wtorek, 16 października 2012

i odrobina niezłego detalu

Wcale nie taka odrobina.  Czy komukolwiek w dzisiejszych czasach chciałoby się tak pieszczotliwie traktować kamień ? Na dodatek użyty do czegoś tak podstawowego jak dom ? Wyłuskiwać ze skały, ciąć, szlifować, polerować, kształtować wąski, równiutki zewnętrzny rancik, nacinać lekko karbowaniem ? I te fantastyczne proporcje, harmonijne i  naturalne. I ten parapecik podcięty linearnym profilowaniem... nikt dzisiaj tak nie traktuje materii. Dzisiaj szybko, byle jak, nawet jeśli równo to od sztancy i najczęściej w materiale zastępczym. Może dlatego tęsknię do czasów, które znam tylko z książek, kiedy życie inny zapach i smak, ale też ciężar gatunkowy miało. Czy było lepsze ? Nie wiem, bardziej "mięsiste" - to na pewno.
Kamień i drewno....
Kilkanaście lat temu robiliśmy  z mężem prace terenowe w województwie toruńskim, gdzieś w okolicach Grudziądza. Nie przypomnę sobie nazwy miejscowości, pamiętam dwa renesansowe witraże w oknach kościoła. I pamiętam drogę dojazdową do wsi - kostkę brukową z takimi koleinami, że nasz maluch szorował brzuchem po wierzchołku środkowego garbu. (stary był, przeżył niejedno).
Jechaliśmy nad ranem, zaraz po wschodzie, gdyż proboszcz,  nasz gospodarz rzekł, że wpuści nas do kościoła jedynie pod warunkiem, że będziemy na miejscu o 6 rano.  Trudne to były czasy,  acz miłe.  Dojechaliśmy na czas, zostaliśmy wpuszczeni do wnętrza - zamknięci w środku mogliśmy spokojnie  robić swoją robotę.  Gdzieś koło 8 wywołał nas kościelny: ŚNIADANIE !!!! Proboszcz zaprasza !!!
Poranne letnie słońce już nieźle przygrzewało, śniadanie podano na drewnianej, oplecionej winoroślą werandzie. Na białym lnie obrusu, w ceramicznych naczyniach, drewnianych rynienkach,  wiklinowych koszyczkach podano: chleb w domu pieczony, osełkę masła ubitego w kierzance, misternie nacinanego na wierzchu, jaja żółte jak słońce, biały ser w kształcie serca z odgniecioną plecionką lnianego woreczka, szczypior pachnący, zieleniejący na mięsistej czerwieni pomidorów,  mleko w dzbanku, mleko z pianką,  o zapachu, którego teraz nie zna żadne mleko. Wszystko z własnego pieca, kurnika, ogródka. Było to takie... żywe, prawdziwe,  jak ta użytkowa kamieniarka starych domów.

niedziela, 14 października 2012

Widoczki z jednej takiej wioski

 Widoczek z mostkiem, w głębi chałupa z 3 ćw. XIX w.

Historyczny układ ruralistyczny wsi... trudno znaleźć równie karkołomną frazę, trudną do zapamiętania - to pewne. Praktycznie każda dolnośląska wieś niemal w całości wpisuje się w taki chroniony układ. Na czym  ochrona polega? Na konieczności konserwatorskiego opiniowania każdej inwestycji, tak jak konserwatorskiej opinii wymagają np. strategie rozwoju miejscowości, miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego oraz cały szereg innych dokumentów. Dodatkową ochroną jest wpis budynku do gminnej ewidencji zabytków.
 Hmmm,hmmm, domek miodzio - jak mój osobisty brat  mawia. Kamień, szachulec, drewno. 2 ćw. XIX w. - moim zdaniem, nieomylna nie jestem.
Gminna ewidencja czyli GEZ to dawna wojewódzka ewidencja zabytków, prowadzona przez urzędy konserwatorskie, teraz wrzucona w obowiązki gmin. Niektóre gminy pojęcia bladego nie mają o co w tym wszystkim chodzi, gdyż za nowo stanowionym prawem, rzadko idzie akcja informacyjna.  GEZ zwykle ujmuje 90 % zabudowy, w gminach podgórskich, dolnośląskich  nawet wiecej   - wszystko co zbudowano przed 1945 r.   Normą prawną choć niekoniecznie praktyką jest zgłaszanie remontów znajdujących się w GEZ budynków w stosownym urzędzie. Dotyczy to remontów w zakresie konstrukcji budynku, zmiany bryły przez np. podniesienie dachu lub dobudowanie tarasu, przemurowań otworów, zmiany kolorystyki elewacji, etc.  Teraz, by uzyskać zgodę urzędu na te działania, trzeba będzie dołączyć opinię konserwatorską. Prawo obowiązywało i wcześniej -  analogicznymi obowiązkami obłożony był dom  z powodu wpisu do wczesniejszej ewidencji konserwatorskiej lub znajdujący  się na terenie historycznego  układu ruralistycznego.
 Klasyczny domek wiejski, jakich tu mnóstwo, aktualnie osierocony przez właścicielkę, pewnie będzie na sprzedaż;  lata 70-80-te XIX w.
Czyli państwo znowu kłody obywatelowi pod nogi rzuca. A jednak niekoniecznie. Czego przykładem jest właśnie Czernica. Przepięknie położona,  stara  wioska przy drodze do Lwówka Śląskiego rozlokowana. Słynna z rycerskich rozbójników panów na tutejszym zamku, grasujących po okolicy w XV w.  Ciągnie się przez kaczawskie, łagodne pagórki, wzdłuż rzeki Lipki zwanej też Chrośnickim Potokiem, płynącej w głębokim korycie w większości obudowanym kamieniem. Nad rzeką przerzucone arkadowe przęsła kamiennych mostków  lub bardziej współczesne - betonowe oraz prowizoryczne z desek - jeśli kładka do chodzenia  tylko  służy, albo np. z podkładów kolejowych - jeśli do jeżdżenia również. Centralna część wsi - w dość gęstej zabudowie, skrajne partie - zabudowa luźna, zagrodowa, często  w czworobok: dom mieszkalno - gospodarczy, obora/chlewik, wielka stodoła, drewutnia; na zewnątrz - ogród, sad i pola.
 Dom murowany z 1799 r. , z przepięknym szczytem licowanym płytkami łupka.
Dużo piękniejsza jest część południowa  (z grubsza, bo wieś łuk zakreśla), rozlokowana na pd. od rzeki. Kilkanaście  lat temu, gdy znajomi domu w okolicy szukali, o Czernicy mówiono, że  to wieś "na wymarciu". Przepiękny niegdyś kościół ewangelicki na rzucie ośmioboku, nakryty dachem siodłowym, tkwił zrujnowany w samym centrum. Gotycki kościół z fantastyczną kamieniarką (np. maswerk otworu drzwi (!) w formie rybiego pęcherza) i barokowym  hełmem wieży - szary, nie wyróżniający się z reszty zabudowy. Domy ze śladami świetności, chylące się ku ziemi.   Rzadko jeżdżę tamtędy, bo wieś na uboczu. Pojechałam teraz. I oczy przecieram z lekka zdumione. Wieś jako całość, jako układ ruralistyczny, objęta jest ochroną i na złe jej to nie wyszło. Pracy nadal za wiele tu nie ma, wielka stolarnia, ze trzy tartaki, kilku rolników. Lecz wśród dotychczasowych ludzi pojawili się nowi - miastowi, którzy domy kupują. Sprzątają otoczenie,  koszą trawę, drewno w drewutniach w sterty poukładane, firaneczki w maleńkich oknach na wpół krosnowych. I zamknięte na głucho, nawet psa nie ma. Przyjeżdżają na urlopy.
Znowu klasyka, lata 70-t, 80-te XIX w.
Ich wzorem idą miejscowi. Trochę narzekają, że państwo im każe a kasy nie daje -  czemu nadziwić się nie mogę. W końcu też w starym domu mieszkam i remonty sama  sobie finansuję a do głowy by mi nie przyszło domagać się.  Homo sovieticus w narodzie nadal funkcjonuje. Niemniej prawo własności  dobrze rozumieją, bo gdy o sprzedaż zapytać - rozmowa inna będzie.   Tu i ówdzie  powstaje  agroturystyka, głównie pod niemieckich,byłych mieszkańców nastawiona. Niektórzy domy remontują,  niektórzy   jedynie sprzątają, zamykają, a nową siedzibę budują obok na posesji.  Zaczynają doceniać walor historyczny, który przez lata im jak kamień u szyi wisiał.  
Budynek gospodarczy,  z 1 ćw. XIX w., już do rozbiórki przeznaczony. Ale stoi, wiec niech stoi. 
Gawędziłam sobie z jednym takim, który w latach 80-tych dom pobudował, tak ciasno, że na dawny ryglowy niemal balkonem nachodzi i teraz w brodę sobie pluje, że tego rygla nie widać za dużo, a zdałoby się, bo to ładnie.  Powolutku zmienia się mentalność ludzi. Dobrze byłoby jednak, gdyby i mentalność władzy ewoluowała. Marzeniem jest, by władza zrozumiała, że ona jest dla ludzi a nie odwrotnie. I, że  produkowane prawo działać powinno w dwie strony. Władza  coś kosztownego nakazuje, więc  pomóc w realizacji powinna. Chroniony układ ruralistyczny, nasycenie zabytkami - gmina dostaję środki wspomagające remonty mające na celu  poprawić lub przynajmniej utrzymać stan zachowania, albo przynajmniej podatki do minimum ogranicza. A tu nic, daniny jeno:))
lata 50-60-te XIX w.
Pokazałam tylko domy z widocznym ryglem. Znaczna większość  posiada otynkowaną konstrukcję, jedynie archaiczną bryłę i inne elementy  jak łupek leżący nadal na wielu dachach. Albo śmieszna, dwubarwna, ceramiczna felcówka. W kamiennych zwornikach kamiennych portali wyryte są daty budowy i pierwotne numery domów. Często przy drzwiach gospodarczych - otwór dla wyjściowy dla psa, który nie mieszka w budzie lecz we wspólnym, cieplejszym budynku. Kamienne koryta, kamienne wanny - wodopoje, małe okienka z zewnętrznym skrzydłem krosnowym, nakładanym na zimę.  Kamienne schodki, kamienne bramki. Podoba mi się. 
I pałac. Którego losy za skandal uważam. Już sama ta sprzedaż była niejasna. Przebudowywany od połowy XVI w., z największymi zmianami na przełomie XIX / XX w. - w stylu francuskiego renesansu.  Budynek był w bardzo dobrym stanie, przed zmianą ustrojową był własnością WSW, siedzibą ZOMO. Było tam wszystko, dębowe podłogi, eklektyczne sztukaterie, boazerie, meble wbudowane w ściany.. Wielkie okna, którym się przyglądałam zdumiona w jak dobrym są stanie, jak szczelne i jaka sprytna konstrukcja.  Świecka kaplica z malarstwem  religijnym z połowy XVI w.  Wyposażona kuchnia, stołówka, pokoje, pokoje, pokoje.  Poznałam też właściciela - młodego wówczas chłopaka, któremu ówczesny wojewoda sprzedał to cacko, o które ubiegała się gmina oraz parę innych instytucji.  Plany miał cudne, łącznie z polami golfowymi. I na tym się skończyło.  Teraz po latach pałac stoi martwy. Ogrodzenie od strony folwarku się wali, na balkonie suszy się pranie, martwa cisza. Gdzie jest państwo i jego obowiązek  ochrony dziedzictwa  kulturowego ? A miejscowi mówią, że Niemiec właściciela pałacu wystawił, kobieta rzuciła, a na majątku komornik stoi. 

czwartek, 27 września 2012

w Domu Hauptmannów, Szklarska Poręba


Rafał Fronia, Jacek Jaśko, Piotr Krzaczkowski, Tomasz Mielech
Cztery nietuzinkowe postacie, cztery spojrzenia na Karkonosze.
Fotografie uzupełnione są bardzo osobistymi, autorskimi tekstami poświęconymi Górom Olbrzymim.
Wystawa zorganizowana jest w ramach
I Sport Festiwalu w Szklarskiej Porębie, który potrwa od 27 do 30 września 2012 roku
Serdecznie zapraszam,
Sandra Nejranowska

piątek, 21 września 2012

jest i taki typ






















Jarkowice, dom z połowy XIX w. 
Charakterystyczna bryła - parterowa od frontu, dwukondygnacyjna od tyłu, więc i połacie dachowe o różnych kątach nachylenia.  Dom w części jest murowany, często z kamienia - jak na zdjęciu niżej, w części - drewniany: zrębowy, lub przysłupowo - zrębowy. Szczyty najczęściej szalowane deskami, rzadko wyłożone łupkiem - jak na górze.  Okna w drewnianych opaskach, często z płytkim, trójkatnym naczółkem w nadprożu.
Niektóre datowałabym wcześniej; ten dolny - na 1 ćw. XIX w., w końcu to domy tkaczy, a tkactwo na tym okresie pada  od połowy wieku. Nie jestem jednak fachowcem,























Błażejów, polowa XIX w.
Tereny ? Okolice Chełmska i Lubawki.

celem poprawienia nastroju


Po co ja się tak nakręcam.... jeżdżę sobie po takim pięknym świecie i ....tak trzymać !!!!!! To droga z Chełmska Śląskiego w kierunku rozwidlenia dróg: Opawa i Niemidamirowice - w lewo, Miszkowice - w prawo.

Oto karczma książęca w Miszkowicach,  niestety opuszczona i w postępującej ruinie. Ponoć wcześniej stał tu myśliwski dworek czeskiego księcia Michała, od którego wieś wzięła nazwę - bo w owym czasie, zdaje się do 1289 r., tereny do Czechów należały. W jego miejscu w XVI w. karczmę sądową wzniesiono, zaś w 1774 r. - ten oto budynek przez J.C. Boenscha został zbudowany. Nie remontowany - niszczeje. W 90 - tych latach XX w.  wichura zawaliła pn.część budynku i tak stoi opustoszały, malowniczo - dostojny i samotny w lesie. Czemu niszczeje ? Bo w obecnym stanie  prawnym i panującej  nam miłościwie ustawie e o ochronie zabytków - nikogo w tym biednym kraju nie stać na romantyczne fanaberie. 

 Quies naturalis est finis natu-ralis motus....  Spoczynek naturalny jest kresem ruchu naturalnego.. prawda jak tu ... przyjaźnie ? Widok na wieś ze ścieżki cmentarza przy kościele w Opawie.

z innej beczki czyli farsa ?

Czy wiecie  jaki jest VAT na ogórki konserwowe ? - 8 % A na chleb nasz powszedni ? - 5 %, ale już musztarda - 23 %, czyli luxus. Ministerialny przelicznik euro: 4.0196 zł ( o ile dobrze pamiętam).  Kwota rachunku - 32,75 zł. Podobnych rachunków  do poczęstunku na wernisażu tej wystawy mam 7 oraz rachunki do kilku umów o dzieło, gdzie odpowiadam na pytanie czy np. w UE nie znajdę osoby o  parametrach: naukowy tytuł profesorski, specjalista w  bardzo wąskiej dziedzinie,  który wykona zlecenie. Oczyma nad wyraz rozbujałej wyobraźni widzę jak   prof. Sprengel wsiada w samolot i leci z Berlina wygłosić prelekcję dla młodzieży na temat, za grzecznościowe 300 zł brutto, nawet w barterze.. Jestem wściekła. To doprawdy za mało powiedziane. Jestem wqrwiona na maxa.  
A potem  naiwnie zadziwiony dziennikarz TVN- u pyta "a gdzie był pracownik ?", który nie dopilnował.......i dwoje dzieci nie żyje. W papierach dopilnował. 4 miliony procedur, 4 plany, 6 sprawozdań, nadprodukcja papierów płodzonych w celu potwierdzenia, że rzecz nastąpiła. To, że nie nastąpiła, bo nie było czasu zrobić - nie ma znaczenia - ważne, że gra w papierach.
Nie zrobię wystawy, nie napiszę wniosku bo przeliczam z brutto na neto albo odwrotnie, by udowodnić, że kupię najtaniej. Potem mi to sprawdzi urzędnik od przetargów,  potem księgowa i na koniec podpisze szefowa - by kasjerka mogła mi zwrócić kwotę rachunków, tworząc przy tym dodatkowe papiery potwierdzające dzieło. Zysk na produkcie to 3 grosze, koszty dowodu: trzy połączenia telefoniczne, papier, toner, czas pracy kilku osób opłacany przez pracodawcę.

sobota, 15 września 2012

Gerhart Hauptmann i jego jubileusze

Jakiś czas temu byłam na spotkaniu rady muzealnej w Jagniątkowie, gdzie Harriet Hauptmann, wnuczka pisarza - najbardziej chyba zaangażowana w upamiętnianiu spuścizny po sławnym dziadku - zarzuciła nam (hauptmannowskim domom), że zbyt mało robimy, by uczcić jubileusze.  A są dwa w tym roku: 150 rocznica urodzin i 100 rocznica wręczenia nagrody Nobla.
Nie zgadzam się. Oddalony od nas o rzut beretem  Dom Gerharta Hauptmanna w Jagniątkowie przez cały rok organizuje imprezy, wystawy, spotkania, konkursy i wydawnictwa z okazji rocznic, mniej więcej z częstotliwością trzytygodniową, więc powielanie tego w Szklarskiej Porębie większego sensu nie ma. Tym bardziej w domu skłonnym artystom kolonii artystycznych - inspirowanych pobytem Hauptmannów w Karkonoszach - się poświęcać.  Niemniej  działaliśmy i my również w tym temacie.  Przez całe lato trwał konkurs poetycki na tłumaczenie wiersza, którego finał - wręczenie nagród -  odbył się wczoraj, otwarliśmy wystawę "Gerhart Hauptmann i Karkonosze" (peregrynująca od Berlina po Redebeul, wystawa przygotowana przez Dom w Jagniątkowie przy naszym, a dokładniej - dra Wiatera udziale), no i wczorajsze uroczystości, których "gwoździem " była dwójka profesorów: Anna Mańko-Matysiak z wrocławskiej  filologi germańskiej i Krzysztof Kuczyński z Katedry Badań Niemcoznawczych w Łodzi, którzy "prowadzeni" przez dr Przemka Wiatera, interesująco gawędzili o Hauptmanie - człowieku, Ślązaku, pisarzu, mieszkańcu Karkonoszy. Myślę, że ta swobodna pogawędkadostaliśmy podziękowania za realizację wydarzenia, podczas którego nikt nawet nie ziewnął, mimo tego, że Rzecz była o Gerharcie Hauptmannie! dużo więcej zrobiła w dziele upamiętniania pisarza, niż wielkie, pełne mów pochwalnych  uroczystości przy dźwięku kwartetu smyczkowego w tle..... Szkoda tylko, że mamy takie małe muzeum.