piątek, 19 marca 2021

egermann

 przerzucone z fb, mojego:))

O ile pamiętam, o szkle czarny hyalith kiedyś pisałam, łącznie z opowiastką, jak kupiliśmy kolekcję. Więc dzisiaj lithyaliny – szkła jak kamienie szlachetne. Nadal piszę o czasach gdy artyści szkła szukali nowych technologii, zaskakujących efektów.
Lihyaliny wymyślił Czech Friedrich Egermann (1777–1864). Dziwaczna to postać i fantastyczna. Znalazłam fajną czeską opowieść o jego życiu, którą w skrócie przytaczam, a że nadal długa – to w kawałkach
Matka Egermanna pochodząca z rodziny szklarzy, wyszła za dobrze ustawionego hrabiowskiego urzędnika, który dzieci uważał za niepotrzebną komplikację. Więc gdy młody ujrzał świat, rodzice oddali go biednej ciotce na wychowanie. Od zarania jakieś przekleństwo wisiało nad chłopcem. Rok po urodzinach został porwany: pijani rabusie zabrali go jako zdobycz wojenną (wybuchła wówczas wojna o sukcesję bawarską, zwana „kartoflaną wojną”). Może to był żart, ale dzieciaka odzyskać było dość trudno.
Potem rósł sobie u ciotki, taki nie do końca kochany, a gdy podrósł, zabrał go stryj - proboszcz w Polevsku - do pracy w gospodarstwie i kościele. Surowy, podobno przywiązywał Friedricha do stołu, by nie uciekał. Potem przygarnął go drugi stryj - Anton Kittel, właściciel huty szkła i młody rozpoczął naukę zawodu. Szybko został „malarzem herbów” i przyjęto go do cechu krajaczy, pozłotników i malarzy szkła.

W tamtym czasie był kryzys w przemyśle szklarskim, malał popyt, co rusz jakieś wojny, ceny drewna szły w górę… konserwatywni malarze szkła naśladowali i kopiowali, nic nowego. A Friedrich pragnął wynurzyć się z dotychczasowego życia, coś osiągnąć, udowodnić, że jest kimś więcej niż tylko podrzutkiem. Spakował tobołek i wyruszył w świat. I dotarł do Miśni – porcelanowej twierdzy - sekret produkcji porcelany był jednym z najbardziej strzeżonych sekretów w Europie.
Trudno było się tam dostać. Mimo to Friedrichowi się udało, bo… zrobił z siebie głupca. Wślizgnął się do fabryki porcelany w Albrechtsburgu jako druciarz i zachowywał się, jak niedorajda. „Malować? Ależ gdzie tam, to nie dla mnie, w hucie byłem popychadłem, szklarze bez przerwy mi dokuczali, dlatego uciekłem…” Robił, co trzeba, nosił mistrzom porcelany gorzałkę – i z podglądał techniki i zasady, których strzeżono niczym insygniów koronacyjnych. A było czego się uczyć! Tutejsi mistrzowie malarstwa byli szkoleni przez profesorów malarstwa z drezdeńskiej akademii, mieli najnowocześniejsze narzędzia, przede wszystkim wspaniałe, delikatne pędzle z końskiego włosia. Młodziutki szpieg powoli wnikał w głąb tajemnic przygotowywania farb, produkcji pędzli, technik delikatnego malarstwa oraz wypalania wzorów.

Kiedy wrócił do domu, przez dwa lata uczył się rysunku u M. Fromma z Haidy (od 1948 r. Nový Bor). A potem założył własną pracownię w Polevsku. Wieść o jego talencie i zręczności rozeszła się wkrótce po całym regionie.
W tamtym czasie szczyt popularności osiągnęło białe i mleczne szkło, które wyglądem przypominało porcelanę. A ceny porcelany były wówczas ogromne. Friedrich mistrzowsko naśladował delikatne malarstwo na porcelanie, z czasem udoskonalając je jeszcze bardziej. Doczekał się uznania.
W 1802 r. pokazał swoje pracę w Haidzie na wystawie zorganizowanej na cześć arcyksięcia Karola. Dwa lata później do Haidy przyjechał sam cesarz Franciszek I z małżonką. Na wystawie zakochał się w ogromnej podstawie lampy z mlecznobiałego szkła kunsztownie zdobionego malunkami. Było to szkło Egermanna. Przyszła sława. Chłopak wszedł do świata szklarskiej „arystokracji”. Nawet rękę córki zamożnego przedsiębiorcy-szklarza Benedikta Schürera von Waldheim dostał. Posag żony oraz kontakty teścia otworzyły mu drzwi, obok których do tej pory chodził na palcach
 
Friedrich był w głębi duszy alchemikiem i wynalazcą. W Miśni wzbudził w sobie iskrę, a ta się rozżarzała. Udoskonalił pędzle i malunek, zabrał się za farby. Farby go fascynowały. Szukał. Próbował. Eksperymentował. Też za cenę własnego zdrowia. Kiedyś znalazł szklany kielich z odłamaną nogą, na której były resztki żółtego laserunku. Całkowicie zapomnianego laserunku, którego od dobrych stu lat nikt nie potrafił wykonać. Próbował długo, aż użył srebra. Podczas jednego z doświadczeń doszło do wybuchu tak ogromnego, że siła eksplozji odrzuciła go na ścianę laboratorium. Odniósł poważne obrażenia, liczne poparzenia, całkowicie spalił włosy. Odtąd, do końca życia nosił czarną czapkę, która stała się jego symbolem.
W końcu przyszedł sukces - ponowne odkrycie żółtego laserunku (1818), było wyczynem o światowym znaczeniu
Niedługo po tym otworzył rafinerię szkła w Haidzie i tu skupił się na kolejnych wynalazkach. Było ich niewiarygodnie dużo. Egermann udoskonalił skład szkła mlecznego tak, by wytrzymało wypalanie malunków. Wymyślił „agatowanie” - sposób matowienia szkła, głównie mlecznego. Wynalazła białą emalię perłową , błyszczącą i biskwitową, matową. Potem wymyślił lithyalin - szkło marmurowe przypominające kamienie półszlachetne. A najsłynniejsze odkrycie Friedricha miało dopiero nadejść.
 
W latach 30. odkrył czerwony laserunek. Dziesięć lat walczył z dukatowym złotem, wykonał około pięciu tysięcy próbnych wytopów i nic. Był już bliski załamania, kiedy rozwiązał problem we śnie. We wspomnieniach napisał: „Przed oczyma ukazał mi się napis: ‘tlenek miedzi’. Do tego był wykonany w złocie.
To właśnie było kluczem do największego odkrycia Egermanna. Dwa lata później rozpoczął produkcję czerwonego szkła w swojej rafinerii w Haidzie.
Na świecie właśnie ucichła moda na szkło przezroczyste i rynek spragniony był szkła kolorowego. Tzw. drugie rokoko podyktowało motywy. Egermann był na to gotowy. Jego kolorowe i warstwowe szkło misternie zdobione płaskimi i plastycznymi emaliami w wersji błyszczącej lub matowej, a także metalami szlachetnymi, cieszyło się popularnością na całym świecie. Egermann był u szczytu sławy.
Każdy sukces wzbudza zawiść. Wszyscy już dawno wiedzieli, że Egermann jest tylko jeden i że w badaniach i eksperymentach nikt go nie dogoni, w związku z czym przyszła kolej na mniej wyrafinowane metody. W 1840 r. splądrowano jego atelier w Haidzie. Zniknęły dokumenty z recepturą na czerwone laserunki. Wkrótce w innych częściach Czech, a także w Niemczech, we Francji oraz Ameryce Północnej zaczęło roić się od producentów tego, co Friedrich odkrył nakładem wielkich kosztów i cierpliwości. Bo? – Egermann nie opatentował swojego wynalazku.
Niechciane dziecko, wyrzutek rodziny. Uparty, cierpliwy i kreatywny, człowiek dla którego nie było, że coś się nie uda. Jego życiową ambicją było docierać do sedna spraw. Gdyby urodził się sto pięćdziesiąt lat wcześniej, pewnie szukałby kamienia mędrców. Był wyjątkowy. Otrzymał tytuł C.K. uprzywilejowanego producenta, który uprawniał go do sprzedawania własnych produktów na terenie całej monarchii. Od Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Przemysłu w Czechach otrzymał srebrny, potem złoty medal. W swojej rafinerii zatrudniał ponad dwieście osób, przy rynku w Haidzie miał salon ekspozycyjny, w którym przyjmował wybitnych gości z całego świata. Pozwolono mu nawet wydawać własne banknoty o niewielkim nominale.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz