyjechało do mnie 3 kubiki jesionu i dębu, więc wzięłam się za układanie. Stracę niepotrzebne kalorie, rozruszam stare kości, opalę się bo słońce wspaniałe, nie wydam grosza. Załadowałam pierwszą taczkę, gdy  wyszła sąsiadka, spojrzała na stertę drewna i zauważyła
- Nie przeżyje pani tego, lepiej poczekać na syna. 
Wzruszyłam ramionami, zawiozłam drewno pod wiatę, ułożyłam pierwszą warstwę.
- P omóc pani ???- zza płota wychylił się młody sąsiad, siedzieli w ogrodzie pod parasolem sącząc piwo.
- Nie, dziękuję, to zamiast siłowni. 
Postał chwilę przy płocie i wzruszając ramionami odszedł. Za chwilę zza zakrętu drogi wyłonił się następny sąsiad. 
- Ooooo ! jaki ładny jesion, skąd to, po ile ? 
- Z Komarna, 190 za kubik, ma pan gdzieś taniej ? 
- No z Czernicy, 180 za kubik, transport za darmo, za trzy wychodzi 540 zeta. Nie ciężko tak pani ? Pomogę, kupi pani piwo... 
- Nie, dzięki, poradzę sobie.
Że też sami faceci na świat popołudniowy wychodzą... niemniej zaczęłam się czuć nieszczęśliwa, dwunasta taczka, ściana drewna pod wiatą już wysoka, koszulka mokra, pot oczy zalewa, czy ja nie mogę faceta do roboty wziąć ??? Ciekawe czy pomyślałabym o tym, gdyby nie te męskie peregrynacje. Szlag ! Kolejny sąsiad.
- Witam, teraz ciężko, zimą ciepło będzie. Ale nie trzeba aż tak oszczędzać, za dwie dychy każdy pani to wrzuci. Kobiecie taka praca nie przystoi... 
Zawiozłam pod wiatę przedostatnią taczkę, jej zawartością zwieńczyłam ścianę drewna i poczułam się zmęczona, obolała, spocona, zawstydzona, nieszczęśliwa - przez swoich mniej lub bardziej domowych facetów wykorzystywana, zupełnie niekobieca i obrosła muskulaturą, siłaczka.. A miało być tak pozytywnie. 
Ale już jestem wykąpana, namaszczona stosownymi środkami i czuję się świetnie, naładowana endorfinami. Ciekawe jak będzie jutro ?

środa, 7 marca 2012

parę słów o współpracy

Może nie powinnam pisać o smaku potrawy przed zakończeniem gotowania ale gonienie króliczka bywa bardziej interesujące niż jego posiadanie. (przeszłam samą siebie.... w nonsensach..)...jakiś nieprawdopodobny natłok zajęć nas opadł, do tego stopnia, że każdy wizytujący nas  w firmie, wcześniej przyjmowany z hołdami, kawą z cukrem i mleczkiem w porcelitowym mini - dzbanuszku lub zieloną, czerwoną i do wyboru herbatą częstowany, teraz uzyskuje status jak najszybciej spławianego petenta. Nie mamy czasu !!!!! 
Ostatnio spotkaliśmy się z dobrze sytuowanymi w naukowym (i chyba celebryckim) świecie Berlina, którzy mogą i  przynajmniej wygląda, że  chcą, coś zdziałać.  W związku z tym, że u nas sprawy najczęściej kończą się na gadaniu, dobrze byłoby ten niemiecki pęd do pracy wykorzystać, wziąć wzór  i cokolwiek posunąć się naprzód. Nawiedził nas  również burmistrz Worpswede -  bratniej dla przedwojennej Szklarskiej kolonii artystycznej,  na tyle bratniej, że Szklarska śląskim Worpswede była zwana. 
Szklarska Poręba była wówczas miejscem dla artystów doskonałym. W sąsiedniej Kotlinie - Śląskim Elizjum obok trzech wakacyjnych rezydencji królewskich  powstały bogate domy rozmaitych oficjeli - w liczbie około 100 sztuk,  domy ludzi z racji  mody i wymogów towarzyskich chętnie zaopatrujących się w sztukę.  Był popyt więc była i podaż. Artyści stworzyli odpowiednią, kuszącą zwykłych ludzi atmosferę "oparów sztuki" ...kolonia artystów miała sens, zdecydowanie większy niż dzisiaj - kiedy rynek sztuki, na prowincji szczególnie, nie istnieje. Współczesne  Worpswede z artystów i artystycznej historii zrobiło podstawowy produkt turystyczny, w Szklarskiej kultura z trudem przebija się przez stoki narciarskie i dyskotekowe wieczory. Ale idzie ku dobremu, choć powoli..
Nie o tym miałam pisać. Urzekło  nas poniekąd.. nasi szlachetni niemieccy goście zapomnieli, że przedwojenna kolonia w Szklarskiej Porębie to kolonia niemiecka, że pokazanie kolonii z lat 1895 - 1918 to nie będzie prezentacja Polski lecz Niemiec, w najlepszym razie niemieckiego Dolnego Śląska. No i jak wybrnąć ? Jesienią w Worpswede odbędzie festiwal filmowy, gdzie w tym roku Polska (polskie kolonie artystyczne)  ma być gościem gościem i  ma dostać jeden dzień na prezentację - całkowicie dowolną , mamy wolną rękę. Prezentacja obejmie kilka (2)  filmów polskich o tymże okresie, artystach, prądach, ideach, tym wszystkim co ważne dla sztuki i jej historii.  Polskie kolonie historyczne pokażą się w formie atrakcyjnej wizualnie planszówki, kolonie współczesne  (na pewno Szklarska i Kazimierz, zobaczymy czy coś jeszcze) - w formie wystaw sztuki współczesne. Niemniej chcielibyśmy pokazać co nieco z przełomu wieków. Czyli niemiecką kolonię w Szklarskiej jako reprezentanta kolonii polskich ? Nasze Polaków niemieckie dziedzictwo kulturowe...
Ps. Tomek Pryll  jest w tłumaczeniach a vista genialny, szybki jak torpeda, błyskotliwy jak burza, zalotny jak dzierlatka. Ukłony.



sobota, 25 lutego 2012

przygotowania do wiosny.

Szykujemy się do kolejnej wystawy ale kuleje ona okrutnie z powodu braku jakichkolwiek materiałów. Temat jest narzucony odgórnie, aczkolwiek popularność wykazuje jako, że zapytania telefoniecznie "kiedy ? " się pojawiają. Niemniej czuję, że zakres dostarczonych materiałów nie do końca trafi w potrzeby oczekujących (a propos poprzedniego posta).
Co u nas ? Czas płynie... jak rzeka płynie - rzec by się chciało. Dopiero była ciepła zima, potem nas zasypało i zamroziło (cuuuuuudnie było), tak, że śnieg z dachu musieliśmy zwalać, teraz nas  zalewa - od strony dachu. Napisaliśmy wniosek o dofinansowanie remontu (po raz czwarty napisaliśmy) w ramach programów ministra kultury - nie dostaliśmy. Podobno cała Kotlina nie dostała kasy na żaden wniosek i podobno jest to polityczne. Pozwolę sobie szok poczuć, wydawało mi się że rządzi nami rozsądek. O!! naiwności moja wielka-:)))))) Nie dostaliśmy również dofinansowania katalogu - tu z kolei wniosek stowarzyszenie pisało do marszałka i nie dostało bo, podobno: n i e s p ó j n y. A co może być niespójnego w rzeczy samorodnej i jednolitej. Katalog jest napisany, trzeba tylko sfotografować, zaprojektować  i wydrukować. Kropka. Tam z kolei zawsze dostają ci sami, sprawdzeni, nowi nie mają szans. Tak mówią.. szeptem. Znajomości, układy - zawsze tak było, ale nigdy nie urastało to do rangi podstawowego kryterium. Układy należy ukrywać, nie - chwalić się nimi. Tak mnie się wydaje. Ale ja na tej rubieży naiwna jestem i nie z tej epoki.  Mamy jeszcze inne wnioski. Jeden transgraniczny - w sprawdzaniu, drugi transgraniczny w przygotowaniu, trzeci - do fundacji zostanie w poniedziałek wysłany. Jeden lokalny czeka na ogłoszenie dogrywki. W końcu któryś wypali. Szkoda tylko, że nie da się dachu w tym roku wymienić. Piszę to dla tych, którzy sugerują, że czekamy aż ktoś nam da... "Piszcie wnioski, macie możliwości jakich inni nie mają" .... wspomnę jeno konieczność posiadania wkładu własnego i refundację - jako najczęstszą formę dofinansownia unijnego: jak masz co wyłożyć to dostaniesz.
Zrzędzę, bo się starzeję i zbliżająca wiosna nie pomaga. Nasz czarny kot muzealny ma katar, więc dostaje zastrzyki. Sypia u mnie na parapecie przy biurku. Turyści, których niedobitki są nadal w mieście, z braku pogody narciarskiej i wiatru okrutnego odwiedzają nas trochę. Pomogło powiesznie baneru w centrum miasta ? A może ulotki rozrzucone po mieście mieście ? Nie, zrobiliśmy ankietę, którą wypełniają zwiedzający. Otóż najczęściej zachodzą do nas - bo przechodzą obok budynku oraz - bo szukają lokalnego muzeum (czyli turystyka kulturalna). Szkoda więc,że jesteśmy na uboczu. Bo gdy już ktoś obejrzy muzeum mineralogiczne w drodze do stacji narciarskiej lub muzeum JUNA - przy drodze miedzynarodowej albo Centrum Edukacji Ekologicznej KPN - nowoczesne, multimedialne i pod wyciągiem ( a podobno tylko 12 tys. zwiedzających rocznie) to czy mu wpadnie do głowy, że gdzieś na rubieży jest jeszcze jedno małe acz cudne muzeum ? Do którego na dodatek trzeba dreptać po śniegu przez 1,5 km w górę , do Szklarskiej Średniej ?  Jednak ...nic nas nie tłumaczy.....

Postanowiliśmy nieco front zmienić. Istotnie ograniczymy wystawy artystów współczesnych, bo nawet sami artyści na nie nie przychodzą. Skupimy się na wystawach regionalnych. Przemyśliwamy tematy: architektura pensjonatów i willi Szklarskiej P. oraz budownictwo mieszkalne Szklarskiej - jest trochę chałup prezysłupowych, trzeba je wykorzystać zanim zaleje nas zakopiańszczyzna. Co sądzicie ?  Ale póki co ten rok płynie zgodnie z planami.
Na fotkach: u  góry nasza góra czyli Szrenica, u dołu droga do nas.

piątek, 16 grudnia 2011

mietiel czyli dzisiejsza pogoda

















Dawno nie byliśmy na blogu bo u nas zima pełną gębą. Dzisiaj zamieć i zawieja śnieżna. W Szklarskiej znaczy Porębie, bo w Kotlinie - pełnowymiarowa jesień. Zasypało nas całkiem na bialo, huczy wiatr, skrzypią drzewa, świat jęczy. W muzeum ciepło, przytulnie, kot śpi na parapecie między oknem a drukarką. Po wczorajszym rejwachu dzisiaj zimowa cisza. Fajnie jest. Dziewczyny już wyciągnęły bombki, będzie świątecznie. A turystów ani za grosz...

poniedziałek, 21 lutego 2011

rzeczy pozamuzealne czyli misz masz

Bardzo dawno nie pisałam konkretnie i, jeśli mam być szczera, nadal nie ma o czym. Bo rzecz nie polega na tym co się dzieje tylko na tym jak to ubrać w słowa, a to wydaje się takie..... hm.. nieistotne ? Mielenie ozorem czyli robienie PR-u czyli tworzenie wirtualno - werbalnej rzeczywistości zastępującej rzeczywistość realną - bo ważne jest, że o tobie mówią - to jest to co dzisiaj istotne, a nie wydaje się sensowne. Gadanie zastępuje działanie ? Jestem jednak z poprzedniego świata. ... i zrzędzę.. najwyraźniej. Bo może to tylko moje indywidualne odczucie, tak bardzo zależne od indywidualnego odbioru świata jak indywidualne jest odczucie bólu czy strachu ? A tak naprawdę to chce mi się do lata a tu mróz jak szlag dziś trzyma.
Otwarliśmy w piątek maleńką czasową wystawę krakowskiej ceramiki powstałej na plenerach pod Szrenicą. Lubię ceramikę, sztuka bliska mojej babskiej naturze, ciepła. Choć najbardziej podoba mi się grafitowa forma owalna połączona z chłodnym metalem. Ludzi było od groma.


wtorek, 18 stycznia 2011

wystawa w Tervuren

Rutynowo sprawozdawczy początek roku już za nami, przynajmniej z grubsza, zaczęliśmy działania konkretne. Np. teraz przygotowujemy materiały do zbiorowej wystawy Euroartu w Tervuren. Dowiedzielismy sie o niej jakoś przedwczoraj, mamy wysłać niewiele ale za to na wczoraj. Ze starych mistrzów pojedzie Wasner z prezentowanym tutaj "Wiosennym potokiem" oraz Katarina Kosack. Karkonoską contemporary reprezentować będą członkowie Nowego Młyna w postaci Bogusi Twardowskiej-Rogacewicz, Teresy Kępowicz, Janusza Motylskiego i Krzyśka Figielskigo. Temat "woda" czyli łzy, burze, strumienie, jeziora, ect. - dość rzadki u nas w górach. Jak nam sie uda do jutra pozbierać to wszystko, czyli zdjęcia i teksty do katalogu. Oprócz nas z Polski jedzie tylko Kazimierz nad Wisłą. Trzebaby się z nimi spiknąć i znowu jakąś wymianę wystaw własnych środowisk artystycznych uskutecznić, bratać się z nimi to przyjemność.
Piszę mało bo jesteśmy "zarobieni" i weny twórczej nie staje na cokolwiek innego. Czy mi sie chce ? Zupłenie nie wiem czemu ale mi sie chce.

środa, 1 grudnia 2010

pora na zimę

Niby to normalne, że przyszła zima, ale po tak długiej i ciepłej jesieni przestawić się ciężko. Tym bardziej, że te kolorowe liście spadły nagle, a potem nagle, w ślad za nimi spadł śnieg. I to jaki !!!! Dobrze przynajmniej, że jest inwersja i w robocie cieplej niż w domu.. Pora na podsumowania. Ale czy mi się chce ? Nie, jeszcze nie. Narobiliśmy się okrutnie w tym roku. Narobiliśmy wystaw - głównie lokalnego środowiska - od groma, ale też zaistniały trzy wystawy wielkie: malarstwo Żydów Polskich, Tatry - czas odkrywców oraz Święto ceramiki. Z gumy najwyraźniej to nasze małe muzeum jest. Bez załogi oraz Wiktora i Ryśka nigdy bym tego nie zrobiła. Doktor Wiater tymczasem napisał wielką historię Szklarskiej Poręby, pospołu z Iwo Łaborewiczem. Która się właśnie drukuje. Mamy w zanadrzu jeszcze jedną wystawę - niespodziankę, ale jakoś nikomu się nie chce robić. Mamy zaległości w papierach, które intensywnie nadrabiać teraz trzeba. A już chciałoby się czegoś zupełnie innego.

Odezwał się dzisiaj Piotrek Syposz z sąsiedniego Kopańca, już myślałam, że zamilkł na zawsze, bo wizytowany nawet nie wyłaził z galeryjnego zaplecza, tymczasem tworzył w odosobnieniu. Ze średniowiecza na pogaństwo się przerzucił. Umówiliśmy się na wystawę od 1 maja, z koncertem na starych instrumentach w czasie otwarcia. Ostatnim rzutem na taśmę, bo właściwie zamknęłam już terminarz wystaw. No i rozmawiałam z panią Aleksandrą Bibrowicz - Sikorską, tkaczką, siostrzenicą słynnej wrocławskiej tkaczki z przełomu ubiegłych stuleci - Wandy. Wanda Bibrowicz, polska założycielka klasy tkactwa artystycznego na niemieckiej uczelni, kilka lat spędziła w Szklarskiej Porębie, próbując się tu ulokować na stałe. Niejako uciekając przed swoim starszym kochankiem, słynnym Wislicenusem, a raczej broniąc się przed ta "zakazaną" miłością. Która, notabene, ta miłość, zakończyła się ślubem, na chwilę przed śmiercią mistrza. Wystawa pani Aleksandry, w powiązaniu z międzynarodowym plenerem tkackim w Kowarach, rozpocznie się pokazem mody na wernisażu. Poza tym - będzie malarstwo dwóch młodych Niemców, posiadających bardzo silne korzenie w Szklarskiej, którzy ambitnie przez całe lato malowali w szklarskoporębskim plenerze. Ciekawa jestem jak to wyjdzie, gdyż malarstwo mają nietypowe jak na nasze lokalne warunki. Nieźle się zapowiada.
No właśnie, przed chwila pogawędka z załogą zaowocowała decyzją, że jednak tę wystawę - niespodziankę zrobimy. Bezpośrednio w okresie przedświątecznym, z imprezą wigilijną pospołu. załoga chce, załoga zrobi....wieczerzę.
To tyle właściwie. Po tygodniach odreagowywania poczułam powera. To dobrze.

piątek, 26 listopada 2010

jak doktor bajki opowiadał

Dzisiaj wymieniali kable energetyczne na całej długości ulicy, pozbawiając nas tym samym prądu na calutki dzień. Wypuściliśmy się więc na miasto odrobić zaległości towarzyskie. Między innymi zajechaliśmy do przedszkola, gdzie już dawno mieliśmy gościć. Zaopatrzeni w dary przekupne (cukierki, pocztówki), opowieści merytoryczne (bajki o Duchu Gór i o mieście), zapragnęliśmy wiedzę maleństwom przekazać. Omnipotentny - jak mawiają niektórzy - doktor już miał rozwinąć skrzydła, lecz ledwie usta pełne wiedzy otworzył, posypały się dziecinne opowieści. Same wiedzą lepiej, same znają Ducha Gór, łącznie z wszystkimi jego imionami, same wiedzą, gdzie go najłatwiej spotkać - bo całe lato szlakiem Ducha Gór wędrowały. W muzeum przecież też były.
Nasłuchaliśmy się, oczka otworzyliśmy szeroko i z tego wszystkiego rozdaliśmy cukierki oraz inne gadżety do muzeum na styczniowe warsztaty zapraszając. Na koniec doktor dostąpił zaszczytu zabawy w kółeczko, co - jak widać na obrazku - dużego skupienia wymagało by z rytmu nie wypaść.
Ponownie jestem zbudowana Szklarską Porębą. Od najmłodszych lat chłoną tu wiedzę wszelaką...

niedziela, 12 września 2010

powroty i wyjazdy

Tradycją staje się moje zrzędzenie i utyskiwanie nt. pracy, ale chyba to z wiekiem przychodzi, że człowiek się szybciej męczy. Właśnie wczoraj wróciłam z Krakowa, gdzie odwoziłam swoje i bolesławieckie wystawy ceramiki (nie zmieściło się wszystko w jedno auto), a już przede mną Zakopane. Jeszcze nie do końca spakowane ale do wtorku rano zdążymy.
Zachwyciłam się dziś o poranku załogą: cały osprzęt rozebrany, sale czyściutko pomalowane, a nie było mnie tylko jeden dzień. Powolutku rozmieszczam sobie obrazy, rzeźby i fotografie na wystawie Nowego Młyna. Ładnie to wygląda na tym etapie, klinicznie czysto, ale jeszcze nie mam kompletu. Część przyjedzie jeszcze dzisiaj i jutro, jutro też przywiozę od tych, którzy nie mogą sami. Niektórzy mają pretensje, nie odwiedzam ich i nie gawędzę mile przy kawie, za późno informuję o wystawie. Za późno ? Meile rozesłałam jakieś dwa miesiące temu, plan wystaw z grubsza był znany od początku roku. Chciałabym gawędzić przy kawie, nie mam czasu, wystawa stowarzyszenia to moja sprawa. Wczoraj Marita, ujęła to w ten sposób: ma dość robienia wystaw studenckich, bo jak trzeba kogoś do pomocy przy rozładowaniu transportu - nie ma nikogo, ich własne wystawy obchodzą ich dopiero, gdy trzeba się gdzieś wykazać. Ostatnio pojawili się u niej studenci z pytaniem gdzie byli ostatnio pokazywani, bo do dossier muszą... Wsciekła się, wystawy jeździły po Polsce same, katalogi wydały się same, za darmo ...
Może pora rozwiązać stowarzyszenie ? Prezes, widzę, ma ochotę na długodystansowy urlop... Pora też na wybory, nie chcę już być skarbnikiem, sekretarzem w jednym, wolę być zwykłym członkiem, nie mam czasu na papiery, od 2005 roku to już pięć lat przyjemnych i mniej przyjemnych robót. Zaproszenie zaprojektowała Teresa Kępowicz, może ona zechce trochę poprezesować ?
Jestem zmęczona, choć spałam noc całą. Kraków załatwiliśmy szybko, choć pakunki trzeba było nosić na spory dystans, bo .. prezydent miał przejeżdżać, więc wszędzie ochrona. I zimno. W Zakopanem też ponoć zimno. Muszę przed wyjazdem rozdysponować wszystko na salach, we wtorek przyjedzie Bogusia Rogacewicz trochę "namieszać" na wystawie. W tym roku wystawa Młyna łączy się z konkursem, na najlepszą pracę - wybierają członkowie Młyna, muzeum kupuje. W Krakowie dogadałam się w sprawie wystawy profesorskiej w przyszłym roku, każdy z nich zostawi mi pracę do zbiorów, najwyraźniej bedę mieć kolekcję sztuki nie tylko karkonoskiej ale również krakowskiej. No to dobrze, dobra nigdy za wiele.
Na razie jeszcze martwię się trochę wystawą tatrzańską. Sprawdzam po dziesięć razy czy mam wszystko i mam nadzieję, że transport pójdzie bezboleśnie. Nie chce mi się jechać.

środa, 8 września 2010

plecie się wrzesień

przedpole firmy o poranku, chciałam poranne wrześniowe światło pokazać ale komórką " to se mogę..."

Powinnam tu może pisać jakieś wyjątkowo twórcze i odkrywcze rzeczy, żeby się wykazać ale inni piszą lepiej, więc po co się wysilać. To " po co " ostatnio staje się życiowym mottem, oby mi na zawsze w krew nie weszło. A może właśnie powinno, może już ta pora ? Piękny wrzesień, powinien być ruch w interesie, tymczasem Szklarska dość mocno się wyludniła. Chyba wszyscy w kraju, nauczeni doświadczeniem zaokiennym, przestali wierzyć, że gdzieś może być ładna pogoda i nosa za drzwi nie wyściubiają, delektując się domowym ciepłem. Co oczywiście natychmiast odbija się na frekwencji i nawet park dinozaurów nie pomaga. Ale może jeszcze się polepszy. w końcu wielobarwność liści i urokliwa górska jesień jeszcze przed nami. Wszystko się spóźnia w tym roku.
Spinamy się, by jak najszybciej udostępnić całe muzeum, bo na razie mamy wystawy w kawałkach. Prawie cała zakopiańska już spakowana - skończymy w czwartek. Spakowana również znaczna część wystawy ceramiki - skończymy w piątek i od razu popołudniu zapakujemy w auto, bo w sobotę do Krakowa z nią jadę, licząc na to, że wrócę w nocy, również w sobotę. W międzyczasie odtworzyliśmy trzy sale z wystawy stałej, otwarliśmy wystawę Futka i Moniki i, równocześnie z pakowaniem, szykujemy sale na wystawę Nowego Młyna, a także odtwarzamy sale na dole. Jak pojadę do Zakopanego - wtorek-środa-czwartek - to nie zdążę. Albo zdążę, co się martwić na zapas. Odezwę się jak coś skończymy od a do z.
"Sprzedałam" najlepszą naszą wystawę "Malarstwo Żydów Polskich" do Wrocławia, jak dobrze pójdzie jeszcze w tym roku zostanie pokazana we wrocławskiej synagodze. O ile dobrze pójdzie. Trzymam kciuki za Pawła Stępniaka, który otwiera nową wrocławską galerię.

czwartek, 12 sierpnia 2010

dinopark

Na przełomie obecnego i poprzedniego roku mieliśmy fantastyczną wystawę malarstwa Żydów Polskich, teraz mamy fantastyczną wystawę tatrzańską i ceramiczną krakowsko - szklarskoporębską, w międzyczasie współczesne międzynarodowe szkło ekologiczno - festiwalowe, kilka małych wystaw sztuki różnorakiej i co ? I nic. Bez względu na to co mamy aktualnie i jak reklamujemy, frekwencja zależy od ...? nasilenia ruchu turystycznego znaczy minimalnie wzrasta w sezonie. Czemu ? Bo do nas z centrum miasta czyli np. ze stacji benzynowej Orlen przy dworcu autobusowym, jest 2 km. Per pedes, ostra górka - dolina - górka. W dolinie przed nami jedynie knajpka rybna, czynna w sezonie letnim, stok narciarski "U Hunka" - w zimowym. Szlaki: rowerowy, Ducha Gór, letni waloński - poprzez złotego Auruna atrakcyjne są dla sporadycznych wycieczek ale niekoniecznie nastawionych na kulturę. Owszem pobliskie centrum rehabilitacyjne Krusu oraz nieco dalszy szpital - sanatorium Izermed, ale to za mało, by spełnić oczekiwania na tłumy zwiedzających.
Może nie trafiamy z ofertą ? No to czemu od trzech tygodni drzwi się nie zamykają i ruch jak diabli ? W ciagu tego okresu mieliśmy frekwencję w wielkości ponad połowy frekwencji za pierwsze półrocze. Nagle zachwycili się naszymi wystawami, z których największa wisi od maja ? Na tyle mocno, że suną przez godzinę w malowniczym pejzażu piechotką ( dla samego pejzażu warto) albo podjeżdżają tłumnie autami specjalnie do nas ? Otóż nie, jest dodatkowy element przyciagający w nasze rewiry - DINOPARK z multikinem, quadami, sklepem, restauracją i prehistorycznymi atrakcjami. Żeby do nich dojechać, muszą przejechać koło nas, a że już tu są ........ No chciałabym przypisać nam zasługi, powiedzieć: bo jesteśmy atrakcyjni... Niestety, nie zawsze zależy to od nas.
http://www.dinopark.com.pl/ Przyjeżdżajcie więc do Dinoparku, a gdy się nasycicie zajrzyjcie na drugą stronę Doliny Siedmiu Domów, do nas, gdzie w miłej i sympatycznej atmosferze wśród muz rozmaitych można chwilkę odpocząć od zgiełku.

środa, 11 sierpnia 2010

za miedzą


To, że pracuję, nie znaczy, że nie widzę. Skoro tak to zapraszam do sąsiadów, gdzie przy okazji obecnej oferty można zobaczyć najstarsze na Dolnym Śląsku freski o świeckiej tematyce.
Rękodzielnicy i artyści w wieży.
Zapraszamy do Wieży Książęcej w Siedlęcinie na spotkanie z rzemieślnikami i artystami. Pokażą i przybliżą nam w jaki sposób dawniej wyrabiano przedmioty codziennego użytku, ozdoby i dekoracje.
Będzie można dokonać zakupu pamiątkowych wyrobów.
Spotkanie z rzemieślnikami odbędzie się 15.08.2010r o w godz. 11.00-17.00
ceny biletów:
-2 zł bilet ulgowy
-4 zł bilet normalny
Serdecznie zapraszamy! Zespół Wieży Książęcej w Siedlęcinie :)

http://zamekchudow.pl/123-siedlecin.html

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

wystawa co chodzi po głowie

No i dobrze, najwyższa pora. Temat jest, koncepcja z grubsza jest, teraz potrzebna dyspozycja. W przestrzeni znaczy i żeby się nie gryzło jedno z drugim, czyli scenariusz. Już od kilku dni krążymy wokół tematu jak głodne ptaki i ciągle coś nowego sie rodzi. Jeszcze rozglądamy się za doborem eksponatów, więc jeszcze ewoluuje. Jeszcze kilka koncepcji ... zanim wykształci się ta właściwa. Z końcem sierpnia i na początku września kończymy niemal wszystkie wystawy czasowe więc roboty huk będzie. I na tempo, bo trzeba się szybko otworzyć, póki ruch turystyczny jest. A we wrześniu jest. Więc najpierw przemontowanie piętra i przegląd Nowego Młyna równoczesny z odtworzeniem, z grubsza trzech sal wystawy stałej, potem dół - nowa wystawa stała. Lubię proces powstawania scenariusza.