piątek, 28 lutego 2014
Wysoka Łąka II
Uczulenie na
allicynę (jest w czosnku), obkurczanie dziąseł i obnażanie szyjek zębowych, czerwonawe
zabarwienie zębów i paznokci, zaniki naskórka, czasem szybko rosnące, obfite
owłosienie, ale też paranoja, bezsenność, depresja i światłowstręt - to skrajne objawy ciężkiej porfirii - choroby występującej w wielu odmianach. Przypadki chorobowe stanowiły kanwę opowieści o wampirach. Normą są dokuczliwe bóle brzucha i kończyn, szybkie bicie serce, gorączka a także ciemnoczerwony mocz. Często daje poważne objawy psychiczne więc mylona bywa z chorobą psychiczną. Choroba jest nieuleczalna ale dosyć rzadka, jak poczytacie opowieści chorych - lekarze często nie biorą jej wcale pod uwagę w diagnozie. W Polsce obecnie wiadomo o ok. 700 chorych.
Choroba dotknęła brytyjską rodzinę królewską z dynastii hanowerskiej (Welfów) począwszy od króla Jerzego I - po królową Wiktorię. Na porfirię właśnie chorowała księżna Fedora von Reuss z domu Sachsen - Meiningen, po kądzieli prawnuczka królowej Wiktorii, która mieszkała w Nowym Dworze w Radocinach – Kowarach. Cierpiała niemal całe życie, dwukrotnie podejmowała próby samobójcze, skuteczną - w 1945 roku. Kiedyś na jakimś muzealnym dyżurze trafił mi w ręce wstrząsający artykuł o jej chorobie, sprowokowany pojawieniem się angielskich genetyków, którzy wykonali ekshumację zwłok księżnej, by potwierdzić domniemanie o genetycznym charakterze porfirii w królewskiej rodzinie brytyjskiej. Na zdjęciu księżna na chorą nie wygląda ale to zdjęcie w końcu. W każdym razie jej szczątki ponownie pochowano w 2004 r. w obecności członków rodziny królewskiej. To taka dygresja niekoniecznie a propos. http://www.karkonosze.eu/?site_id=11&art_id=4530 -
Choroba dotknęła brytyjską rodzinę królewską z dynastii hanowerskiej (Welfów) począwszy od króla Jerzego I - po królową Wiktorię. Na porfirię właśnie chorowała księżna Fedora von Reuss z domu Sachsen - Meiningen, po kądzieli prawnuczka królowej Wiktorii, która mieszkała w Nowym Dworze w Radocinach – Kowarach. Cierpiała niemal całe życie, dwukrotnie podejmowała próby samobójcze, skuteczną - w 1945 roku. Kiedyś na jakimś muzealnym dyżurze trafił mi w ręce wstrząsający artykuł o jej chorobie, sprowokowany pojawieniem się angielskich genetyków, którzy wykonali ekshumację zwłok księżnej, by potwierdzić domniemanie o genetycznym charakterze porfirii w królewskiej rodzinie brytyjskiej. Na zdjęciu księżna na chorą nie wygląda ale to zdjęcie w końcu. W każdym razie jej szczątki ponownie pochowano w 2004 r. w obecności członków rodziny królewskiej. To taka dygresja niekoniecznie a propos. http://www.karkonosze.eu/?site_id=11&art_id=4530 -
budynek mieszkalny i szpitalna pralnia |
Czemu o tym piszę ? Ostatnio objeżdżałam Wojków i
kompleks szpitalny Wysoka Łąka i przypomniały mi się rozmaite opowieści z tym,
notabene pięknym, miejscem związane. Tu kilkakrotnie leczyła się Fedora, a może i to samobójstwo tutaj miejsce miało, tu leczył gruźlicę - mieszkając kilka lat w sanatorium - polski grafik Józef Gielniak, którego komplet grafik nasze macierzyste muzeum posiada. Sama też kilkanaście lat temu spędziłam tu dwa tygodnie podejrzana o gruźlicę, która
okazała się przewlekłym zapaleniem oskrzeli.
Kompleks sanatoryjny w Kowarach – Wojkowie powstał na południowym stoku Bukowej Góry w pobliżu wsi Wysoka Łąka, od której wziął nazwę. Teren kupiono od von Reussów oraz od mieszkańców wsi. Projektantem został architekt z Wrocka - Carl Grosser ( muzeum w Jeleniej - niezbyt udany projekt; dom zdrojowy w Świeradowie, hotel Monopol we Wrocku i inne), zaś założenie parkowe obejmujące zagospodarowanie terenu i 15 km tras spacerowych projektował facet od zieleni - Alfred Menzel. Całość zbudowano w latach 1900 - 1902 łącznie z budynkami pomocniczymi. Wszystkie nawiązujące do wysokogórskiej architektury szwajcarskiej. Nieco później wzniesiono sanatorium "Bukowiec", ob. szpital. W poście niżej wrzuciłam fotkę znanego wszystkim budynku szpitala Wysoka Łąka. Tutaj poniżej - widok sprzed fasady a w następnym poście - kilka innych budynków kompleksu. Bogato tu było. Szkoda że teraz tak nie jest i, że np. budynek pralni - do rejestru zabytków wpisany- stopniowo niszczeje. Jak nie można znaleźć gospodarza, to może oddać należy ludziom na własność za przysłowiową złotówkę. Prywatni zadbają zanim wszystko szlag trafi.
czwartek, 27 lutego 2014
i po wernisażu i po promocji
Małgosia Lutowska, Regina Chrześcijańska i Romuald Witczak |
Kalinka, Leszek, Piotrek, no i ja. |
Co jest, że oni tak to potrafią ? nie wiem jak nazwać "to".
poniedziałek, 24 lutego 2014
"opowieści ostateczne"
27 lutego o godzinie 17.00 zapraszamy do Domu Hauptmannów w Szklarskiej Porębie na promocję książki Leszka Różańskiego "Opowieści ostateczne" oraz wernisaż wystawy Kaliny Jaśko - małolaty ilustracjami "zmiękczającej" to wydawnictwo. A także - jak bóg-i-sprzęt pozwoli - na koncercik "Piosenek ostatecznych" Piotra Syposza powstałych jako pendant do książki. Poniżej wrzucam tekst wstępu autorstwa Bereniki Różańskiej, która najlepiej wie co pisze, bo wychowała się w Kopańcu.
"Jest takie miejsce, gdzie przeszłość, i ta historyczna, i ta mityczna,
przenikają fizyczną i realną teraźniejszość, nadając jest
charakterystyczny głęboki smak, jakby znajomy, a jednocześnie obcy,
egzotyczny. Gdzie magia jest niemal tak oczywista jak dojenie krów czy
wilgoć jesiennych poranków. Gdzie historia, wyryta w drzewach, murach,
budynkach, starych flakonach i polach uprawnych uczestniczy aktywnie w
kształtowaniu losów ludzkich. Gdzie mokra ziemia, zapach potu i gdakanie
kury współżyją w tej samej przestrzeni co dylematy religijne, bóle
egzystencjalne i poszukiwania filozoficzne. Gdzie, to co niepoznawalne,
niewytłumaczalne i niewiadome, przeplata się z prozaicznością i potrzebą
racjonalizacji, a przeciwieństwa uzupełniają się i harmonizują. Gdzie
śmierć jest tak samo zwykła, jak i niezwykła, tak samo brudna i
prześmiewcza, jak (nad)naturalna i piękna.
Motyw przemiany, końca, który jest początkiem, zmiany i przyszłości zawsze ukrytej we mgle, których sens nie zawsze nam się odsłania. Tajemnica potrzebuje bowiem przestrzeni.
Motyw tęsknoty, poszukiwania, gotowości, aby odpłynąć z ukochanej Akki, podczas gdy wiatr, który porusza żaglami, przynosi też krzyki ginących, tych winnych i niewinnych.
By współtworzyć ten świat, poprzez pisanie czy też lekturę opowieści, trzeba być częścią tej przestrzeni, trzeba być równocześnie tym katem stojącym po kostki w błocie, tym szklarzem, który parzy sobie ręce, tym listonoszem, któremu oddech zamiera w płucach.
Do tego co najbardziej ulotne mamy dostęp tylko przez to co najbardziej materialne i "prozaiczne". Nasza dusza wyraża się poprzez gesty i mechanizmy ciała. Nasze tęsknoty, pragnienia, smutki, rozterki, pytania, czy nawet poczucie humoru nie zmieniają się tak bardzo z upływem wieków. Zrozumienie tego jest pierwszym krokiem do otwarcia się na to, co nieznane, na fenomen ponad literackiego współodczuwania. Nawet chwilowa identyfikacja z bohaterem opowieści, który być może nie istniał, ale istnieć mógł, oraz ta właśnie realność potencjalności właśnie, ta pełno-krwistość, "człowieczość", czyni tą postać istniejącą w słowach zupełnie prawdziwą, tak samo rzeczywistą jak Ty czy Ja.
Książka, którą macie przed sobą jest bowiem zaproszeniem, uchylonymi drzwiami starego domu, do którego trafia, często przypadkowy, wędrowiec. Po to aby posilić się, posłuchać melancholijnych pieśni czy zabawnych opowieści, czy choćby tylko po to, aby ogrzać ręce przy ogniu, zanim ruszy on z powrotem w zimny, nieprzyjazny, dawno już wytłumaczony i oczywisty świat."
Motyw przemiany, końca, który jest początkiem, zmiany i przyszłości zawsze ukrytej we mgle, których sens nie zawsze nam się odsłania. Tajemnica potrzebuje bowiem przestrzeni.
Motyw tęsknoty, poszukiwania, gotowości, aby odpłynąć z ukochanej Akki, podczas gdy wiatr, który porusza żaglami, przynosi też krzyki ginących, tych winnych i niewinnych.
By współtworzyć ten świat, poprzez pisanie czy też lekturę opowieści, trzeba być częścią tej przestrzeni, trzeba być równocześnie tym katem stojącym po kostki w błocie, tym szklarzem, który parzy sobie ręce, tym listonoszem, któremu oddech zamiera w płucach.
Do tego co najbardziej ulotne mamy dostęp tylko przez to co najbardziej materialne i "prozaiczne". Nasza dusza wyraża się poprzez gesty i mechanizmy ciała. Nasze tęsknoty, pragnienia, smutki, rozterki, pytania, czy nawet poczucie humoru nie zmieniają się tak bardzo z upływem wieków. Zrozumienie tego jest pierwszym krokiem do otwarcia się na to, co nieznane, na fenomen ponad literackiego współodczuwania. Nawet chwilowa identyfikacja z bohaterem opowieści, który być może nie istniał, ale istnieć mógł, oraz ta właśnie realność potencjalności właśnie, ta pełno-krwistość, "człowieczość", czyni tą postać istniejącą w słowach zupełnie prawdziwą, tak samo rzeczywistą jak Ty czy Ja.
Książka, którą macie przed sobą jest bowiem zaproszeniem, uchylonymi drzwiami starego domu, do którego trafia, często przypadkowy, wędrowiec. Po to aby posilić się, posłuchać melancholijnych pieśni czy zabawnych opowieści, czy choćby tylko po to, aby ogrzać ręce przy ogniu, zanim ruszy on z powrotem w zimny, nieprzyjazny, dawno już wytłumaczony i oczywisty świat."
Na bazie opowieści powstał tekst Jarka Szczyżowskiego - bohatera jednego z opowiadań..
http://www.goryizerskie.pl/?file=art&art_id=1260
niedziela, 23 lutego 2014
Wałbrzych Sobięcin - Boguszów Gorce- Kamienna Góra - Kowary- Jelenia Góra
W ślicznym miejscu mieszkam. Trochę mi się kolejność zamieszała, lecz w końcu jakie to ma znaczenie, zwłaszcza dla kogoś np. z Warszawy, co jest pierwsze, co drugie. Pogoda była przepiękna więc jadąc do domu robiłam fotki. Na pierwszej - okolice Czarnego Boru lub Borówna - miejscowości położonych na zach. od Boguszowa-Gorc; dojazd do Boguszowa - poniżej. A jeszcze niżej - dolina kamiennogórska. Na kolejnym zdjęciu zjeżdżam z Przełęczy Kowarskiej - nasza strona gór. Piękna to trasa aczkolwiek jej nie lubię, zwyczajnie jej się boję, zwłaszcza nocą w deszczu i zimą.
no wiosna jest !!!!!
Jedyna możliwa konstatacja po niedzielnym, rowerowym spacerze z psem Bo ze spaceru bazie przywiozłam. Jeżdżę rowerem z powodu kolana, a i Fiolce taka forma ruchu najwyraźniej pasuje, co widać po przedspacerowych emocjach. Obserwuję rzecz dziwną - jak jadę z nią na spacer rowerowy - ona pilnuje mnie - jakby się bała, że sobie krzywdę zrobię. Zatrzymuje się gdy jedzie auto, rusza dopiero gdy auto mnie minie. gdy jeździmy bardziej terenowo - pilotuje mnie na wertepach. Instynkt macierzyński czy co ? Piękna dzisiaj pogoda od samego rano więc i dzień piękny się zapowiada. Prace ogrodowe wczoraj zaczęłam. Cały czas jednak trochę się boję, że może jednak jeszcze pojawi się zima. A ja nie chcę.
poniedziałek, 17 lutego 2014
sobota, 15 lutego 2014
drobna wzmianka o Zawidowie
Nie pierwszy raz byłam w Zawidowie, kilka lat temu robiłam inwentaryzację kościoła parafialnego, pięknego w swej neogotyckiej szacie. Wtedy się zachwyciłam, choć zimno było jak szlag. Z czego miasto słynie ? Z Jakuba Boehmego, który urodził się w pobliskim Starym Zawidowie i raczej ze Zgorzelcem wiązać go należy, bo tam sporo czasu, już jako sława - spędził. Zasłynął z herezji czyli wolnomyślicielstwa. Rzecz działa się na terenie przyjaznym twórczym przemyśleniom, w atmosferze sporów między protestanckimi odłamami - ortodoksyjnymi luteranami a bardziej humanistycznymi zwolennikami Melanchtona. To początki protestantyzmu, który tu od początku rozwijał się bardzo sprawnie. Czemuż Boehme stał się taki sławny ? Nie wiem, nie chce mi się w religijne meandry wnikać, zdaje się cechował się sporą niezależnością sądu, w każdym razie jego ręcznie przepisywaną "Aurorę" czytało sporo ludzi i dzięki tej popularności zyskał łatkę heretyka - już w 1613 r. i został skazany na banicję. Tolerancja najwyraźniej ma swoje granice. Czemu ? Pewnie zbytnia otwartość zagrozić mogła czyjemuś stołkowi. Nie wyjechał, przyrzekł milczenie i siedział cicho około sześć lat. Podróżował wówczas po Śląsku, sławnych ludzi poznawał i w dysputy religijne się z nimi wdawał, studiował pisma mistyka - Mistrza Eckharta i filozofię przyrody, uczył się alchemii, astrologii i kabały. Imponujący zakres.. a zaczynał jako szewc. W wikipedii wyczytałam, że zafascynowany Boehmem Nicolas Cage w 2006 specjalnie dla niego przyjechał do Zgorzelca, gdzie na brzegu rzeki stoi pięknie odremontowa
ny dom Jakuba Boehme.
Pewnie jeszcze popiszę o Zawidowie, bo jeszcze nie skończyłam tam roboty.
odrobina prywaty
Co rano wstaję, zapewne stoję przed lustrem bo przecież zęby myję, ale nie bardzo pamiętam tamtą poranną twarz, więc jaki stąd wniosek ? Zwisa mi. Naprawdę ? A może nie najlepszy stan psychiczny i wszechogarniające poczucie starości i beznadziei polega na tym, że mi się nie chce widzieć, bo musiałabym zauważyć, że powinnam nad sobą trochę popracować by przywrócić się od używalności a nie mam motywacji ? Czyli zwisa mi. Czemuż u diabła traci się motywację na stare lata ? Przez lenistwo wiekiem tłumaczone. Za mało ćwiczę, za mało endorfin. Stąd zastygłe stawy, ociężałość i ogólnie kiepska forma oraz fatalny nastrój. No i całkowity brak flirtu, bo nie ma z kim i.. zastanawiam się "czy wypada". Kiedyś na na wpół oficjalnym spotkaniu flirtowałam z lekka z jakimś czeskim burmistrzem, a obecna przy tym osoba w moim wieku zwróciła mi potem uwagę "no co ty, w naszym wieku nie wypada".
Ostatnio przyjechała do domu Młoda, która od czerwca podbija Wrocław. (matko, kiedy ona zmądrzeje... tylko po co ?). Pojechałam po nią na dworzec i oniemiałam "jaka ona śliczna, a jaka .... wielkomiejska ?" A mówi się, że nie szata zdobi człowieka. Miała na sobie długą bordowa kieckę z rozcięciami do połowy uda, grube bawełniane rajstopy, wielkie buty typu glany, pseudowojskową kurtkę z elementami skóry i arafatką pod szyją oraz nieposkromioną, aż wkurzającą burzę loków. Zjawiskowo na tym jeleniogórskim, szarym dworcu. Dobrze, że nigdy nie narzucałam jest stroju. Tę krzywdę zrobiła mi moja matka i, w odwecie pewnie, do tej pory najlepiej czuję się w ponaciąganych uniformach sugerujących mój nieprzytomny luz. Młoda, po tragicznym okresie landrynkowej lali, wyrobiła się i wygląda.. tak, że mucha nie kuca. Oczywiście przymierzyłam wszystkie jej ciuchy. Te, które na mnie wlazły bo o spodniach jeno marzyc mogę. Ta kiecka jest z lekko przejrzystej dzianiny, więc pod spodem nosi drugą - bawełnianą, czarną mini w typie koszulki na ramiączkach.
Przymierzałam też wielki biało-szary sweter w poziome pasy, który nosi do ogrodniczek oraz ażurowy piękny sweter w kolorze brudnego różu. Wszystko to po 30 zł - wyprzedaż w ZARA. Przymierzałam i od razu czułam się młodsza i w wyglądzie ubyło mi z dziesięć lat.
I tak sobie myślę, że moja starość zaczęła się w momencie kiedy zaczęłam się zastanawiać co w moim wieku wypada, co nie. Czy wypada by starsza ewidentnie pani próbowała tańczyć hip-hop ? Bo mi się strasznie podoba. Czy wypada ciągle chodzić w jednych dżinsach, na dodatek ciągle zestawianych z za dużymi swetrami. Czy wypada w moim wieku być nie do końca uczesanym - bo nawet jak się uczeszę to i tak nie widać. Oglądałyśmy "Marigold hotel" gdy koleżanka wskazała Hinduskę w średnim wieku i rzekła " w pewnym wieku należy się już czesać starannie". (Kaśka ja ci tego nie zapomnę:))))))) i wtedy pomyślałam.. tak już pora się starzeć.
A wczoraj na mózg chyba mi padło, pewnie pod wpływem niedawnej wizyty Młodej. Wróciłam z pracy, wzięłam nożyczki i zaczęłam ciąć. Ostatnio nosiłam długie włosy, dla swojego faceta. Ale coraz częściej myślałam, że jego pozytywne emocje nie rekompensują mi niezadowolenia z fryzury więc jakiś czas temu podcięłam conieco ale ciągle to było nie to. To co zrobiłam wczoraj... muszę iść do fryzjera, niech mi to wszystko wyrówna i choć odrobinę uładzi.
Ale czuję się jak .....młody bóg !!! (choć trochę się wstydzę publicznie pokazywać w tym co mam na głowie, zdjęcie jest w ujęciu bezpiecznym).
Ps. Kobieta w moim wieku winna myśleć o sprawach istotnych i godnych ....
Ale czuję się jak .....młody bóg !!! (choć trochę się wstydzę publicznie pokazywać w tym co mam na głowie, zdjęcie jest w ujęciu bezpiecznym).
Ps. Kobieta w moim wieku winna myśleć o sprawach istotnych i godnych ....
czwartek, 13 lutego 2014
Malarka.
Narzekamy na życie, zły los, pech, dopiero z perspektywy czasu widzimy błahość wielu spraw. Nie wiemy o panice, strachu, bólu, fizycznym czuciu uporczywych tworów umysłu, o obłędzie i matni. Bywa, że boli nas zwykła codzienność i, w sumie, bezbolesność życia.
Od pewnego czasu znowu spotykam się z Malarką, dziewczyną, która przeszła przez piekło, leczy się i modli by nie przyszło nigdy więcej. Patrzę na nią i mam wrażenie, że żyje ostrożnie, jakby w rękach trzymała szkło.
Poznałam ją kilka lat temu. Kiedyś przyszła do mnie do pracy i przez kilka dni robiła ze mną wystawę, sama z siebie, za nic. Potem zniknęła. Kiedyś chciała pogadać, rozmawiałyśmy przez cztery godziny, spałam potem ze dwanaście jak zabita. Znowu zniknęła.
Kiedyś pokazała mi swoje obrazy. Dawne - bardzo sprawne i rokujące oraz aktualne - przerażające, histeryczne, niedokończone, dynamiczne i ciemne. Zniknęła ale tylko na chwilę. Gdy wyjechałam na wakacje przyszła do mnie do pracy. Dostałam telefon, że czeka na mnie i nie odejdzie dopóki się ze mną nie zobaczy. Rozbiła obozowisko pod firmą i czekała.
Po dwóch dniach bezskutecznych perswazji ze strony pracowników (ona jest na wakacjach, daleko, proszę przyjść za tydzień) zdecydowałam się działać. Zadzwoniłam do jej ojca, straży miejskiej i lekarza psychiatry. Przyjechali wszyscy.
- Ona będzie czekać na Panią, nigdzie nie pójdzie, a na pewno nie do domu - ojciec.
- Nie robi nikomu krzywdy, nie stwarza zagrożenia, nie mamy podstaw jej stąd usunąć - bezradność straży wobec procedur.
- Ależ droga pani, ta pani rozmawia ze mną logicznie, odpowiada na wszystkie pytania, jest zdrowa - oburzenie lekarza psychiatry. Szok, że Malarka jest chora widzieli wszyscy.
W tych kilku intensywnych spotkaniach zdążyłam poznać Malarkę na tyle by wiedzę tę wykorzystać i jeden z pracowników wprowadził ją w czyn. Poskutkowało, Malarka zniknęła na, mniej więcej, dwa lata.Od jej babci wiedziałam, że jest w Anglii ale niedokładnie wiadomo gdzie i co robi.
Pojawiła się nagle. Usiadła przy biurku i spoglądała niepewnie. Po tej niepewności wiedziałam, że zaczęła leczenie, że jest w normalnym świecie i boi się reakcji ludzi, którzy boją się jej świata. Którego ona też się boi ale w którym musi żyć. Nie wiedziałam jak z nią rozmawiać, widziała moje spłoszenie. I chciałam wiedzieć, jak to naprawdę jest. Dlaczego zbiła szybę wystawową, czego się boi, czy wtedy wie, że to nie życie tylko imaginacja jej mózgu ?
Z początku mówiła powoli, nie patrząc na mnie, skubała jakąś szmatkę pod stołem.
- Tak, ma schizofrenię, ale już jest dobrze. Bo już wie co jej jest i leczy się. Chciałaby, żebym zrozumiała ale nie zrozumiem. Jak ona coś robi to nie dlatego, że chce, tylko dlatego, że musi. Wtedy nie wie, że to choroba, bo to jej życie, fizyczne, namacalne, okrutne. Ale to wszystko było dawno, nie chce o tym pamiętać. Pamięta, ale nie chce w to wchodzić, bo boi się, że wróci. Teraz leki bierze i tak będzie zawsze i jest bardzo, bardzo lepiej. Żyje, leki mają swoje skutki uboczne, ale woli to niż życie wtedy.
Jak trudne może być życie, nie mamy ani odrobiny pojęcia.
Ja myślałam, że malarstwo to jej obsesja, nałóg, natręctwo. Jedyna forma wyrazu i kontaktu ze światem, siła, najpilniejsza potrzeba, równocześnie odskocznia i coś przez co można zdefiniować matnię, w której żyje. Prostaczka ze mnie, skoro nie doceniłam jej sztuki i jej autonomii.
Malarka maluje pejzaż i martwą naturę. Malarstwo to dla niej czysto formalna zabawa, gra, ona lubi stawiane zadania, nie traktuje sztuki jako formy wypowiedzi duszy. Maluje za pomocą trzech kolorów podstawowych, które miesza tworząc feerie barwne. Terapeuta z jej obrazu uzyska jedynie informację o aktualnym nastroju, nic więcej. Teraz trochę żałuje, że tak mało czasu poświęciła muzyce, nie wie, czy odrobi zaległości. I wiersze pisze. Życie ? Najpiękniejsze wspomnienia ? Gdy opiekowała się młodszą o 16 lat siostrą, maleńkim oseskiem, z którym zostawała na długie godziny, gdy mama szła do pracy. Sama nie może mieć dzieci, to byłby potworny egoizm. Jej facet też jest chory, poznali się na terapii, ale jemu tak dobrze leków nie udało się dobrać.
Od najmłodszych lat trenowała narciarstwo zjazdowe i to była jej pasja, która skończyła się trwałym uszkodzeniem kolana. Wówczas ciotka malarka zasugerowała jej licem plastyczne. Poszła na egzamin nieprzygotowana, o malowaniu specjalnego pojęcia nie miała, jedynie potencjał. Bez problemu dostała się do liceum, potem na ASP. Lubi malować, lubi wyzwania, z wielkiej przestrzennej kompozycji ustawianej przez profesora zawsze wybierała sobie najbardziej zajmujący element, który obrabiała na wiele sposobów. W szkole pracowała dużo, była przewodniczącą klasy. Na studiach zaczęli ją śledzić, nachodzić, kazali jej robić różne rzeczy. Kto ? Oni. Pamięta ale nie chce do tego wracać, to zbyt trudne, kurczowo trzyma się zdrowia, boi się, że choroba wróci, cieszy się, że jest nazwana po imieniu.
Tak sobie myślę, jak bardzo bywamy zadufani w sobie.....
Subskrybuj:
Posty (Atom)