Po spotkaniu z demonami wszystko było łatwiejsze - fakt, że pociągu na północ akurat nie było (a może był, ale nie udało nam się go znaleźć w zakamarkach dworca) ale znaleźliśmy za to autobus do Haridwar. Oczywiście wyjechał z mniej więcej dwugodzinnym opóźnieniem, oczywiście wlókł się niemiłosiernie, ale mimo wszystko podążaliśmy na północ. W Haridwar wylądowaliśmy wieczorem - po siedmiogodzinnym pokonywaniu mniej więcej dwustu kilometrów. Ale od czego jest się przyszłym mistrzem Jedi - Jogi? Przecież nie od tego, żeby się denerwować powolną podróżą, prawda?
Zdaje się, że Blacha i Wełna chcą uprzyjemnić mi podróż i tej nocy znów mam towarzystwo - tym razem Szwajcarkę, niejaką Heidi z Lucerny. Heidi jest zafascynowana tutejszymi materiałami, kolorami i chce się nauczyć wszystkiego, co związane z barwieniem tkanin, szyciem i ogólnym krawiectwem. Z konieczności - choć zdecydowanie bez entuzjazmu, Heidi dzieli z nami pokój w hotelu Sunita. Trudno mówić o entuzjazmie, skoro do dyspozycji na naszą czwórkę mamy duże co prawda, ale tylko jedno łóżko. To znaczy mnie tam taka sytuacja nie przeszkadza, jestem jeszcze kawalerem i mogę sobie pozwolić na spanie tam, gdzie mnie noc zastanie. Heidi marudzi, walczy w niej solidne i wygodne szwajcarskie nastawienie do rzeczywistości z podróżniczym luzem i koniecznością przystosowania się do warunków.
Nie przestrzegając zasady "Nie sądźcie abyście nie byli sądzeni", jednogłośnie i po polsku stwierdzamy, że Heidi jest dziwna - wydaje się być jedną z co najwyżej czterech przedstawicielek przeczystej Szwajcarii, które chodzą na bosaka i to na dodatek w Azji. Jednak, że jest dziwna uznajemy przede wszystkim dlatego, że przyjechała do Indii drugi raz, po spędzeniu tu wcześniej aż pół roku.
To prawda, nasze przysłowiowe "pierwsze wrażenie" jest piekielnie tendencyjne. Piekielnie to słowo klucz. Demony są wszędzie. Błogosławiony dzień, w którym wstąpiłem do piekła ! Oto prawdziwy test boskiej cierpliwości, szkoła życia, kurs przetrwania. Jeżeli tutaj nie nauczę się tych przydatnych cnót, to nigdzie indziej mi się to z pewnością nie uda.
Strzeż się, Jeden Miliardzie Hindusów, nadchodzę ! Idzie też Blacha z żoną ! Demony i anioły - kto jest kto ? I gdzie w tym wszystkim człowieczeństwo ? Ech, na filozofię mi się zebrało. Podróże kształcą. Podróże męczą. Warto by się wreszcie wyspać. Heidi, przestań chrapać!
Dzień Przygotowań.
"Wegetarianie są wszystkiemu winni: gdyby Adam i Ewa nie zjedli jabłka, siedzielibyśmy do tej pory w raju" - Peter Ustinow (aktor, dramaturg i reżyser brytyjski, znany wszem i wobec z powodu popkultury)
Jednego dnia budzę się u boku Meksykanki, drugiego u boku Szwajcarki. Obywatel świata, żeby nie rzec człowiek renesansu.
Haridwar jest generalnie niemal tak samo tłoczny i hałaśliwy jak Delhi. Zresztą na dobrą sprawę, to po wyjeździe ze stolicy ani na chwilę nie zniknęła nam z oczu przydrożna cywilizacja, więc nie wiadomo, w którym momencie skończyło się Delhi a zaczęło coś innego. A może Delhi nigdy się nie kończy ? Są takie przypadki... Cóż, Jeden Miliard Hindusów to nie przelewki.
A propos przelewek: śniadanie w South Indian Fast Food. Prawdopodobnie Hindusi myślą, że miano Fast Food kojarzy się wszelakiej maści Białasom ze wszech miar pozytywnie. Hm, nas przyciągnęli - po spacerze po zatłoczonej uliczce i zaglądaniu do różnych jadłodajni ta wydała się najczystsza - choć pewnie pracownik Sanepidu umarłby na zawał połączony z nagłym atakiem galopującej grzybicy. Oczywiście tylko szeregowy i nowo przyjęty pracownik Sanepidu, bo starzy, nomen omen - wyjadacze, z niejednej kadzi w niejednej polskiej mleczarni twaróg wyjadali za tłustych czasów przed - unijnych. Gołymi rękami i w buciorach zresztą. Wracając z okolic Dygresji do Haridwar (a właściwie nigdzie nie wracając, bo przecież ciągle tam jesteśmy) - zamawiamy chlebki ciapati, dhal - czyli gęstą, sosopodobną zupkę na strączkowych, dziś na soczewicy, no i oczywiście herbatkę, tak zwaną masala czaj, granulowaną czarną z mieszanką przypraw i obowiązkowym mlekiem tudzież równie obowiązkowym cukrem w ilościach zębo - żrących.
Do jedzenia jestem nastawiony z grubsza (mimo, że z grubsza, to na razie chudnę) pozytywnie, tylko Blacha zamęcza mnie swoimi sugestywnie wyrażanymi obawami na temat ameby jako takiej (tu należy dodać, iż jego umiejętności mimiczne, ćwiczone chociażby w amatorskim acz ambitnym kabarecie Turlayberet, są z gatunku wybitnych. Ci, którzy widzieli, wiedzą, że Blacha potrafi wyrażać się bardzo sugestywnie, nawet przy pomocy samego wzroku. Amebę zagrał koncertowo, zwłaszcza nibynóżki. Ci, którzy nie widzieli, będą błogosławieni, jeśli uwierzą). Będąc jeszcze w samolocie, Blacha naczytał się o pasożytach i teraz szpanuje wiedzą ogólną i szczegółową. Przebiera w butelkach przed zakupem wody mineralnej. Ta jakaś słabo zalakowana, ta ma za cienki plastik, w tej zsunęła się etykietka. Ta miseczka brudnawa, ten pan ma za długie paznokcie, w mojej zupie są bakterie. Gdzie ? Na włosach tego pana. A włosy gdzie ? Odpowiedź można mocno zaakcentować: w zupie ! W zupełności wystarczy. No cóż, do pewnego stopnia Blacha ma rację, od pewnego momentu zaczyna lekko przesadzać. Pewien kelner tłumaczył się kiedyś gościowi gdzieś w Polsce, dlaczego bułki są wilgotne: "Jak się w jednej ręce niesie zupę, w drugiej bigos, a bułki pod pachami, to się człowiek ma prawo spocić, prawda ?". No i ja to rozumiem, zresztą sam miałem przyjemność przeżyć epizod pracowania jako kelner w Szkocji. Blacha swoje: ameby to, ameby tamto, mają takie o zębiska, zobacz - Mimo włączonego Systemu Odporności Na Zniechęcanie Do Jedzenia (w japońsko brzmiącym skrócie SONZDoJ) tudzież ssania w okolicach siódmego żołądka ulegam lekkiej sugestii i właśnie z tego powodu z grubsza chudnę. Ale nic to, przeżyjemy ameby wraz z nami, albo i przeciwko nam.
Około 10 jedziemy autobusem do Rishikesh, indyjskiej, a co za tym idzie i światowej stolicy jogi. Mimo, że to aż 24 km, to jedziemy tylko godzinkę (czy ja znów zaczynam być uszczypliwy albo w jakimś stopniu sarkastyczny? Skądże, znajdujemy hotel po oddzielonej od ruchu samochodów wąskim wiszącym mostem stronie czystego jeszcze po spłynięciu z piętrzących się w zasięgu wzroku Himalajów Gangesu. Swarg Aszram czyli dzielnica świrów - w bardzo dowolnym tłumaczeniu. Świrów w pozytywnym tego słowa znaczeniu, po prostu rzuca się tam w oczy indyjska wersja hipisów ekstremalnych: jak dredy, to długości dwóch metrów, jak brody - jeszcze dalej. Odrzucenie wartości materialnych (one rupee please !), podróż w głąb siebie - choć bez zostawiania karteczki, kiedy wrócą. Uduchowienia wypływa przez uszy, w oczach, jak to kraju paradoksów bywa - przygaszony płomień. Świry. Nieszkodliwe, czasami upierdliwe (one rupee please !), czyli jako się rzekło: pozytywne.
W Risikesh przebywali wiosną 1968 członkowie zespołu The Beatles. Brali udział w sesjach treningowych Transcendentalnej Medytacji u mistrza Maharishi Makesh Yogi. Podobno dobrze im to zrobiło. Paul McCartney miał rzec, że jest nowym człowiekiem, George Harrison powiedział: "Jesteśmy Beatlesami, no nie ? Mamy niewyobrażalne pieniądze, sławę. Ale to nie jest miłość, to nie jest zdrowie, to nie jest wewnętrzny spokój, prawda ?". Lennon zażądał osobnego pokoju by uciec od swojej żony Cynthii i prowadził obszerną korespondencję z Yoko Ono. Ringo Starr z żoną wyjechali po około dwóch tygodniach, choć po latach wspominał, że Maharishi dał mu "mantrę, której nikt nie może zabrać i ciągle jej używam". Gdy padła propozycja nakręcenia filmu o Beatlesach w Risikesh z udziałem Maharishi Makesh Yogi, okazało się, że święty człowiek ma księgowego i jest twardym negocjatorem, domagającym się sumy 25% wpływów samych Beatlesów. Inna rzecz, że nie skasował zespołu za pobyt - zapewne był to wydatek marketingowy, zresztą trafiony, bo przecież do dziś mówi się o tej wizycie.
Beatlesi przebywali w Dolinie Świętych, w Międzynarodowej Akademii Medytacji, gdzie, jak na owe czasy, mieli zaprawdę wykwintne warunki bytowania. Duperelki i kafelki, kraniki, dywaniki - ujmując rzecz w dużym acz rymowanym skrócie. W porównaniu do innych aszramów, które poniekąd w definicji miały spartańskie warunki, celebryci zepsutego Zachodu byli goszczeni zdecydowanie luksusowo. W sumie było ich stać, więc czemu nie? Aszram ufundowany przez Amerykankę Doris Duke kosztował 100 tysięcy dolarów, był wyposażony w elektryczność, bieżącą wodę, toalety i meble w stylu angielskim. Był też otoczony drutem kolczastym i a brama wjazdowa była cały czas strzeżona. Podobno sam święty mąż Maharishi był (według cytowanych gdzieś przez kogoś słów Johna Lennona "lubieżnym kobieciarzem" i nawet raz, mimo obowiązkowego w aszramie i w całym Risikesh, wegetarianizmu przemycił pieczonego kurczaka dla pewnej blond pielęgniarki z Kalifornii, a potem oczywiście wykazał się lubieżnym kobieciarstwem w ramach zapłaty. Oaza spokoju i jak zwykle w tamtych okolicach - poezja kontrastów.
Risikesh do dziś przyciąga oryginałów. Nas przyciągnął. I innych świrów. Zaś opodal świrów krowy, w narzuconej miejskiej koegzystencji. Biedne święte zwierzęta chodzące po betonowych chodnikach i pożywiające się czym popadnie. A czym popadnie w erze plastikowych odpadków? Worki foliowe to powolna śmierć nawet dla posiadaczy siedmiu żołądków. (m.in. krów, bawołów i Polaków) Z wyższej kulinarnej półki są stare gazety, plakaty na ścianach, czasami takie rarytasy jak ogryzki czy skórki od bananów. W Rishikesh nie jest jeszcze tak źle, zdaje się, że codziennie rano ktoś przywozi bardziej zielone pożywienie, które serwuje się krowom w wielkich kadziach nad rzeką. Podobno instytucje rządowe prowadzą przytułki dla starych krów. To dlatego, że dla hinduistów krowa jest matką życia.
"Matka krowa" to tytuł eseju Marvina Harrisa z książki "Kowy, świnie, wojny i czarownice". Rzecz godna polecenia ze wszech miar. Profesor Harris wyjaśnia fenomen obszarpanego rolnika umierającego z głodu obok tłustej krowy. To, że ów rolnik nie zabije i nie zje krowy to według wielu komentatorów znak, że " Indiach wartości duchowe cenniejsze są nawet od życia". W indyjskiej konstytucji jest "karta praw krów". W "Matce krowie" pada rozsądnie brzmiące wyjaśnienie, dlaczego ze względów ekonomiczno - społecznych nie warto zabijać krowy, która daje średnio ok. 230 litrów mleka rocznie - czyli niecały litr dziennie (gdy tymczasem na przykład krowy amerykańskie od 3 do 10 tysięcy litrów rocznie). Zafascynowało mnie zdanie: "rolnik mający krowę posiada fabrykę produkującą woł" (tłum. K. Szerer). A wół to odpowiednik traktora. I tak dalej. Esej jak i cała książka świetnie się czyta, dla tych, którzy jednak nie sięgną po polecaną pozycję, a sięgnęli po moją, postaram się przedstawić w skrócie z gatunku obszernych.
Na dobry początek, z rozmysłem i prowokacyjnie dla części rodaków skłonnych do uniesień na tle sakralnym tudzież gotowych w każdej chwili do obrazy własnych uczuć religijnych, warto dorzucić stwierdzenie, które może posłać "Krowy, świnie, wojny i czarownice" na tradycyjne w kulturze Zachodu stosy. Książki to kaloryczne paliwo, a poetyckie porównanie Marii jako matki Boga z krową jako matką życia może sprawić, że prędzej się nim stanie. Okazuje się, że nawet miłujący pokój Hindusi nie są wolni od przemocy - tzw. "kwestia krowia" jest "jedną z głównych przyczyn pogromów i sporów, nie tylko pomiędzy wyznawcami hinduizmu (albo hindusami, pisanymi z małej litery, taka dygresja lingwistyczna) i resztkami społeczności muzułmańskiej, lecz także między partią Kongresu i między ekstremistycznymi frakcjami hinduskich miłośników krów.
Poniekąd w nawiązaniu do polityki - jest jeszcze łajno krowie, które, przy ograniczonych palnych kopalinach typu węgiel, ropa, gaz i postępującej deforestracji Półwyspu, jest po prostu paliwem. Co więcej - lepszym niż inne, choćby do przyrządzania tradycyjnego indyjskiego masła ghee, które należy wytapiać na wolnym ogniu, a takim właśnie pali się suszone krowie łajno. Natomiast po wymieszaniu z wodą łajno staje się doskonałym materiałem budowlanym. Powstałą papką smaruje się podłogę, która po wyschnięciu jest twarda i gładka, dając się świetnie utrzymać w czystości przy pomocy zwykłej ogólnodostępnej miotły. A u nas robi się taki raban z powodu jakichś kafelków...
Stany Zjednoczone, najwięksi konsumenci wołowiny, przeznaczają jakieś trzy czwarte areału ziemi uprawnej na żywienie bydła, nie ludzi. Gdyby takie samo przełożenie zastosować w Indiach - hipotetycznie przynajmniej, gdyby nagle Hindusi przerzucili swoje zainteresowania kulinarne na steki, z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że zapanowałby głód. Zresztą z tym nie jedzeniem krów to nie do końca prawda - w Indiach niskie kasty mają prawo dysponowania martwym bydłem i większość z ok. 20 milionów padłych co roku krów i tak jest zjadana, przez, jak to malowniczo ujął profesor Harris "padlinożernych niedotykalnych".
Ewentualnie, praktyczne podejście do życia i tak w większości przypadków weźmie górę nad pełną niejednokrotnie idiotycznych zakazów i nakazów religią (być może przyjdzie kiedyś czas, gdy uwierzę, że bóg może interesować się naszą dietą i ubiorem) i biedny chłop sprzeda po kryjomu swoją krowę do muzułmańskiej albo chrześcijańskiej rzeźni. Zresztą już dziś indyjscy chłopi opracowali patent na regulację pogłowia bez użycia bezpośredniej przemocy - zakładają cielęciu na szyję trójkątne drewniane jarzmo. Cielę, próbując ssać matkę, uderza je w wymiona, co kończy się zwykle tym, że rozdrażniona krowa zabija swoje dziecko uderzeniem kopyta. Drastyczne? Pewnie, że tak, ale wierzący ma czyste ręce a sprawa nadmiaru pogłowia jest załatwiona. Ze starą krową jest jeszcze łatwiej - wystarczy ją po prostu przywiązać do drzewa i prędzej czy później umrze sama. Ze starości.
Mimo, że hinduizm jako "siła konserwatywna utrudnia ekspertom rozwoju i działaczom modernizującym obalenie starego systemu i zastąpienie go wysokoenergetycznym, przemysłowym i rolniczo - przemysłowym kompleksem" to suma summarum wydajność indyjskiego bydła jest względnie bardzo wysoka - aczkolwiek nie płynie to ze szczególnej produktywności zwierząt, lecz ze skrupulatnego wykorzystania wszystkich produktów przez ludzi. Marnotrawstwem cechują się, według Harrisa, raczej nowoczesne gospodarstwa rolnicze.
Esej kończy się stwierdzeniem: "jeśli macie ochotę zobaczyć prawdziwą świętą krowę, to idźcie popatrzeć na samochód ". Ha, samochód rodzinny. Harris wydał swoją książkę w 1975 roku, teraz pisałby o całym familijnym parku maszynowym (z uwzględnieniem quada na komunię synka i odprężającego motoru taty) albo rodzinnej flocie samochodowej.
Samochodów nie ma w Swarg Aszram. Za to w uszach aż brzęczy błogosławiona cisza. Motoryzacja w Indiach, jak zresztą w wielu krajach azjatyckich, opiera się głównie na dużej mocy klaksonów. Przypuszczam, że indyjscy inżynierowie produkujący moto - riksze i samochody najbardziej popularnej indyjskiej marki Tata skonstruowali unikatowy układ, w związku z czym klakson ma jakieś bezpośrednie połączenie z gaźnikiem i przerwanie trąbienia powoduje zgaśnięcie silnika. A przecież żaden kierowca nie chce, żeby gasł mu samochód, prawda ? Prawda. W związku z tym obserwuję u siebie szybko postępujące objawy głuchnięcia a także narastającą chęć trąbienia w uszy przejeżdżających obok. Niestety, nie posiadam oprogramowania, by nie rzec: przyrządu. Za to mam otwór gębowy i proponującemu mi (jeszcze po zmotoryzowanej stronie) w wyrafinowany sposób swoje usługi taksówkarzowi - przedstawił mi swoją ofertę na ucho, z odpowiednią pytającą intonacją z pełną mocą strun głosowych, ze swadą sierżanta, w trzech prostych, żołnierskich słowach "taxi, taxi, taxi !!??" odpowiadam ćwiczonym tenorem prosto w jego organ słuchu: "Nieeeeeee !!!!".
Po raz kolejny udowadniam wyższość przepony nad płucami w kwestii emisji głosu, ale tytuł mistrza Jedi - Jogi odsuwa się znów w jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość, ewentualnie w niebyt. Albo w jego okolice - nie wiem, nie byłem. Gdybym był politykiem, to bym chętnie skomentował miejsce, w którym nie byłem, ale nie jestem. Za to znów jestem cyniczny.
Swarg Aszram w Rishikesh sprzyja powrotowi do wszechmocnej spokojności. Nie ma aut, za to jest parada świrów, krów, żebraków, turystów, handlarzy i innych elementów wzbogacających koloryt lokalny. Co z tego, skoro rzeczeni handlarze nie mają kartuszy z gazem do naszych maszynek - a nie mogliśmy ich przewieźć z Polski samolotami, bo spece od bezpieczeństwa w powietrzu mawiają żartobliwie, że takie butle w luku bagażowym albo nawet na pokładzie to bombowy pomysł. My mamy dwa modele maszynek, do wyboru, tudzież głębokie przekonanie, że gdzie jak gdzie, ale w Indiach, kraju Jednego Miliarda Hindusów, u stóp Himalajów, gaz musi być, z gwintem lub bez. Gaz będzie nam potrzebny w górach - żeby ostro gazować po ścieżkach i potem wieczorem i rano dawać w gaz w celu uzyskania ciepłej wody na przysłowiową góralską herbatkę. Aby zatem nabyć ów drogą kupna udajemy się gremialnie do centrum handlowego. Nie, nie, to nie wygląda tak, jak myślicie na pierwszy rzut wyobraźni. Idziemy na bazar. Znaczy na brudną, śmierdzącą, hałaśliwą i ogromną plątaninę uliczek pełną sklepików oferujących wszystko. Wszystko oprócz butli gazowych pasujących do naszych maszynek. Z gwintem lub bez.
Mądry Polak po. Trzeba było kupić porządną maszynkę na benzynę w Europie. A nie takie złote Ufo na ropę, jakie udało nam się znaleźć.
Patrząc na to z drugiej strony, bardziej okiem mistrza Jedi - Jogi i nieco inaczej intonując wypowiedź: udało nam się znaleźć złote Ufo na ropę, teraz wystarczy jedynie robić wszystko, żeby tylko nie musieć gotować na nim wody. Kupujemy kanisterek, kupujemy ropę, kupujemy trochę suchego jedzenia i wracamy do hotelu. Zakupy to przyjemność. Ironia to konieczność.
A teraz będzie wstawka z przyszłości, umożliwiona przez różnice w czasie pisania i wydawania książki. Oto trzy lata później, podczas kolejnego pobytu w Indiach (ileż zdradzam przez ten wtręt!) , nauczony doświadczeniem, przywiozłem ze sobą benzynową maszynkę Szmiel 4 (czyli w poetyckim przekładzie Trzmiel 4), produkcji wiecznie żywego w pamięci wielu Związku Radzieckiego. Na odprawie w Delhi (lot wewnątrz kraju, do Leh w Ladakhu) zostałem grzecznie poproszony o spacer do podziemi lotniska. Pod eskortą, czy może raczej w miłym towarzystwie umundurowanego posiadacza karabinu wszedłem do małego magazynku, gdzie pod czujnym okiem kilku umundurowanych posiadaczy karabinów musiałem tłumaczyć, że ów Trzmiel 4 to nie bomba stworzona przez radzieckich konstruktorów, ale nasza nadzieja na herbatę i zupki w Himalajach. Każdy mój ruch majstrujący przy nie nabitej jeszcze maszynce był śledzony z najwyższą uwagą i wyczuwalnym napięciem.
Świetne doświadczenie dla kolekcjonera wrażeń! A jaka lekcja aktorstwa! Cały czas miałem w głowie kreację niejakiego Rowana Atkinsona, który w którymś ze swoich nieszczególnie porażających głębią przemyśleń filmów wygłupiał się przez ochroną na lotnisku. Popkultura ma na nas ogromny wpływ! choćbyśmy świadomie odrzucali co gorsze jej aspekty, to one lęgną się w nas i kiełkują w najbardziej nieoczekiwanych momentach.
Wytrzymałem bez wygłupów, łatwo nie było.
Ta próba generalna obsługi maszynki do gotowania przydała się potem w Leh, gdzie, chcąc oszczędzić sobie ponownego stresu posądzenia o czynny, być może nawet samobójczy terroryzm podczas lotu powrotnego Leh - Delhi, sprzedałem Trzmiela 4 tybetańskiemu handlarzowi sprzętem turystycznym. Z minimalnym zyskiem nawet, bo w Ladakhu ciągle mają zanikający już u nas szacunek do radzieckiej myśli technicznej. Musiałem tylko odegrać show z podpalaniem i regulowaniem płomienia, a nie było to łatwe, bo robiłem to po raz pierwszy i ostatni. Okazało się, że w Ladakhu są już maszynki na gaz i nie musiałem używać socjalistycznej bomby. Za to tybetański handlarz cieszył się jak dziecko, bo radziecki sprzęt robił naprawdę świetne wrażenie - zwłaszcza na tle lokalnych wynalazków.
Tyle wtrętu z przyszłości. Balszaja tiechnika, tak sobie skakać po czasoprzestrzeni, nieprawdaż?
Wracamy do Riszikesz tu i teraz albo tam i wtedy. Po całym dniu przeciskania się między rikszami, świrami i krowami należy się relaks. Idziemy do restauracji, takiej bardziej eleganckiej, takiej z menu (nie z MEN-u, broń Boże! Nie mieszajmy w to Ministerstwa Edukacji Narodowej!). Siadamy na tarasie z widokiem na Ganges, czekając, aż za chwilę objawią nam się dobre strony wakacji w Indiach. Zamawiamy po thali – to zestaw 6 dań – w tym chlebki ciapati i paratha, ryż basmati (rewelacyjny zaprawdę powiadam wam!), kefir i trzy potrawki warzywne(Rishikesh jako stolica jogi jest miastem w pełni wegetariańskim) w różnych, mniej lub bardziej ostrych sosikach. W przeliczeniu jakieś 3 złote za całość (w cenę wliczone dokładki!) i jeszcze parę groszy za big masala czaj. Żyć, znaczy, żryć, znaczy żreć, nie umierać.
Z brzuchem pełnym pyszności świat wygląda inaczej. Świry i krowy układają się do snu na uliczkach Swarg Aszramu. Gdzieś z oddali ledwo słychać nikłe odgłosy klaksonów. Rishikesh zanurza się w niebiańskim spokoju.
Wieczorem do naszego pokoju w hotelu przychodzi jeszcze bardzo profesjonalnie wyraźnie zmartwiony portier, pytając, dlaczego wyjeżdżamy już jutro. Musimy mu solennie obiecać, że tu jeszcze wrócimy. Nie wiem, czy słucha, bo nagle bardzo zainteresowały go moje pryszcze na plecach - przyjąłem go mianowicie w oficjalnie luźnym stroju wieczorowym. Dotyka i pyta "a co to ?". Może portier to dermatolog - amator, który odkrył właśnie nieznany sobie gatunek ? Popierając naukowe zapędy uśmiecham się mówię, że to pryszcze. Na wszelki wypadek, gdyby na przykład był jeszcze polonistą - pasjonatem, mówię po polsku.
Dużo wrażeń. No to jeszcze kąpiel i wierszyk: