wtorek, 7 lutego 2012

małe prywatne co nieco

Dzisiaj koleżanka napomknęła, że będzie musiała   do 63 roku życia ja - do  64. Bo wszystko przez te rządowe pomysły.  Szczerze mówiąc mnie to przesadnie  nie martwi. Skoro mam żyć przynajmniej do 80-tki,  a jestem uzależniona od pracy.... Jeden tylko problem - muszę swoje stare kości do kupy pozbierać bo przez jeszcze trzydzieści lat złazić z łóżka na czworakach to masakra. To kokieteria....oczywiście.  Pracuję  w fantastycznym miejscu, spotykam fantastycznych ludzi, z fajnymi ludźmi pracuję, co rusz robię co innego więc w rutynę popaść ciężko. Żeby nie było tak sielsko - gównianie zarabiam.  Coś za coś... No wiec dorabiam  na zlecenia i ta robota jest równie fantastyczna ( zmienna i ruchliwa ) i - mimo  upływu lat - nigdy mi się nie znudziła.  Szczęściara ze mnie.
Niemniej odczuwam i wkurza mnie spychanie mojego pokolenia do lamusa. Wyczuwalne w mediach, a zwłaszcza w telewizji zawojowanej przez pokolenie 30 - 40.  Nie mam  kompleksów, ale coraz mocniej czuję, że dla nich  człowiek 50+ to dinozaur.  Jak więc mam pozytywnie reagować na propozycję wydłużenia wieku emerytalnego ?

niedziela, 5 lutego 2012

Dom nr 189

Zdjęcie archiwalne jest dość niewyraźne, bo to  niewielki fragment zeskanowanej pocztówki. Pokazuję układ domów. To z tyłu - to stajnia z płaskim dachem. Obecnie w tym miejscu znajduje się firma produkująca rzeczy elektryczne oraz hurtownia  tychże czyli PURIS., zaś w domu mieszka kilka rodzin oraz znajduje się gabinet weterynaryjny.

Przed wojną był to dom rodziny Lienig, która przez kilka lat zarządzała  karczmą sądową. Praprzodek rodziny przywędrował na Śląsk z Palatynatu zwanego i dziś  niemiecką Toskanią, zaś pierwszym znanym na naszych terenach jest piwowar Christian Gottheld Lienig  urodzony w 1797 r. w Dębowym Gaju koło Lwówka Śl. (zm. 1875 w Jeżowie)   - dzierżawca browaru w Nostitz i przynależnej do niego gospody piwnej w Sobocie koło Lwówka Śląskiego.   Gazeta lwówecka w 1860 r. chwaliła doskonałe trunki Lienga oraz mocne piwo warzone w jego browarze a serwowane w  gospodzie.  
Christian Gottheld Lienig ożenił się  z Beate z domu Haymann i spłodził kilkoro dzieci,  między innymi  urodzonego w 1833 r.  w Sobocie Theodora Heinricha Lieniga. - znanego stąd, że  ożenił się z pasierbicą właścicieli karczmy sądowej i w ten sposób wszedł w jej posiadanie.  Po wygaśnięciu dzierżawy  w Sobocie rodzina Lienig przeniosła się do Jeżowa, gdzie Christian  Gottheld  na przełomie lat 1870/1871 wybudował dom przedstawiony na  zdjęciach.
Kolosalny, dwukondygnacyjny budynek z użytkowym poddaszem i strychem, nakryty jest dwuspadowym dachem. Na parterze mieściły się trzy pokoje, spiżarnia, schody do piwnicy i wielki korytarz oraz pomieszczenie do pieczenia chleba, które później przerobione zostało na odrębne mieszkanie.  Na piętrze - kuchnia i sześć pokoi, na poddaszu dwa pokoje sczytowe, każdy z dwoma  aneksami pod skosem, zaś na strychu -  spichlerz. Wokół domu znajdował się niewielki ogródek z drewnianą altanką, z tyłu, od pn. - sad owocowy ze stawem hodowlanym o średnicy 12 m. Stajnie, zbudowane w1907 r. - znajdowały się w budynku na pn.wsch. od domu: dwukondygnacyjnym, nakrytym płaskim, smołowanym dachem. Na pn. od nich - drewniana , jednoprzejazdowa stodoła z małym pomieszczeniem na garaż.  Stary Gottheld i jego żona pochowani zostali na cmentarzu ewangelickim w Jeżowie.
 W międzyczasie karczmą sądową zarządzał ich syn  - Theodor  Heinrich, który zmarł dosyć wcześnie bo w wieku 46 lat. (1879).  Wdowa wyszła po raz drugi za mąż, po czym ponownie  owdowiała   i  w 1903 przeniosła się do domu nr 189, gdzie zamieszkała na pierwszym piętrze. Karczmę przejął jej syn - Willi Karl Theodor Lienig z żoną - Minną z domu Landeck. Willi (1865 - 1934) skończył powszechną szkołę w Jeżowie, potem średnią  prywatną szkołę z internatem w Jeleniej Górze, następnie został podopiecznym admirała Dirksena w ziemskim majątku Pilegrzymka koło Złotoryi.  Dygresja 1. Powróciwszy do domu pomagał matce w karczmie.  Ożenił się i urodziła im się pierwsza czwórka dzieci: Hildegarda, Hertha, Albert  i Johanna.   Kolejne dzieci: Margrete, Martha i Erich urodziły się już w domu rodzinnym.  Rodzina gospodarowała na 8,5 ha ziemi, rozciągającej się od granic posesji po cmentarz ewangelicki. I, jak widać, można było z tego żyć.   W czasie I wojny w domu zakwaterowano  starszych strzelców 5 rowerowego batalionu rezerwowego,  wśród nich Bruno Neydrowskiego, późniejszego męża Herthy  Lienig.
 A po wojnie skończyły się dobre czasy, zaczęła się inflacja. W wyniku zarządzonej przez państwo rewaloryzacji hipotek i wkładów oszczędnościowych rodzina  straciła 23000 marek w złocie.  Wypłacane dzieciom aktywa z książeczek oszczędnościowych były bezwartościowe, podobnie jak  pożyczka wojenna. Z majątku o wartości 5 mln. marek zostało 1250 marek.  Potem zahamowanie inflacji, wymiana waluty: bilion marek wart był 1 markę rentierską, dla obrony nowej waluty państwo wprowadziło rentierskie hipoteki od gospodarstw rolnych - cokolwiek to znaczy.   ( i pomyśleć, że to wszystko działo się wiek po zniesieniu pańszczyzny. Kim byli ci ludzie,  z czego żyli w tej bardzo bogatej wsi ? Z rolnictwa ? ) A mimo wszystko, mimo kryzysu  dzieci Lenigów uczyły się gry na fortepianie. Lekcji udzielał im Richard Baumert, który wraz z żoną  wynajmował u nich mieszkanie.  Po wojnie Baumertowie przeprowadzili się  do willi Dittricha w Jeżowie Dolnym zaś na ich miejsce przyszła rodzina Ansorge: Richard - przedsiębiorca przewozowy i Selma z domu Neubert z majątku Neubery w Jeżowie Górnym. Póżniej lokatorami była rodzina Heinricha Paula.
W czasie II wojny światowej w domu mieszkały cztery siostry Lienig z mężami walczącymi na froncie:   Martha - żona Ericha Opitza kierownika oddziału fabryki amunicji w Piechowicach zatrudniającej jeńców wojennych i przymusowych robotników, Margarete - żona Otto Pochsteina, kapitana lotnictwa ( dostał się  niewoli w Czechodsłowacji ,  został przekazany Rosjanom, wywieziony na Sybir, skad wrócił do Niemiec w 1949 r.), Hertha  żona Bruno Neydrowskiego - pracownika poczty,  oraz Johanna zona Artura Ulke,  a także  ich czterynieletnie  córki. Gospodarstwo pomagali prowazdić sąsiedzi oraz francuski jeniec. W 1942 roku zmarła ich matka - Minna, która została pochowana w rodzinnym grobie na cmentarzu ewangelickim. W obliczu końca wojny, wobec pojawiających się coraz częściej pogłosek o wkroczeniu Rosjan, siostry opuściły dom i udały się do szwagra, do Piechowic.   Dom w Jeżowie, pod nieobecność właścicieli, został splądrowany. Panie wróciły do niego  na krótko, w  czerwcu 1946 r. opuściły - teraz już - Polskę.

 Dygresja 1.  Snuję  to na bazie opowieści Bruno Neydrowskiego, nie dosyć dokładnej,. Nie wiem więc o którego Dirksena chodzi. Czy o  tejnego radcę   niemieckiego MSZ Wilbalda von Dirksena,wcześniejszego zimemianina i kapitana konnej policji  ?  który kupił Grodziec w 1899 r. ? Bo chyba nie o jego  o jego syna  .Herberta.   Ani jeden ani drugi nie był admirałem.  I czy Pielgrzymka należała do majątku Grodziec ? Sporo  grzebania:))

Tartak i stolarnia Winklera czyli obecnie dom przy ul. Długiej nr 32


Budynek stoi przy ul. Długiej, na wprost wylotu  Dworcowej, obok obecnej poczty.  251 a  - to pierwotny jego numer a ja jeszcze nie rozgryzłam niemieckiej numeracji we wsi. Wzniesiony został   w 1912 r. przez Wilhelma Winklera, początkowo jako budynek mieszkalny ze stolarnią, w latach 30-tych w całości adaptowany na cele mieszkalne. Dwukondygnacyjny korpus mieszkalny nakryty naczółkowym dachem z rzędem drewnianych lukarn  na pn. połaci. Skrzydło prostopadłej stolarni - z szerokim oknem  w fasadzie - parterowe z użytkowym poddaszem  - w obrębie strychu i przeprutej okienkami ściany kolankowej - nakryte wysokim dachem naczółkowym  o kalenicy na wysokości kalenicy dachu korpusu. Stylowo ? Typowe budownictwo śląskie, z charakterystycznymi na ziemiach zachodnich około 1910 roku,  wysokimi, wąskimi oknami zamkniętymi łukiem koszowym.  Szczerze mówiąc nie wiem czy może stolarnia właśnie nie mieściła się na parterze korpusu, po przebudowach zmiany są nieczytelne. Obecny układ wnętrz oraz elewacje są wynikiem przebudowy przed i powojennej.

Wilhelm Winkler.  Urodził się w Jeżowie nr 54, w dniu  4 września 1865 r., w domu rodziców: stolarza Augusta Winklera i jego żony Marie z domu  Löhr, jako najstarszy z siódemki rodzeństwa.  Fachu uczył się u ojca, po którego dość wczesnej śmierci, wraz z matką dzielił opiekę nad młodszym rodzeństwem.  Gdy młodsi odeszli na swoje, matka ponownie wyszła za mąż  - za tkacza i handlarza lnem Wilhelma Schrötera z Jeżowa nr 80 - Wilhelm objął schedę po ojcu - stolarnię  i ożenił się z Anną Raschke (córka rolnika z Jeżówa nr 104), płodząc z nią pięcioro dzieci.  Pracowity i sumienny szybko się bogacił i - jak to bywa z majętnymi  - inwestował. Gdy nadarzyła się okazja, kupił od  Reinharda Friedricha kawał ziemi i zbudował tartak. Obok tartaku zbudował dom ze stolarnią - czyli ów budynek ob. Długa 32.
W stolarni pracował z trzema swoimi synami: Herbertem, Georgem i Richardem,  szkolił uczniów, miał pomocników. Rozrastający się zakład otrzymał nazwę "Wilhelm Walter & synowie. Stolarnia, tartak i handel drewnem".  Po pożarze w sąsiedztwie, który miał miejsce w latach 20-tych XX w., kupił pogorzelisko i zbudował dwurodzinny dom. Zmarł na zawał w 1932 r., wcześniej, w 1928 r., pochowawszy żonę.  Synowie jeszcze przez dwa lata prowadzili firmę wspólnie, potem sprawiedliwie podzielili się majątkiem. Herbert otrzymał tartak z domem, stolarnię - Georg, który  po kilku latach odstąpił stolarnię Herbertowi a sam  wybudował nową - na ziemi swojej żony - Idy Hensing, również w Jeżowie. Richard  odziedziczył domek dwurodzinny.- nie jestem pewna czy to nie ten mały domek obok - , ob. nr 34; ale równie dobrze może to być coś co już teraz nie istnieje. Podobnie jak tartak, na którego miejscu powstała po wojnie jeżowska piekarnia.
Otrzymawszy drugą część budynku Herbert przebudował stolarnię na cele mieszkalne, zaś  tartak i handel drewnem prowadził do czerwca 1946 r. Po wojnie osiadł  w Peine, koło Hannoweru. W jego domu, od  1946 roku mieszka kilka rodzin. Nie wiem czy  jest budynkiem komunalnym czy wspólnotą mieszkaniową. W każdym razie remont na pewno by mu się przydał.

czwartek, 19 stycznia 2012

Kawałek starej Polski na Dolnym Śląsku

Odwiedzili nas ostatnio interesujący i sympatyczni panowie z odległych polskich rubieży. Mirek Kuklik - z Muzeum Ziemi Puckiej - na zdjęciu w środku, Wojtek Szatkowski - z Muzuem Tatrzańskiego w Zakopanem - z prawej. Są twórcami wielce interesującej wystawy "Mariusz Zaruski. - człowiek dwóch żywiołów". Był jeszcze dyrektor Muzeum Oręża Wojska Polskiego w Kołobrzegu - Paweł Pawłowski - przez zupełny przypadek - na feriach z rodziną. No i oczywiście - jako gość i kwiatek w tym męskim gronie - nasza szefowa - Gabriela Zawiła z Muzeum Karkonoskiego.






































Gości było całkiem sporo, wśród nich: sporo osób z chóru "Porębianie" wraz opanem Stanisławem Leszczawskim, ludzie z GOPR (trudno się dziwić), Jacek Skowron w stroju narciarza sprzed wieku, Grzegorz Sadowski z AWF Warszawa, autor podręczników o narciarstwie biegowym. http://www.cos.pl/sw/1012_07/42.pdf .

Opowieści o Zaruskim snuli: Mirek Kuklik i Wojtek Szatkowski, zaprezentowany został film o bohaterze wystawy, chór pośpiewał ...szanty... w naszych Górach Izerskich. Było ciepło i smacznie.

A teraz zapraszamy na wystawę i muzealne lekcje: o Zaruskim i historię narciarstwa.

piątek, 6 stycznia 2012

Etos. A propos ...

Etos muzealnika - zbiór wzorców kulturowych (ideałów) charaterystycznych dla pracownika muzeum najlepiej tłumaczy Kodeks etyki ICOM dla muzeów określający minimalny standard jaki powinny przestrzegać muzea, osoby w nich zatrudnione i instytucje je organizujące.
Warto przeczytać. ( http://icom.museum/fileadmin/user_upload/pdf/Codes/poland.pdf )

Ciekawe jak daleko rzeczywistość odeszła od tego dokumentu, pięknego, szlachetnego, aczkolwiek określającego zaledwie minimum. I ciekawe jest to, że ten odwrót dotyczy instytucji za muzea odpowiedzialnych, nie pracowników. Bo ci, w większości zupełnie naturalnie realizują pełen zakres wzorców odnotowanych w kodeksie zachowań. ( niżej wpodsumowanie badań i ankiet wykonanych chyba w 2000 roku.)
… Specyficzne warunki pracy, ciągły stan niedoinwestowania muzeów, niska motywacja finansowa, a przy tym obcowanie z dziełami sztuki (...….) wytworzyły pewien charakterystyczny typ pracownika muzeum. Jest zazwyczaj znawcą, częstokroć ekspertem o renomie międzynarodowej w swojej specjalności. Odznacza się rzetelną wiedzą merytoryczną i kompetencją, wysokim poczuciem odpowiedzialności za wykonywaną pracę, ściśle przestrzega norm i wartości etycznych określonych w kodeksie Międzynarodowej Rady Muzeów (..) Nie prowadzi działań mogących powodować konflikt interesów z zatrudniającym go muzeum (art. 34 ustawy o muzeach). Jest silnie emocjonalnie związany z eksponatami powierzonymi jego opiece i głęboko identyfikuje się z działalnością muzeum. (…). Jest odporny na zewnętrzne negatywne uwarunkowania przeszkadzające w jego działalności, często poświęca własny czas i pieniądze na rzecz działań muzealnych, nie oczekując rekompensaty.
Zbliża się trzydziestolecie mojej pracy muzealnej i , mam prawo - jak sadzę, zdefiniować różnice między ideą a rzeczywistością. Rzeczywistością muzeum prowincjonalnego – bo to zupełnie inna para kaloszy niż instytucje narodowe. Studiując dogłębnie ów kodeks, porównując ze znaną mi rzeczywistością werbalizuję jedyny wniosek: kodeks dotyczy pracowników, instytucje odpowiedzialne za muzea dawno umyły ręce. Czy to jest fair ?

czwartek, 29 grudnia 2011

rozumiem a nawet doceniam ale nie przepadam

Nie lubię przelewania pustego w próżne, kunsztownego owijania w bawełnę, autoreklamy, kryptoreklamy, wszelkiej reklamy, tego wszystkiego z czego pozostaje - po wyciśnięciu - jedno małe konkretne zdanie. Choć... wiem, tak trzeba - taki wniosek się rodzi w efekcie oglądania świata.
Byliśmy dzisiaj na spotkaniu w wielkim świecie - czyli zanurzyliśmy się w zieleń kolosalnych roślin i ratan wygodnych mebli na patio hotelu Bornit - spotkanie z ambasadorostwem RP w Berlinie. Pani ambasadorowa była już u nas w styczniu br., potem w czerwcu z wycieczką, zachwyciła się zjawiskiem kolonii artystycznych i zapragnęła w tym zakresie podziałać. Co zaszczepiła małżonkowi i teraz ten - jako swoisty adwokat lobbuje na rzecz koloni w Worpswede.
Czymże jest kolonia artystów - pisze o tym wielu, bo jakby renesans nastąpił. Dla mnie kolonia to rodzaj subkultury, artystycznej subkultury, jak każda subkultura wyrosłej z buntu przeciw współczesnej jej cywilizacji ( degradującej znaczenie jednostki i unifikującej społeczność), szukającej alternatywnego sposobu na życie.
Worpswede koło Bremy, najważniejsza w Niemczech, wyrosła z malarzy zapatrzonych w Barbizon w poł. 60-tych lat XIX w. Wśród założycieli był Otto Modersohn (mąż Pauli Becker, poślubionej w czasie słynnego potrójnego ślubu trzech artystycznych par) ale głównym ideowcem został Reiner Maria Rilke, który znalazł się tu po powrocie z Rosji i w 1903 r. wydał książeczkę uznaną za manifest programowy kolonii. "Życie jest formą sztuki a twórczość stanowiąca rezultat przeżycia duchowego jest najwyższym stopniem uduchowienia". Heinrich Vogeler, malarz i poeta, malarze Fritz Mackensen, Otto Ubbelohde, Fritz Overbeck ... odnosili się do natury rozumianej jako Heimat, rodzimości kształtującej nowego doskonałego człowieka o wyrazistej indywidualności. Heimatkunst była ruchem, który szukał zdrowego świata w życiu prostych ludzi. Nasze Bronowice, fascynacja huculszczyzną. Tyle, że u nich szło w skrajny nacjonalizm a u nas zwyczajnie przestało być modne. Niebezpieczna jest nadmierna ideowość...
No i zboczyłam z tematu i wrócić nie umiem.
Spotkanie dotyczyło konkretnej współpracy Szklarska - Worpswede. Oni szukają partnera, my też. I po co było tyle gadać ? Choć bardzo miło było.

piątek, 16 grudnia 2011

mietiel czyli dzisiejsza pogoda

















Dawno nie byliśmy na blogu bo u nas zima pełną gębą. Dzisiaj zamieć i zawieja śnieżna. W Szklarskiej znaczy Porębie, bo w Kotlinie - pełnowymiarowa jesień. Zasypało nas całkiem na bialo, huczy wiatr, skrzypią drzewa, świat jęczy. W muzeum ciepło, przytulnie, kot śpi na parapecie między oknem a drukarką. Po wczorajszym rejwachu dzisiaj zimowa cisza. Fajnie jest. Dziewczyny już wyciągnęły bombki, będzie świątecznie. A turystów ani za grosz...