Zbierając materiały do książki o Hofmanie trafiłam na fotografię Ady
Hofman ze skośnoooką dziewczynką, z 58 r. Zdjęcie zrobił Jan Korpal,
który zawiózł wtedy Adę do Płakowic na spotkanie z jej „wychowanką”.
Poznały się w 1955 r. w jeleniogórskim szpitalu, gdzie Ada znalazła
się po wypadku, a dziewczynka została wysłana na leczenie. Mała miała
na imię Ri-Dzą-Dza (pisownia fonetyczna), w pisanych z Płakowic i
później z Korei listach podpisywała się Teresa. Skąd ona w Polsce?
Otóż gdy wybuchała wojna w Korei w 50 r., w państwach socjalistycznych
zarządzono akcję specjalną pod hasłem „Ręce precz od Korei”. Miała to
być pomoc humanitarna, ale głównie akcja propagandowa. W kraju
organizowano masowe wiece i zbiórkę darów. Polska przyjęła też
północnokoreańskie sieroty, które miały zostać wychowane w PRL-u i
zdobyć wykształcenie. Rząd wyasygnował znaczne środki, w mediach było
głośno, „Trybuna Ludu” publikowała artykuły, Kronika Filmowa nakręciła
dokument, Kazimierz Brandys napisał książkę "Dom odzyskanego
dzieciństwa".
Pierwszą grupę 200 koreańskich dzieci, przybyłą w
listopadzie 1951 r., umieszczono w ośrodku wychowawczym w Gołotczyźnie
koło Ciechanowa. Potem przenoszono je do innych miejscowości, głównie do
ośrodków w Otwocku i Świdrze oraz do Płakowic koło Lwówka Śl.. Dzieci
były sierotami doświadczonymi ogromną traumą wojenną, zajmowali się nimi
wszyscy – i pracownicy ośrodka i mieszkańcy.
Ale latem 1953 r.
skończyła się wojna na Półwyspie Koreańskim, a do Płakowic dotarł
kolejny transport 1270 koreańskich dzieci w wieku od 5 do 14 lat. Tym
razem akcja była utajniona. Dzieciaki były w dużo gorszym stanie
fizycznym niż te poprzednie. Miały robaki, liszaje na skórze, grzybicę i
malarię. Prawdopodobnie czas wojny spędziły w Rosji (znały język
rosyjski, były z nimi rosyjskie lekarki), lecz ze względu na stan
zdrowia, nie mogły być odesłane do Korei, przeniesiono je do ośrodka w
Płakowicach. Stąd część z nich została wysłana na leczenie do sanatoriów
i szpitali Dolnego Śląska (Cieplice, Szklarska Poręba i Piechowice). Po
wyzdrowieniu wracały do Płakowic. Część tych dzieci przybyła do
Szklarskiej Poręby późną jesienią. Umieszczono je wówczas w Zakładzie
Wychowawczym przy ul. Sikorskiego, gdzie mieszkali i uczyli się w latach
1954-1957. Średnio 220 osób, gdyż stan liczebny ulegał drobnym zmianom
W 1957 r. Kim Ir Sen nakazał powrót dzieci do ojczyzny, z dnia na
dzień. Wracały stopniowo, a do 1959 r. już wszystkie opuściły Polskę.
Ri-Dzą-Dza była z tego drugiego transportu. Po zakończeniu leczenia w
jeleniogórskim szpitalu wróciła do Płakowic. Jej listy do Ady pochodzą z
1956 i 1959 r. Z Polski dziewczynka wyjechała w końcu sierpnia 1959 r.
W Korei skończyła szkołę felczerską i rozpoczęła studia medyczne w
Namp’o.
Piękną książkę napisała o tej akcji (nie o Adzie i jej
Koreance) dziennikarka Jolanta Krysowata, "Skrzydło anioła. Historia
tajnego ośrodka dla koreańskich sierot".
piątek, 20 grudnia 2019
piątek, 6 grudnia 2019
"Śląskie przypadki" Małgorzaty Lutowskiej
Czemuż nagle piszę o książkach? Ano temu, że przeczytałam obie i na dodatek prowadziłam spotkanie z ich autorami na Targach Książki wczoraj we wrocławskiej Hali Stulecia.
Małgorzata ma już na koncie cztery książki. Od pierwszej "Dla siebie znalezioną ścieżką", za którą w 2003 r. dostała nagrodę Marszałka Dolnego Sląska, po ostatnią (na fotce) wprowadza nas w historię mieszając w czasie. Czasem są to reminiscencje bohaterów, czasem równolegle prowadzone wątki: historyczny i współczesny, które się do siebie zbliżają, czasem powielają, ale nie zazębiają - w końcu, z racji czasu nie jest to możliwe.
Takim właśnie żonglerskim sposobem prowadzi nas Małgosia przez Dolny Śląsk (teraz również Śląsk), jego pejzażową urodę, zabytki, kulturę, historię. Dobrze się czyta, historyczne fakty łatwo się zapamiętuje - na zasadzie skojarzeń z powieściową intrygą. A ona biegnie wartko i potoczyście. Postuluję: utworzyć w szkołach przedmiot "regionalizm" i książki Lutowskiej dać do kanonu lektur!
Małgorzata ma już na koncie cztery książki. Od pierwszej "Dla siebie znalezioną ścieżką", za którą w 2003 r. dostała nagrodę Marszałka Dolnego Sląska, po ostatnią (na fotce) wprowadza nas w historię mieszając w czasie. Czasem są to reminiscencje bohaterów, czasem równolegle prowadzone wątki: historyczny i współczesny, które się do siebie zbliżają, czasem powielają, ale nie zazębiają - w końcu, z racji czasu nie jest to możliwe.
Takim właśnie żonglerskim sposobem prowadzi nas Małgosia przez Dolny Śląsk (teraz również Śląsk), jego pejzażową urodę, zabytki, kulturę, historię. Dobrze się czyta, historyczne fakty łatwo się zapamiętuje - na zasadzie skojarzeń z powieściową intrygą. A ona biegnie wartko i potoczyście. Postuluję: utworzyć w szkołach przedmiot "regionalizm" i książki Lutowskiej dać do kanonu lektur!
I jest to świetny manewr również z innego względu - wg mnie - gdyż pokazuje ciągłość dziedzictwa Dolnego Śląska, mimo tak bolesnej i długiej w nim
przerwy. Nie jest to bezpośrednia
kontynuacja, raczej odkrywanie, poznawanie i, z czasem, utożsamianie się z nim
- z dziedzictwem minionych wieków wzbogaconym o nowe, polskie
elementy. To proste: poznajesz, oswajasz, zaczynasz kochać... nauka tolerancji - czyli przesłanie książek Małgosi. Chciałby się powiedzieć "w końcu jesteśmy u siebie".
"Śląskie
przypadki" nie jest powieścią, choć z kilku opowiadań można by
zrobić powieść. To zbiór reportaży z elementami przewodnika po Dolnym Śląsku, zapiski z podróży wzbogacone o wątek
emocjonalny, czasem osobisty. Każde opowiadanie jest inne, ale w większości przeszłość znajduje swoje odniesienia we współczesności. Najlepszym przykładem jest „Skarb ze Środy Śląskiej” - sensacyjna historia sięgająca Francji początków XIV w., mająca swą kontynuację w Polsce w latach 80. XX w.
Co do pozostałych opowiadań mam pewien problem, bo tematyczny rozrzut jest spory. Usiłuję znaleźć wspólny klucz, który pozwoliłby mi jednym zdaniem określić ten podskórny temat książki, bo tytułowe "przypadki" to wydaje mi się ciut mało. Choć faktycznie o przypadki chodzi. Ale jak np. platoniczną "epistolograficzną" historię miłosną, albo dość pikantną historię na basenie spiąć z historią staruszki po latach odwiedzającej rodzinne strony?.
Właśnie...Jest kilka opowiadań pisanych z perspektywy niemieckich
mieszkańców Śląska odwiedzających rodzinne strony, którym przytrafiają się zdarzenia wymuszające rewizję postrzegania własnego świata i własnego życia w oparciu o odnalezione tutaj przesłanki. Bardzo to smutne historie. Inne to wizyty potomków ludzi, którzy przez wieki budowali dobrobyt Śląska (np.Tiele-Winckler), a przybywają jako anonimowi turyści. Wizyta jest pretekstem do opowiedzenia historii, a tematem właściwie są ich uczucia związane z wizytą w kraju przodków. I nie ma w tych uczuciach złości, wrogości, chęci rewanżu i potrzeby odbierania nam tych "ziem rdzennie polskich"- co nadal dźwięczy w polskiej polityce. Ci ludzie rozumieją trybiki polityki i historii.
Podsumowując.. czyta się łatwo, ale jest to książka do przemyśleń.
Podsumowując.. czyta się łatwo, ale jest to książka do przemyśleń.
poniedziałek, 2 grudnia 2019
Trzeci tom "Drogi do domu" Przemysława Żuchowskiego
Podchodziłam do tej książki jak do jeża. Znowu - myślałam - nasze regionalne na wpół historie, na wpół legendy... Przeczytałam kilka takich książek, ale ile można czytać bajki? Na dodatek na temat, który znam. Więc kolejna o Duchu Gór, Walonach i laborantach jakoś mnie zniechęcała.
Błąd!!!!
Tak pięknie napisanej książki dawno nie czytałam. Bardzo emocjonalnej, bardzo osobistej, pisanej prostym językiem, o życiu ludzi w Górach Olbrzymich przed wiekami, w otoczeniu uczłowieczonej przyrody i zwierząt - kierowanych prostymi, szlachetnymi odruchami, których coraz mniej w naszej człowieczej naturze. Natura i człowiek stanowią równorzędny element życia, natura współdziała z człowiekiem w momentach kiedy człowiek nie jest jej wrogiem. Jak powiem "Avatar", zrozumiecie o co mi chodzi:))))
Tak pięknie napisanej książki dawno nie czytałam. Bardzo emocjonalnej, bardzo osobistej, pisanej prostym językiem, o życiu ludzi w Górach Olbrzymich przed wiekami, w otoczeniu uczłowieczonej przyrody i zwierząt - kierowanych prostymi, szlachetnymi odruchami, których coraz mniej w naszej człowieczej naturze. Natura i człowiek stanowią równorzędny element życia, natura współdziała z człowiekiem w momentach kiedy człowiek nie jest jej wrogiem. Jak powiem "Avatar", zrozumiecie o co mi chodzi:))))
Rzecz dzieje się w Karkonoszach i u ich podnóży w drugiej połowie XVII w., gdzieś po wojnie trzydziestoletniej, w Starej Wsi Szklarskiej - Siedlęcinie - Zachełmiu - Cieplicach. Bohaterami są walonowie, w tle pojawiają się szklarze, laboranci, kurzacy, zbóje, książę Schaffgotsch, Lisowczycy. Gatunkowo jest to fantasy o karkonoskiej proweniencji, trochę historyczny kryminał w typie Sapkowskiego "Narrenturm", trochę naiwna bajka, ale z tego konglomeratu wyłania się cała uroda Karkonoszy z tych ich klimatem, rozpoznawalnym przez tych, którzy je trochę bliżej poznali. Karkonosze, jako dobry świat z dziecięcych wyobrażeń. Jest historia, jest wątek romantyczny i wątek psychologiczny. Ale wszystko nienachalne, zrównoważone, takie jakim powinno być życie - że tak patetycznie powiem.
No i te niesamowite opisy życia przyrody, w mickiewiczowskim typie. Liryczne bądź groźne, zmysłowe, niemal haptyczne, współgrające z sytuacją, budujące nastrój.
Piękna rzecz. Trochę archaiczna i - w dobie współczesnej literatury - niemodna, gdyż daleka od aktualnie obowiązującego relatywizmu, ale oderwać się od niej nie można. Nie jest to książka dla intelektu, to książka dla emocji.
sobota, 16 listopada 2019
Parsifal
Próbowałam ogarnąć historię Parsifala, coby troszkę scharakteryzować ulubionego bohatera Hendricha. Ale to jest nie do ogarnięcia. Wydarzeń i przygód od groma, imion o skomplikowanie obcym brzmieniu w typie fantasy - na full. Na dodatek Wagnerowski Parsifal to zupełnie inna tematyka niż rycerska opowieść (w wielu tomach) wczesnośredniowiecznego Wolframa von Eschenbacha. Streszczenia czytałam.
Generalnie chodzi o to, że dziko w lesie przez matkę chowany chłopaczek postanawia zostać rycerzem króla Artura. Najpierw zachowuje się jak klasyczny rabuś i bandyta, ale w końcu trafia na guru, który przysposabia go do cywilizacji, próbując wpoić rycerski etos. Młody dostaje się na dwór Artura, zalicza mnóstwo wpadek, w końcu dostaje misję – znaleźć Świętego Graala. Kilka ksiąg to jego dojrzewanie do mądrości w wirze krwawych przygód, przemiany duchowe, w końcu – pozytywny finał: Parsifal zostaje władcą Graala.
Drugi wątek to przygody klasycznego rycerskiego bohatera, Gawana, który – jak się okazuje w praniu, nie do końca odpowiada rycerskiej wizji. Bo jest człowiekiem – co też wybrzmiewa w opowieści.
Jak zdążyłam się zorientować jest to wielki epos socjologiczny o średniowiecznym świecie, opatrzony całkiem sporą dozą psychologii, pełen podtekstów i odniesień do wiary (pogańskiej i chrześcijanstwa) oraz filozofii, nie pozbawiony dość intensywnej propagandy katolickiej. (No, ale w pocz. XIII w. katolicyzm w Europie dopiero się szerzy, Parsifal w dziecięctwie pojęcia nie ma o Bogu). A przy okazji jest to barwna opowieść przygodowa. Jest tych przygód tyle i tych wątków tyle, że każdy następny literat mógł wybierać i pokazywać z dogodnej dla siebie perspektywy.
Wagner wybrał końcowe etapy eposu – zdobycie Graala i położył nacisk na religijny wydźwięk opowieści. Nawet scenę Eucharystii wystawiono.
czwartek, 14 listopada 2019
o pewnym niemieckim malarzu - niezobowiązująco
Oto Herman Hendrich, bohater
naszej najbliższej wystawy – jego autoportret.
Geniuszem sztuki malarskiej to on
nie był, nie tylko do Rembrandta mu daleko. A jednak zapisał się w historii. Czasem tak jest, że średnich lotów artysta (z
formalnego punktu widzenia) pozostawia
po sobie mocny ślad. Trzeba tylko, by nosił w sobie jakąś ideę i głosił ją, a
nawet wcielał w życie. Nie „sztuka dla sztuki”, tylko sztuka po coś. Taki był Hendrich.
Czytam sobie o nim i tak się zastanawiam, co nim kierowało.
Utalentowany był od dziecka, ale
nie na tyle, by publiczność powalić na kolana. Pracował więc długo jako
litograf, projektował firmowe katalogi, wieczorami malował. Do szuflady. Mimo,
że szkolił się u mistrzów z Monachium i Berlina, nikt nie chciał zainteresować się
jego sztuką, docenić, zrobić wystawę… Spakował więc manatki i wraz z kolegą wybrał
się w artystyczną podróż. Do Norwegii. Wędrowali pieszo, podziwiali krystaliczną
urodę zimnego świata, zanurzali się w lodowatej wodzie, przeżywali mistyczne
uniesienia w drewnianych kościółkach,
słuchali pradawnych opowieści i malowali. Najwyraźniej ku duchowości miał Hendrich
predylekcję.
Inna
sprawa, że fajny czas to był. Świat się przebudowywał, mechanizował,
industrializował, rozwartswiał i przyspieszał, znaczy – prawie się walił. Ludzkim
zadaniem stało się bogacenie, obrastanie w materialne dobra. A zamyślenie
nad sensem tego wszystkiego ? A duch jakiś, idea? Ludzie o innej niż materialistyczna konstrukcji
pogubili się, zaprotestowali przeciw istniejącemu porządkowi, mieszczańskiemu filisterstwu,
skostniałej sztuce. Wyruszyli na rubieże i zaczęli przebudowywać świat, Tak z
grubsza powstały artystyczne kolonieJ)))
Kolejnym doświadczeniem naszego
malarza była Ameryka, gdzie odwiedzał brata. A przy okazji obejrzał jak działa
świat biznesu, zrozumiał rolę konceptu, znaczenie reklamy i to, że swoją
przyszłość można i trzeba wziąć we własne ręce. Pomógł mu niewątpliwie fakt, że
po autorskiej wystawie w Stanach sprzedał
wszystkie obrazy. Wrócił więc z kapitałem.
Czy
tam wymyślił koncept, czy wpadł mu do głowy podczas słuchania Wagnera i
zachwycania się jego ideą gesamtkunstwerk – tego nie wiadomo. W każdym razie wrócił
zaopatrzony w taki biznesowo–wagnerowski arsenał. I kasę.
Postanowił budować sale dla swoich wystaw, pokazywać
w nich swoje obrazy, spiąć to wszystko jakąś nośną idea, która trafi choćby do
podobnych do niego. Szybko okazało się, że trafił do wielu.
Najpierw
zbudował Halę Walpurgii–na Hexentanzplatz w Harzu, potem Halę Legend w
Szklarskiej, potem Halę Nibelungów w Kȍnigswinter, na koniec Halę Legend
Niemieckich w miejscowości leżącej dziś w obrębie Solingen. Czyli sukces.
Dlaczego
więc popełnił samobójstwo? I to prawdopodobnie
pod kołami pociągu.
Jeśli
nie macie nic przeciwko, będę sobie przez jakiś czas pisać o Hendrichu, gdyż
jestem zafascynowana tym artystą-człowiekiem- biznesmenem-wizjonerem.
środa, 9 października 2019
W międzyczasie
W międzyczasie byłam na wielkiej fecie w Norweskiej Dolinie (zespół apartamentowców w Szklarskiej o architekturze stylizowanej na norweską), tj. na inauguracji działalności Fundacji Braci. Właścicielami Norweskiej i założycielami fundacji są bracia Rogoża - bardzo sympatyczni panowie, którzy mają idee fixe - odbudować Halę Legend Hermana Hendricha, która niegdyś stała niedaleko. Tu powinnam rozwinąć skrzydła i całą bajkę o Hali Legend opowiedzieć, ale nie mam czasu, poszukajcie w google, dr Wiater o niej dużo pisze i publikuje, choćby na stronie http://www.muzeumdomhauptmannow.pl/ Zresztą jeszcze w tym roku zrobimy wystawę poświęconą Hendrichowi, to się rozpiszę:)))
Uroczystość była super, czyli wielka gala, elegancko i nobliwie, z serii tych, za którymi nie przepadam: wszyscy spanikowani chcą wypaść jak najlepiej więc jest sztywno, w kawowych przerwach człowiek dwoi się i troi, żeby zrozumieć co mówi stojący obok interlokutor, zagłuszany przez gwar innych. Nie lubię i już.
Ale było nieźle. Prowadziłam tam panel z artystami, którzy wystrój dla Norweskiej robili. Oprócz naszych (Studio Borowski - ja ich znam, bo to szklarskie sławy, a w szkle drzewiej pracowałam, Maciek Wokan - rzeźba, Rysiek Zając - płaskorzeźba) byli młodzi z daleka czyli Wrocławia. I co odkryłam ? Że można wyżyć ze sztuki. Wszyscy ci ludzie, również wymienieni nasi, z niej żyją, ba artystyczne przedsiębiorstwa prowadzą. Oczywiście zwykle nie jest to sztuka dla sztuki czy sztuka zaangażowana, często - po prostu artystyczne rzemiosło. Ale w formie majstersztyku. Ładne - o ile określenie to może być atrybutem sztuki. Ale w końcu czy sztuka nie powinna nam życia upiększać ? No więc przedstawiam ich. Znaczy tylko tych, których nie mam na co dzień w Szklarskiej czy okolicy. No więc....
Marcin Stachowiak i Karolina Ludwiczak, którzy współpracują w „ATELIER
DESING Marcin Stachowiak” we Wrocławiu. Oboje są absolwentami Wydziału
Szkła na wrocławskiej ASP. Fotka po lewej. W Norweskiej Dolinie w Willi Rodven
wykonali elementy holu wejściowego oraz zabudowę ścian strefy basenu - w
dnie basenu „leży” 9 - metrowy smok
Marcin jest ceramikiem i szklarzem, robi też piece ceramiczne i szklarskie. Łączy fusing i slumping z własną techniką barwienia szkła. Karolina robi wielkoformatowe obiekty z kolorowego szkła, zgrzewane, szlifowane, piaskowane i polerowane oraz małe formy rzeźbiarskie, po których widzę, ze jej nauczycielem była Małgorzata Dajewska (chyba). Oprócz rzeczy dizajnerskich zajmują się też sferą stricte artystyczną. Wykonali np. Instalację pt. Przenikanie (2015), z którą chyba wzięli udział w międzynarodowym tournée wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda” .
Marcin jest ceramikiem i szklarzem, robi też piece ceramiczne i szklarskie. Łączy fusing i slumping z własną techniką barwienia szkła. Karolina robi wielkoformatowe obiekty z kolorowego szkła, zgrzewane, szlifowane, piaskowane i polerowane oraz małe formy rzeźbiarskie, po których widzę, ze jej nauczycielem była Małgorzata Dajewska (chyba). Oprócz rzeczy dizajnerskich zajmują się też sferą stricte artystyczną. Wykonali np. Instalację pt. Przenikanie (2015), z którą chyba wzięli udział w międzynarodowym tournée wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda” .
Druga ekipa to rzemieślnicy, którzy nie mówią o sobie "artyści", aczkolwiek to artyści. Rextorn Metalwork - Tomasz
Grabarczyk i spółka. Fotka po prawej. Firma specjalizuje się w ręcznym wykonywaniu
ornamentów architektonicznych z miedzi, mosiądzu i cynku. Pracują
technikami dawnych mistrzów, opanowali najtrudniejszą - repusowanie. Na
co dzień robią ozdoby dachowe: rzygacze, szpice i ornamenty
architektoniczne do obiektów zabytkowych, a nawet kopuły na zabytkowe
wieże. W 2019 wykonali np.złoconą kopułę na świątynię hinduską, która
powstaje w Brzegach pod Krakowem. We Wrocławiu prowadzą też szkolenia i warsztaty.
Ale w pracowni powstają też hełmy rodem ze świata fantasy, smoki wielkości konia i inne zamówienia prywatne, czasem dosyć spektakularne. Np. replika smoczego jaja z „Gry o tron” wraz filmem ilustrującym proces produkcji i muzyką, wilkor z herbu Starków i dłoń Lanistera.
Ale w pracowni powstają też hełmy rodem ze świata fantasy, smoki wielkości konia i inne zamówienia prywatne, czasem dosyć spektakularne. Np. replika smoczego jaja z „Gry o tron” wraz filmem ilustrującym proces produkcji i muzyką, wilkor z herbu Starków i dłoń Lanistera.
Zostawiam bez puenty.
piątek, 4 października 2019
meeting euroArtu
W poniedziałek i wtorek wracałam z Kazimierza, gdzie odbył się rzeczony meeting szumnie nazywany konferencją. Wracałam dwa dni z powodu alternatora, szlag go trafił. Należy się mała dygresja. EuroArt to Europejska Federacja Koloni Artystycznych zrzeszająca miejscowości, które w historii funkcjonowały jako artystyczne kolonie. Po prostu raz na jakiś czas, w sprzyjających okolicznościach historyczno-społecznych rodzi się potrzeba emigracji artystycznych dusz na rubieże cywilizowanego świata. Więcej pisałam o tym tu: https://spojrzenie-z-prowincji.blogspot.com/2013/05/vogeler-to-na-marginesie-czemu-niemcy.html - ogólnie, a w okolicy tego posta - o kilku najbardziej ekstremalnych koloniach.
Część z tych kolonii funkcjonuje nadal współcześnie, inna część upamiętnia dziedzictwo. U nas, w Karkonoszach i Izerach kolonia żyje i nadal jest dość aktywna, choć już może nie tak bardzo jak dawniej. Niemniej jest zupełnie niedostrzegalna wśród ludzi nie interesujących się kulturą, czyli nie działa Co może być naszą winą (kiepska promocja), artystów winą (mało ekspansywni) lub winą okoliczności (notoryczny brak kasy na kulturę, zerowe zainteresowanie władz). A może lepiej tego nie nazywać kolonią ? Może tylko ja się do tematu przypięłam? Ale na to może być w końcu kasa unijna , a mnie się marzy by zrobić badania socjologiczne na ten temat...
Część z tych kolonii funkcjonuje nadal współcześnie, inna część upamiętnia dziedzictwo. U nas, w Karkonoszach i Izerach kolonia żyje i nadal jest dość aktywna, choć już może nie tak bardzo jak dawniej. Niemniej jest zupełnie niedostrzegalna wśród ludzi nie interesujących się kulturą, czyli nie działa Co może być naszą winą (kiepska promocja), artystów winą (mało ekspansywni) lub winą okoliczności (notoryczny brak kasy na kulturę, zerowe zainteresowanie władz). A może lepiej tego nie nazywać kolonią ? Może tylko ja się do tematu przypięłam? Ale na to może być w końcu kasa unijna , a mnie się marzy by zrobić badania socjologiczne na ten temat...
Po raz pierwszy pojechaliśmy na potkanie euroArtu (są co roku), gdyż w Polsce
się odbywało, a na wyjazdy zagraniczne dla idei nas prywatnie nie stać.
Czemu o tym piszę ? Gdyż tak genialny temat kulturalny nikogo tutaj tak
naprawdę nie interesuje, oprócz kilku fanatyków (takich jak ja:)))) Również żadnych instytucji kulturalnych.Wrażenia? Było na bogato (hotele, dinnery - full wypas, że tak mało kulturalnie powiem:))). Niemniej nasuwa mi się myśl, że zarząd euroArtu to takie trochę grono wzajemnej adoracji, dość mało skuteczne. No bo skoro federacja powstała w 2004 roku, a do tej pory nie podjęła wspólnych badań naukowych nad fenomenem tego zjawiska, to o czym my mówimy ?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



