Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spostrzeżenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spostrzeżenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 stycznia 2016

snując się melancholijnie

Obejrzałam wczoraj debatę nad Polską i nawet załamywać mi się nie chce. Jedyne co mi do głowy przychodzi to tekst obok, który na FB znalazłam. Ale też myślę, że to niekoniecznie tylko obecnej władzy dotyczy, choć w jej wypadku wielość dodatkowych aspektów następuje... Poza nimi to czymże poprzednia władza się różniła ? Białymi rękawiczkami ? Sprytem werbalnym ?  I poprzednia i poprzednia... w genach mamy nieszczęście do władzy - jeśli taki karkołomny skrót myślowy zrobić można.
Władza jest po to, żeby się dobrze ustawić. Model skandynawski ? Zapomnij, w Polsce żyjesz.
Skąd my to mamy ? Ano z historii, z dbałości o własne, szlachecko - kościelne interesy.  Przecież chłop wywodził się od Chama. Z Księgi Rodzaju wynika, że ten gbur i prostak za grzechy wobec ojca został społecznie wykluczony, więc jego potomek - chłop konsekwencje ponosić musi. Kościół na kilkanaście wieków przyklepał nowożytne niewolnictwo wielkiej części narodu. I przyklepuje nadal, choć chłopa proletariat, teraz  prekariat coraz częściej zastępuje.   
Że konstytucja 3 maja ? Co z tego, że wbrew interesom szlachty powstała ? Chłopom niewiele obiecała, zniosła jedynie poddaństwo, ale i tak w życie nie weszła bo  Targowica i  Rosjanie za chwilę.  I dobrze, bo kto miał pracować w folwarkach, chyba nie szlachta i księża ?  W Polsce, tej światłej, tolerancyjnej religijnie, niemal konstytucyjnej, przez kilkanaście stuleci największa warstwa społeczna to niewolnicy - chłopi pracujący do granic wytrzymałości na pańskim i kościelnym. Że w d... mieli polskość, że zaprzedali się wrogowi ojczyzny ?
Lata poprzedzające powstania chłopskie  były okresem szczególnej nędzy i głodu i chorób.  Zwłaszcza Galicja stała się krajem głodujących żebraków. A potem wielkie zdziwienie, że chłop się zbuntował i rękę na pana wyciągnął... Szela diabeł, Szela morderca narodu polskiego.Jak łatwo ci okrutni chłopi dali się podpuścić Austriakom, ojczyznę mieli za nic - larum podnieśli możni tego świata. A za co mieli być wdzięczni ? Za  wielowiekowe w dupę kopanie, nędzę, niewolnictwo, głód i biedę, która nawet wrażego cesarza zadziwiła, gdy Galicję po jej zajęciu objeżdżał.  Inna sprawa, że naiwni ci chłopi byli Austriakom wierząc, jak  to  tylko naród  naiwny być potrafi.
Ta przedsiębiorczość polska trwa do dzisiaj, szlachtę zastąpiła władza, kościół trwa nadal. Władza, bez względu na barwy i hasła,  jak niegdysiejsza szlachta: swojego jeno patrzy..
Głupim narodem jesteśmy, że tak się dajemy  ? Niby tak. Ale czy Szela cokolwiek wygrał poza negatywną kartą w historii ?
 

sobota, 16 stycznia 2016

Ludzie z gór

Myślę, że ludzie z karkonoskich i izerskich gór to naprawdę inny, specjalny gatunek człowieka. Na czym ta inność polega ? Dokładnie nie wiem, ale rzekłabym, że na "garnięciu się do drugiego człowieka". A może to tylko wczorajsza perspektywa przyćmiła mi jasność widzenia ? W końcu czasem myślę, że w tym mieście wszyscy są ze wszystkimi skłóceni.
Wczoraj mieliśmy wernisaż wystawy fotograficznej Zygmunta Trylańskiego. Spodziewaliśmy się dużej ilości gości ale nie aż tyle. Było ciasno, na luzie i bardzo rodzinnie. Miałam wrażenie, że wszyscy się znamy choć córkę Zygmunta z jej maleństwem i mężem widziałam pierwszy raz na oczy. Bo chyba ona to była ? Ania przygotowała kanapki z wegetariańskimi pastami ( chyba siedem wariantów smakowych), sam Zygmunt zrobił nalewkę z truskawek i  smalec z jabłek (?!!!! - nie wierzę, że to jabłka były), ja - sałatkę wg przepisu Oli, którą na kolejnych imprezach ćwiczę. Wszystko dla Zygmunta, który jest wegetarianinem.
Dlaczego wszyscy lubią Zygmunta ? Dlaczego przychodzą do niego z sympatii, nie z przymusu  ? Bo Zygmunt jest cudnym człowiekiem. Nikomu nie zagraża, no muchy nie skrzywdzi, wszystkich lubi, do nikogo nic nie ma, we wszystko chce się zaangażować i pomagać, żyje sobie na luzie i najważniejsze - robi co lubi czyli zdjęcia robi. Grubo przed świtem biegnie w góry, by ze szczytu zdjąć barwy kolejnego wschodu słońca. Taka drobna jego zależność od wschodzącego słońca. A lat zaraz skończy 70.
Wydaje się, że ludzi, którzy nikomu nie zagrażają, w dzisiejszych czasach się nie ceni. A jednak. Na wernisaż wystawy Zygmunta przybył tłum.
No a oprawą wczorajszego dnia był śnieg, na ulicy na trawie, na drzewach, na drutach, wszędzie. Cudnie było, choć do domu po wernixie wracałam ponad 40 minut, tak sypało.

środa, 25 lutego 2015

a propos artykułu we "Wproście" - terror psychiczny

Na razie to tylko insynuacje i oskarżenia, choć znając naszą rzeczywistość, pewnie tak zostanie. W końcu facet należy do "nietykalnych". Przeczytałam artykuł o Kamilu Durczoku i jestem przekonana o jego zasadności, choć faceta nie znam a cenię za wiedzę.  Bo na codzień takie zachowania obserwuję wszędzie. Nie chodzi mi o molestowanie seksualne lecz o mobbing, który - podobnie jak procedury - stał się normą w życiu zawodowym.
Dyrektor działa pod presją z góry, odreagowuje na podległych pracownikach, ci odreagowują niżej. Codziennie pod presją zwolnienia z pracy werbalizowaną z agresywną mocą. Mobbing to nie jednorazowy wyskok, to codzienność, która skutecznie i bardzo wyraziście odbija się nie tylko na psyche. 
Obecnie coraz większe grono naukowców jest zdania, że główną przyczyną wszelkich chorób autoimmunologicznych jest niewłaściwie funkcjonujący system nerwowy, głównie nadmierny i ciągły stres, depresja, niechęć do życia itp. Wiadomo, że system obronny jest bardzo mocno związany z układem nerwowym: "Dowiedziono, że między układem nerwowym a odpornościowym zachodzi ożywiona wymiana informacji, i dlatego psychika może oddziaływać na system obronny organizmu" („Wzmacnianie Układu Odpornościowego”, s. 218). .
I tak:
- pracownik latami postrzegany jako źródło spokoju, zamknął się w sobie i coraz bardziej nerwowo wypełnia obowiązki,
-  dwie dziewczyny w jednym dniu kariery zawodowej postawione pod ścianą - chwilę później zachorowały na nadczynność tarczycy  uczytelnioną chorobą Gravesa- Basedowa; od tamtego czasu zero luzu, ciągłe napięcie i  skrajna samokontrola,
- wieloletni pracownik od kilku lat leczy nerwicę z napadami lęku, niejednokrotnie wspomagając się psychotropami przed pójściem do pracy,
-  młoda stażystka odeszła z pracy przed czasem i od pół roku nie radzi sobie z ciężką depresją (nie radzą sobie również lekarze).
Wyluzować ? Ale jak ?

oglądanie codzienności

Wczoraj policjanci w trakcie zatrzymania agresywnego schizofrenika przypadkiem go udusili. Wg policji i sądu: zachowali się zgodnie z procedurami. Są niewinni, człowiek nie żyje. W szpitalu zmarł 57-letni mężczyzna, w czasie operacji odkryto tętniaka aorty brzusznej, którego lekarze sie nie spodziewali, gdyż wcześniej nie wykonano  USG i tomografu. Sprawą zajmuje się wprawdzie prokuratura ale przekonana jestem, że szpital działał zgodnie z procedurami i winnych nie będzie. W szpitalu w Kutnie zmarło kolejne dziecko. Zobaczymy co na to procedury.
Zacytowałam informacje tylko  z kilku ostatnich dni.
Procedury zastępują meritum.  Nie ważne są konsekwencje takiego czy innego działania, nawet tak ekstremalne jak powyższe, ważne jest trzymanie się procedur. Bo za przekroczenie procedur można być ukaranym, za śmierć człowieka - niekoniecznie.
Na naszym poletku tak ekstremalnie na szczęście nie jest ale mocno odczuwamy wszechwładzę procedur. Nie zdążymy dobrze merytorycznie przygotować wystawy czy wydawnictwa, nie prowadzimy pracy badawczej - nie ważne. Istotna jest zgodność jednego papierka z drugim, trzecim i czterdziestym trzecim papierkiem.  Im większa ilość procedur tym większa szansa na błąd. Mam wrażenie, że głownie o to chodzi - złapać obywatela na błędzie.

piątek, 9 sierpnia 2013

ludzka matematyka

Człowiekiem rządzą instynkty, więc  a+ b w każdym człowieku inny wynik daje". Dogadać się niełatwo. Na dodatek każdy inaczej widzi i ocenia swoją robotę. Najczęściej zupełnie inaczej niż wszyscy dookoła. Bo jego własna praca jest dla człeka najważniejsza, najtrudniejsza, najcięższa, a jej efekty są najwspanialsze, najbardziej efektowne, najważniejsze. A jak z obiektywną oceną ? Nie ma, dobre jest medialne. Dobrze jest dużo gadać o sobie i swojej robocie,  też w każdej rozmowie prywatnej na temat wrzucić "ja", "moje","zrobiłam". Raaaanyyyyy, czy ja się tego kiedyś nauczę ? Sekretarz urzędu nawet do mnie ostatnio zadzwonił z uwagę, że mogłabym się trochę polansować.  Ale jestem w takim nastroju, że w d........ to mam. Skończył się upał nagłym skokiem w deszcz rzęsisty. Nawet w kominku zapaliłam bo ciut chłodno się zrobiło. I korespondencję uprawiam z jedną taką co w marazm popadła, czyli sobą ? Nie, z Dorotką, która jeszcze nie popadła ale o marazm zewnętrzny się ociera.
Wnioski rozliczam, cyferki mi przed oczami skaczą, łeb pęka. Jak nie nadaję się do liczb to po cholerę się w nie pakuję ?  A już mi się chce czegoś nowego - program opieki nad zabytkami dla swojej gminy mam zrobić.  Zacznę jak rozliczenie skończę.
A póki co... idę zjeść lody zalane ajerkoniakiem.

wtorek, 21 lutego 2012

Małe sprzeczności


Robiąc wystawę w naszym maleńkim acz cudnym muzeum na rubieży zadaję sobie pytanie: dla kogo. To norma. Usiłuję znaleźć zapotrzebowanie, jeśli nie ogółu odbiorców to przynajmniej ze strony jakiejś reprezentatywnej grupy. (OJ.... się można poślizgnąć….). Jeśli grupa jest elitarna – w sensie estetycznego smaku – nie oczekuję, że wystawę odwiedzą tłumy. ( Chociaż o tłumach marzyć nie mogę niezależnie od wszystkiego, a to z powodu tychże rubieży i braku komunikacji miejskiej; otwarty niedawno dinopark ma swój dinobus na prąd - czego im zazdroszczę ). Bardzo trudno jest ocenić potrzeby odbiorcy a potem pokornie w nie trafić. Jeszcze trudniej gdy ich nie ma bądź są nieczytelne. W całkiem dużym, okolicznym, dawnym wojewódzkim mieście zwykła społeczność nie ma najwyraźniej potrzeby obcowania ze sztuką i kulturą muzealną, potrzeby niewymuszonej przez działania tak spektakularne jak warsztaty malowania bombek czy pisanek, wernisaże, targi staroci ect. Naturalny dla mieszkańców wielkich miast ruch muzealny tu nie istnieje. Trzebaby więc ten niewymuszony ruch sprowokować. Na pewno nie zrobi tego, całkiem niezła skądinąd, wystawa współczesnego szkła i ceramiki, prezentująca dzieła polskich tuzów tych dziedzin, z dwiema sławami sławami na czele: Reginą Puchałową i prof. Krystyną Cybińską, obie z Glorią artis. Zbyt elitarna. Czy zrobi to wystawa pokonkursowa międzynarodowego konkursu graficznego ?



piątek, 6 stycznia 2012

Etos. A propos ...

Etos muzealnika - zbiór wzorców kulturowych (ideałów) charaterystycznych dla pracownika muzeum najlepiej tłumaczy Kodeks etyki ICOM dla muzeów określający minimalny standard jaki powinny przestrzegać muzea, osoby w nich zatrudnione i instytucje je organizujące.
Warto przeczytać. ( http://icom.museum/fileadmin/user_upload/pdf/Codes/poland.pdf )

Ciekawe jak daleko rzeczywistość odeszła od tego dokumentu, pięknego, szlachetnego, aczkolwiek określającego zaledwie minimum. I ciekawe jest to, że ten odwrót dotyczy instytucji za muzea odpowiedzialnych, nie pracowników. Bo ci, w większości zupełnie naturalnie realizują pełen zakres wzorców odnotowanych w kodeksie zachowań. ( niżej wpodsumowanie badań i ankiet wykonanych chyba w 2000 roku.)
Specyficzne warunki pracy, ciągły stan niedoinwestowania muzeów, niska motywacja finansowa, a przy tym obcowanie z dziełami sztuki (...….) wytworzyły pewien charakterystyczny typ pracownika muzeum. Jest zazwyczaj znawcą, częstokroć ekspertem o renomie międzynarodowej w swojej specjalności. Odznacza się rzetelną wiedzą merytoryczną i kompetencją, wysokim poczuciem odpowiedzialności za wykonywaną pracę, ściśle przestrzega norm i wartości etycznych określonych w kodeksie Międzynarodowej Rady Muzeów (..) Nie prowadzi działań mogących powodować konflikt interesów z zatrudniającym go muzeum (art. 34 ustawy o muzeach). Jest silnie emocjonalnie związany z eksponatami powierzonymi jego opiece i głęboko identyfikuje się z działalnością muzeum. (…). Jest odporny na zewnętrzne negatywne uwarunkowania przeszkadzające w jego działalności, często poświęca własny czas i pieniądze na rzecz działań muzealnych, nie oczekując rekompensaty.
Zbliża się trzydziestolecie mojej pracy muzealnej i , mam prawo - jak sadzę, zdefiniować różnice między ideą a rzeczywistością. Rzeczywistością muzeum prowincjonalnego – bo to zupełnie inna para kaloszy niż instytucje narodowe. Studiując dogłębnie ów kodeks, porównując ze znaną mi rzeczywistością werbalizuję jedyny wniosek: kodeks dotyczy pracowników, instytucje odpowiedzialne za muzea dawno umyły ręce. Czy to jest fair ?

czwartek, 29 grudnia 2011

rozumiem a nawet doceniam ale nie przepadam

Nie lubię przelewania pustego w próżne, kunsztownego owijania w bawełnę, autoreklamy, kryptoreklamy, wszelkiej reklamy, tego wszystkiego z czego pozostaje - po wyciśnięciu - jedno małe konkretne zdanie. Choć... wiem, tak trzeba - taki wniosek się rodzi w efekcie oglądania świata.
Byliśmy dzisiaj na spotkaniu w wielkim świecie - czyli zanurzyliśmy się w zieleń kolosalnych roślin i ratan wygodnych mebli na patio hotelu Bornit - spotkanie z ambasadorostwem RP w Berlinie. Pani ambasadorowa była już u nas w styczniu br., potem w czerwcu z wycieczką, zachwyciła się zjawiskiem kolonii artystycznych i zapragnęła w tym zakresie podziałać. Co zaszczepiła małżonkowi i teraz ten - jako swoisty adwokat lobbuje na rzecz koloni w Worpswede.
Czymże jest kolonia artystów - pisze o tym wielu, bo jakby renesans nastąpił. Dla mnie kolonia to rodzaj subkultury, artystycznej subkultury, jak każda subkultura wyrosłej z buntu przeciw współczesnej jej cywilizacji ( degradującej znaczenie jednostki i unifikującej społeczność), szukającej alternatywnego sposobu na życie.
Worpswede koło Bremy, najważniejsza w Niemczech, wyrosła z malarzy zapatrzonych w Barbizon w poł. 60-tych lat XIX w. Wśród założycieli był Otto Modersohn (mąż Pauli Becker, poślubionej w czasie słynnego potrójnego ślubu trzech artystycznych par) ale głównym ideowcem został Reiner Maria Rilke, który znalazł się tu po powrocie z Rosji i w 1903 r. wydał książeczkę uznaną za manifest programowy kolonii. "Życie jest formą sztuki a twórczość stanowiąca rezultat przeżycia duchowego jest najwyższym stopniem uduchowienia". Heinrich Vogeler, malarz i poeta, malarze Fritz Mackensen, Otto Ubbelohde, Fritz Overbeck ... odnosili się do natury rozumianej jako Heimat, rodzimości kształtującej nowego doskonałego człowieka o wyrazistej indywidualności. Heimatkunst była ruchem, który szukał zdrowego świata w życiu prostych ludzi. Nasze Bronowice, fascynacja huculszczyzną. Tyle, że u nich szło w skrajny nacjonalizm a u nas zwyczajnie przestało być modne. Niebezpieczna jest nadmierna ideowość...
No i zboczyłam z tematu i wrócić nie umiem.
Spotkanie dotyczyło konkretnej współpracy Szklarska - Worpswede. Oni szukają partnera, my też. I po co było tyle gadać ? Choć bardzo miło było.

wtorek, 11 października 2011

lotni uzdrawiacze oraz codzienna siermiężność

Po raz kolejny zdarza mi się dostać po łapach i nadal niczego się nie uczę i nadal wydaje mi się, że najważniejsze jest nie ZROBIENIE CZEGOŚ lecz zrobienie tego dobrze. Tymczasem coraz częściej mam wrażenie, że obowiązuje "po nas niechże i potop", krzyczmy - wszak podnieśliśmy palec, postawmy wieżowiec, fundamenty ? a co to są fundamenty ? Budujemy na chwilę, robimy dużo szumu wokół niczego, a wszystko po to by przez chwilkę zaistnieć, bo przecież liczy się tylko tu i teraz, nasze własne tu i teraz. A potem ? A niech się wali, nie nasza broszka. Tak jak ogłaszać światu o swoich dokonaniach, choćby zrealizowanych cudzymi rękami - to też jakby trend współczesności. Kiepsko to wygląda.. świat medialno-ideowy, daleki od mojej chamskiej i prostackiej, przyziemnej realności. To taka dygresja, wstępna:))
Na ostatnie moje pismo dotyczące wątpliwości co do jakości prac realizowanych w "moim" parku, władze miasta bardzo elegancko złożyły mi podziękowania za interesowanie się czymś co nie do mnie należy. Ok. Spoko wodza, nie moja broszka. Zupełnie nie o tym chciałam, a tak mi wyszło jakbym się żalić zamierzała.
Eeech ten wiek.... średni, sceptyczny.. znaczy mój wiek.
Nawiedzeni animatorzy kultury.... jak ten satelita, pojawia się jeden z drugim w moim przyziemnym świecie i patrząc mi przeciągle w oczy świat kultury uzdrawiać każe i dziwi się, że ja tego nie robię. Jak to ? Przecież to pani ma warsztat i środki... rutyna widocznie się wkradła. Hmmmm...
Kilka tygodni temu w drzwiach mojej pracowni pojawiła się dama w średnim wieku. W dwugodzinnej, zwięzłej acz płomiennej wypowiedzi przedstawiła swoją wizję rozwoju kultury w Szklarskiej Porębie i wymóg współczesności - tworzenie z niej produktu turystycznego. Po moich pieniądzach - pomyślałam i ucieszyłam się, że trafia się ktoś chętny do współpracy. . Wziąwszy ode mnie adresy wszystkich niemal zaprzyjaźnionych artystów, przejechała się od Pławnej począwszy, przez Kopaniec do Michałowic i Karpacza, czym zaimponowała mi tym bardziej, że nie posiadała własnego środka lokomocji. Wieści o jej wizytach docierały do mnie zewsząd przez kilka dni po naszym rozstaniu. Jakiś czas później w telefonicznej rozmowie dowiedziałam się, że przeprowadziła niemalże analizę swot, a znając nasze słabe strony przedstawiła diagnozę wraz z programem zaradczym. Mało tego, wspaniałomyślnie zachciała przyjechać na spotkanie naszego artystycznego stowarzyszenia (a..bo jestem w zarządzie a dokładniej jestem skarbnikiem, sekretarzem i wszystkim innym do czarnej roboty), prosząc bym powiadomiła burmistrza o jej przyjeździe. Po co burmistrz ? Bo to on jest władny dać jej godziwą płacę za jej pracę i mieszkanie................................... Nie powiem, że się rozczarowałam gdy na dzień przed sprawozdawczo - wyborczym zebraniem dostałam telefon, że nasza cudotwórczyni, panaceum, lek na całe zło, nie przyjedzie z prozaicznego powodu - pękł jej kaloryfer. Paskudna, złośliwa codzienność.
Czemuż ja o tym piszę ? Bo po raz kolejny się czuję jak Marianna-nic-nie-mogę-muzealnik, a to po spotkaniu z kolejnym takim (prze-) lotnym animatorem kultury, tym razem niemieckim, który podobnie się dziwi, że tak bardzo nie wykorzystujemy swojego regionalnego potencjału. Ciekawe, że wszyscy dopiero teraz ten potencjał widzą i dopiero teraz chcą swój potencjał na naszym kulturowym poletku rozwijać. Ale nie czarujmy się, nikt z tych (prze-) lotnych animatorów dla idei pracować nie chce. Koniec końców zawsze do głosu dochodzą finansowe, całkiem niemałe wymagania.
Nie jestem przeciwna takim ludziom, często faktycznie wnoszą ożywczy ferment, widza to co nam czasem znika z pola widzenia. Ale na litość, pokory trochę !!!
Oj !!! Czuję jak gorzknieję:))))))))))

czwartek, 7 kwietnia 2011

Ciut starsza zbudowa Zabobrza

Ten budynek mnie zadziwił. Od lat wiedziałam, że jest, pod lokalną nazwą "dywany" - w przyziemiu mieścił się sklep o tymże asortymencie, potem - jedna z większych i bardziej popularnych siłowni. Ale jak to zwykle bywa, człowiek rzadko patrzy w niebo, więc to jak fajnie wygląda zabaczyłam dopiero, gdy zrobiłam mu zdjęcie. I tu cytat technologa - Kazimierza P. "Jedne z pierwszych budynków wykonanych w technologii monolitycznej. Pierwszym był budynek w Cieplicach przy Wolności (ten o zróżnicowanej wysokości). Straszny grunt był pod tymi budynkami, trzeba było dokonać jego wymiany. .. Można budować domy z drobnych elementów takich jak cegły, można budować z większych prefabrykatów jak bloczki betonowe lub płyty betonowe. Te wszystkie elementy trzeba przywieźć na budowę i poskładać w budynek. Można też ustawiać szalowanie, zazbroić i wlewać w to beton który zastyga na miejscu powodując, że nie ma żadnych styków pomiędzy ścianami i stropami tworząc jednolity monolit Stąd nazwa monolityczna ! " I tu mi szczęka opadła. Zbroic do tej wysokości ?????

Teraz w całości cytuję Kazimierza P.: "Trzy budynki które miały numery budowlane 306, 307 i 312. Jako jedne z nielicznych powstały w technologii WK70 a nie jak większość Zabobrza w technologii Wrocławskiej Wielkiej Płyty. Prefabrykaty na budowę tych domów były przywożone z Bolesławca. W Polsce po wprowadzeniu technologii wielkopłytowej używano wielu rodzajów płyt. Pierwsze były radzieckie z Leningradu, a potem każdy rejon opracował swoje. We Wrocławiu i na Dolnym Śląsku była to Wrocławska Wielka Płyta, choć w niektórych miejscowościach były inne rodzaje. W Bolesławcu było to WK70. Niby nowocześniejsza od WWP, ale miała więcej błędów wychodzących na wierzch przy użytkowaniu." I L.B. " I rury spustowe - w tych budynkach są umieszczone w klatce chodowej - co w naszym klimacie uważam za plus - nie ma efektu zamarzania. "

Ten zielono - żółty zespół zróżnicowanych w wysokościach budynków zestawionych w okrąg ( z grubsza) z rozległym wewnętrznym podwórzem zagospodarowanym zielenią też jest niezły. To Wrocławska Wielka Płyta wersja wałbrzyska - wg. Kazia P. Ta technologia ma mnóstwo wad, ale przyczyny, w większości poza budowlańcami. Obok - nieco bardziej rozległy, podobny zespół, w odcieniach różu.

Kolejny "kontenerowiec", chyba z lat 80-tych. Fachowiec mówi,że to jeden z ostatnich budynków w technologii wielkopłytowej w mieście. Bardzo ładne, przestronne mieszkania są w tych blokach. Przynajmniej to , w którym byłam. No i wewnętrzne, obszerne podwórka. Dobry patent taki blok., zwłaszcza dla rodzin z małymi dziecmi.

Mieszkając już na swojej wsi podmiejskiej czesto z wózkiem zapędzałam się tam na spacery - bo piaskownice... Niekoniecznie do tego zespołu ale do podobnych.


Typowe kolorystycznie bloczysko - czyli szare, jak większość z lat 80-tych w większości miast polskich. Tu, charakterystyczne dla Jeleniej Góry, częściowo zabudowane, mocno wysunięte balkony, które komponują ścianę. Zresztą... piony otworów okiennych flankujące rozedrganą płaszczyznę balkonów (niestety na nich gospodarczy śmietnik), dalej piony gładkiej płaszczyzy ścian - noszą symptomy estetycznej kompozycji. Gdyby tak jeszcze to otynkowac, potraktowac kolorem i balkony umaić kwiatami.. mógłby być całkiem niezły okaz.

sobota, 2 kwietnia 2011

współczesne blokowiska

W amoku fotografowania miasta nie omijam blokowisk. Pomijam komfort mieszkania (lub jego brak, w końcu co kto lubi), szukam architektury. I szczerze mówiąc nie wiem kiedy kończy się budownictwo zaczyna architektura. Nie będę w to zresztą wnikać i na wyczucie podziałam. Wychowana na kieleckim Czarnowie doceniam różnorodność i kolorystykę Zabobrza.

Charakterystyczną cechą Jelonki jest ogromna różnorodność, również w zabudowie "kontenerowej". Na tej fotce awers bloków przy Moniuszki. Na ich zapleczu - pawilony sklepowe, z boku, na zach. - przedszkole Happy Kids. Kompleks powstał w ostatnich latach tj. ok. 2008 -2009. Chciałabym poznać nie tylko nazwiska architektów, również ich inne realizacje ale z tym jest chyba większy problem. Architekci się nie chwalą, w kazdym razie, pewnie wzorem średniowiecznych mistrzów.:))) A szkoda. Te budynki są projektem zespołu Jerzego Cichonia.













To ostatnie bloki powstałe w okolicy jeleniogórskiego TBS przy granicy z Jeżowem Sudeckim. Jeszcze nie zamieszkałe, otoczone siatką ( i chyba tak zostanieże zwarta rożlinnośc śreniej wysoko0ści byłaby lepsza), subtelne kolorystycznie, wyglądają na funkcjonalne, bardzo ładne.

Poczta. Architektury współczesnej ciąg dalszy.


piątek, 1 kwietnia 2011

sobota, 26 marca 2011

:))))))))))))))

Biorąc udział w portalowej dyskusji na tamat elastyczności zawodowej otrzymałam , od osoby mającej do czynienia ze stolicznym muzeum, następujący komentarz:

Marianko - z podwórka muzealnego, znakomicie mi znanego od zaplecza - pracownicy muzeów biorą pieniadze za nadgodziny, w których wieszają wystawy - podczas dnia nie robią ABSOLUTNIE niczego.
Płacone mają potrójnie , bo nadgodziny razy dwa.
Coś o tym ?

Skometujecie ? Muzealnicy prowincjonalni ?

czwartek, 24 marca 2011

jeleniogórska architektura lat 90-tych,siedziba ZUS

Ostatnio fotografuję, popadając w rozmaite obsesje. Pierwsza to Szrenica, druga - stara architektura miasta, znaczy Jeleniej Góry. Nie chodzi mi o fotki artystyczne, raczej o dokumentację. Bo czemuś zaczęłam się obawiać, że to piękno zniknie i już nigdy go nie zobaczymy. Piękno brył i wystroju elewacji kamienic jeleniogórskich.
Fotografując minione nie sposób nie zauważyć jak mało jest nowego.

Owszem powstają molochy sypialne czyli mieszkalne kontenerowce na wielopiętrowych betonowych pustyniach, ale bardzo mało jest czegoś co możnaby nazwać architekturą, czyli czegoś co zamysł estetyczny posiada.
Siedziba ZUS, zaprojektowana przez jeleniogórzanina Leopolda Chyczewskiego, zbudowana w 1997 r. Kontrowersyjna. Mnie się podoba, w końcu coś lekkiego, niesztampowego i barwnego po tych obłażących z tynku szarych neoelewacjach z początku wieku czy wysokich, też szarych i też obłażących z tynku prostopadłościanach mieszkalnych z kwadracikami maleńkich okien.
Autor projektu współpracuje ze znanym wrocławskiem architektem Wojciechem Jarząbkiem, autorem równie kontrowersyjnego co mającego już charakter ikony architektury lat 90-tych, budynku Solpolu we Wrocławiu. Który notabene ma być rozberany. Uważam, że to błąd rozbierać manifest artystyczny posmodernizmu, świadectwo odwagi miasta Wrocławia przeciwstawiającego się projektowej klasyce. Szkoda, bo dokumety epoki powinny pozostać dla potomnych. Bo co po nas pozostanie z tamtego czasu ? Wieżyczkowe gargamele pełne pełne arkadek, facjatek i dziwacznych ozdóbek ? A tu już nadchodzi stalowo-szklany modernizm.

Rozpisałam się o Solpolu, a tu czeka nasz ZUS, który też wiele kontrowersji budził, jak wszystko co nowe, inne i z tradycji się wyłamujące. Mnie się podoba i za kicz go nie uważam. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że pasuje do tej części przestrzeni miejskiej jak ulał.
Notabene przeszukałam internet i nie znalazłam zbyt obfitych informacji na temat tak budynku jak i architekta. Ba, najczęściej nie wymienia się nawet autora projektu. Ciekawe czemu, specyfika miasta czy jak ? Zresztą bardzo mało pisze się o jeleniogórskiej współczesnej architekturze, może dlatego, że tej architektury właściwie nie ma ?

niedziela, 27 lutego 2011

mała ojczyzna - luźno wrzucone











Na początku myślałam, że chodzi o zwykły heimat ... coś z czego rodzą się nacjonalizmy, ale też coś co posiada nieprawdopodobny potencjał pozytywu. Duma z własnego regionu, utożsamianie się z jego dziedzictwem. Czy istnieje jeszcze/już coś takiego ? A czy w ogóle można kreować regionalną tożsamość, na dodatek bez obaw o łatwość manipulacji ?
Moi koledzy chcą zaproponować strój regionalny, wyróżniający nas spośród innych regionów, w lokalnym dziedzictwie szukać nowych autorytetów, wspólnych dla przeszłości i teraźniejszości. Bo: potrzeba przynależności do grupy, ziemi, potrzeba utożsamiania się z przestrzenią krajobrazowo – społeczną, potrzeba akceptacji tego co było przed nami i włączenia w swoją własną przeszłość i przyszłość. Czy groby ojców są konieczne by uznać ziemię za ojczyznę ? Jesteśmy regionem pięknym pejzażowo, nieprawdopodobnie bogatym kulturowo, czy mieszkańcy sami nie czują tej wyjątkowości ? Czy jest na tyle silna by nas łączyć ?












To była pierwsza myśl. Zastanawiając się dłużej zrozumiałam, że spłycam temat ślizgając się po wierzchu, charakterystycznie dla przybysza z centralnej czy wschodniej Polski.
Karkonosze wraz z regionem jeleniogórskim - jako moja mała ojczyzna (i Dolny Śląsk) - to teren zupełnie od innych odmienny. Czasy powojenne, dezawuujące niemieckie dziedzictwo, przykryły absolutnie wszystko wcześniejsze, całą tę dolnośląską wyrazistą tożsamość pogranicza. Specyficznego na dodatek pogranicza: słowiańsko - germańskiego, gdzie częste zmiany państwowości nakładające na status quo Śląska kolejne zmiany kulturowe, pozwoliły wykształcić swoistą jedność w znacznym stopniu niezależną od obowiązującej państwowości, ponadczasową. Magnes dla europejskich osobowości, odciskających znamienny ślad na dziedzictwie przejmowanym przez następne pokolenia niezależnie od nacji.
O tym wszystkim zapomniałam, a ilu tak naprawdę o tym wie ? Więc chyba jednak warto tę specyfikę podkreślać, choć może niekoniecznie przez wprowadzenie sztucznie wymyślonego stroju regionalnego.
Kilka dni temu odwiedziła mnie para Polaków od trzydziestu lat mieszkających w Bawarii. Właśnie kupują tu dom. W Bawarii zaobserwowali szacunek jakim darzeni są Dolnoślązacy a szczególnie ci z Karkonoszy (choć nie jestem pewna czy nie mieli na myśli Niemców Sudeckich). Uznawani są nadal za elitę kulturalną, której pojawienie się przyczyniło się do rozkwitu zapyziałego niemieckiego landu.
I jeszcze ten niesamowity pejzaż.........

piątek, 10 grudnia 2010

powody

Kiedyś wiodłam maleńki spór z moją ulubiona blogerką Klarą - artystką, która pisała, że powodem sztuki jest radość tworzenia. Ja zawsze byłam skłonna sądzić, że u podstaw sztuki (sztuka to przeżycie emocjonalne, w odróżnieniu od dekoracji) jest ból istnienia, jakiś niedobór, który szukać każe. Że sztuka jest wynikiem poszukiwań, środkiem do osiągnięcia celu. Człowiek szczęśliwy nie szuka lecz tapla się w szczęściu i dba o to by nic z niego nie uronić, więc jak może tworzyć ? A może może ? W końcu nie ja byłam artystką w tym sporze.
Nadal nie wiem jakie są powody sztuki, wiem jednak, że działa na mnie tylko to co powoduje przeżycie, niekoniecznie traumatyczne. Ale jeszcze nie spotkałam obrazu, który byłby egzemplifikacją (ufff) szczęścia.

sobota, 4 grudnia 2010

efektowni i efektywni

Są osoby, które się liczą. Widać ich wszędzie, mają wyrobione zdanie, umieją załatwić, mają znajomości, układy, sprawiają wrażenie, że świat się bez nich zawali a na pewno będzie funkcjonował wadliwie. Są medialni i bardzo dbają o swój wizerunek. Nie mówię, że ich działalność to pozór, jednak więcej wielkiego halo dookoła niż faktycznego działania. Są też osoby, które robią równie wiele a nawet więcej, które z reguły stoją z tyłu, niewielu o nich nie wie, ale gdy ich braknie okazuje się, że właśnie bez nich rzeczywiście się wali. Dzisiaj była u mnie taka osoba, związana z krakowską ASP, artystka, pedagog, tytan pracy. Lubię takie osoby. Bardziej je cenię od tych pierwszych, bo na nich można polegać, wiadomo: ważniejsza jest sprawa niż pierś w orderach czy dobre imię w mediach.

piątek, 26 listopada 2010

odrażajacy, brudni , źli i.... świat kreowany przez media

Film Ettore Scoli o tym tytule zrobił kiedyś na mnie tak duże wrażenie zrobił wrażenie, że pamiętam go łącznie z reżyserem, mimo upływu lat. Klasyka. Ale nie o tym chciałam.
Byłam dzisiaj na wywiadówce u córki, bardzo pozytywnie nastawiona bo dziecko zachwycone szkołą. A od czasu przygotowanego przez ich klasę libduba (http://www.youtube.com/watch?v=khHB981o_t0) - wręcz uskrzydlone.
No i się wkurzyłam. Więc dygresja - gwoli naświetlenia przyczyn wzburzenia.
Ostatnio w lokalnym tygodniku pojawił się - bulwersujący dzieci i nauczycieli - kolosalny artykuł o jeleniogórskich licealistach, z którego wynika, że owi licealiści nic innego nie robią tylko balują, piją, ćpają, seks uprawiają i w ogóle samo zło. Aaaa, przy tym tak stresują nauczycieli, że ci się boją do klas na lekcje wchodzić. Wczoraj napomknęła mi o tym tekście koleżanka z pracy mówiąc
- wydaje ci się, że wiesz wszystko, dzieci nie znasz ?
Qurde, no znam, swoje - bardzo dobrze, wyczuwam je siódmym zmysłem wręcz, zwłaszcza gdy w kłopoty się pakują, czego doświadczyłam nawet ostatnio.
- A jesteś pewna co Anka robi w wolnym czasie ?
Jakim wolnym czasie ???!! Ona po prostu nie ma wolnego czasu. Kończy lekcje o 15-tej, godzinę do domu wraca, potem tańce, kosz, lekcje, siatkówka, korki z matmy, komputer - facebook (!!!!- naganne) i demotywatory, ostatnio jeszcze roznoszenie ulotek, bo na obóz taneczny zbiera, nawet z chłopakiem spotyka się tylko w ramach spaceru z psem. Imprezy ? Jakie imprezy ? Kiedy, za co ? Jednak się spłoszyłam i przepytałam dziecko. Tak, mówili dzisiaj o tym artykule ale
- no mamo, co ty, przecież widzisz...
No widzę.
Dziś na wywiadowce dowiedziałam się, jak dziennikarka zbierała materiał. Rozdała dzieciom kartki z ankietą, pani psycholog udzieliła wywiadu (nie autoryzowany) i powstał bulwersujący, uogólniający artykuł. Który notabene zaraz przeczytam i pewnie skrytykuję.
Każdy wie jak działają media - wychodzą naprzeciw zapotrzebowaniu społecznemu, próbując równocześnie kreować rzeczywistość. A, że ludzie raczej starają się żyć normalnie, gdzieś muszą dać upust złym emocjom, choćby popatrzeć na cudze zło, choćby poczytać. Potem mogą z satysfakcją spać spokojnie w świadomości, że to nie oni i umacniać się w przekonaniu o własnej wyższości. Mediom w to graj, bo wyraźnie de mode jest pisać o pozytywach. Alternatywa dla obowiązującej w minionej epoce propagandy sukcesu, przy biedzie i pustych półkach ? Akcja - reakcja, swoista dialektyka: bieda w realu - bogactwo w mediach i odwrotnie ? Ciągle mnie zaskakują ludzie całkowitym brakiem dystansu. Deklarują niewiarę w media, po czym sankcjonują publikowane tezy, powoływaniem się na nie. Najczęściej ze świadomością mniejszej lub większej manipulacji. Powinnam psychologię skończyć, wiedziałabym jak działa ten mechanizm.
Natomiast dziennikarska manipulacja jest nieetyczna, niezależnie od tego czemu służy - tu nie mam wątpliwości. Wiarygodność dziennikarska .... na czym się opiera ? Na obiektywnym przedstawianiu faktów - przede wszystkim. A skąd się bierze fakty ? Ze źródeł. Jedna ankieta w jednej klasie , w jednej szkole, tendencyjnie formułująca pytania by uzasadnić założoną tezę ? Czy to jest materiał pozwalający wydać negatywną cenzurkę całej młodzieży licealnej Jeleniej Góry ?
Może w końcu dotrę do puenty... Cóż mnie tak wkurzyło.
Ano to, że dyrekcja jest skłonna sprawy nie ruszać, ucichnie. Czy przemilczenie niesprawiedliwego uogólnienia, naciąganej tezy, nie jest jej uprawomocnieniem ? Dzieciaki się burzą, mają prawo się bronić, chcą zwołać konferencję prasową, skonfrontować wiarygodność dziennikarskich źródeł, zapytać o brak autoryzacji wypowiedzi np. nauczycieli, równocześnie samodzielnie zebrać materiały i zbadać temat, żeby się przekonać jaką wartość ma przedstawiona w gazecie opinia, bo za pewnik nie chcą jej uznać. Uważają, że pokazany problem to nie norma lecz margines. I ja też się burzę, bo prawo do obrony własnego imienia to dosyć podstawowa rzecz.
Na marginesie. Córka jest w klasie dziennikarskiej. Czego mogłaby się nauczyć ? Że manipulacja faktami to zawodowa norma ? Jeśli artykuł jest manipulacją, bo jeszcze nie czytałam. I wymiar szerszy - że media to trzecia władza i z tym się nie wygra. Chyba tego nie chcemy, wiemy jaka jest ich potęga.

czwartek, 18 listopada 2010

nostradamus

Żółta rasa zaleje świat... Wyobrażaliśmy sobie wielką wojnę narodów, kataklizm, terror, ucisk. Tymczasem ? Spokojna, sukcesywna, szeroko zakrojona kolonizacja gospodarcza, Azja, Afryka, Ameryka, Europa. Czy to źle ? Normalnie, takie są koleje świata: pracowite początki, względna stabilizacja we względnym dobrobycie i marazm dekadencji pełnej manierystycznej nadbudowy. Kiedyś kolebką cywilizacji była Azja i Afryka, potem na długie stulecia Europa i Ameryka, teraz ponownie wraca Azja. Koło zawsze zatacza krąg, bo taka jest jego idea. Czemu historia też go zatacza zamiast iść ciągle do przodu ? Tego nie wiem ale cyklicznie jest w każdym świata aspekcie, nie tylko ludzkim.
Czy Europa odpuści ? Chyba nie ma wyboru. Stara, starzejąca się, ubezwłasnowolniona dobrobytem, już nic nie produkująca poza kupą papierów i wizji, skupiona na estetyce, arbiter elegantiarum dla nuworyszowskiego świata, jeszcze tkwiącego w życiu realnym i właściwej mu kulturze masowej. Europy zdanie liczyć się będzie - jak zdanie antycznej Grecji - dopóki pozostały świat nie osiągnie zbliżonego statusu i sam zacznie tworzyć etyczne i estetyczne kanony.
Gdzie my w tym wszystkim jesteśmy ? Jak zwykle, poza jednym i drugim. Ciążymy do dekadenckiej Europy czując z nią związek kulturowy, a ekonomicznie nie weszliśmy jeszcze w najbardziej korzystny okres środkowy. Czy idąc w kierunku schyłku nie podcinamy sobie skrzydeł ? Ale do wschodu nam jeszcze dalej. Nigdy chyba nie byliśmy po właściwej stronie, we właściwym miejscu i we właściwym czasie. I na dodatek - nigdy z przodu, zawsze z tyłu.