piątek, 8 sierpnia 2025
Z cyklu "włóczęga po artystycznych domach" Marianna Sztyma
Napadłyśmy wczoraj na Mariannę jak wariatki jakieś. Nie, no umówiłyśmy się telefonicznie z Kopańca, a mając polecenie z galerii Kozia Szyja, wiedziałyśmy, że nas wpuści i psem nie poszczuje. Zresztą.. ma koty, a one nie atakują od razu.
Marianna mieszka w Grudzy - małej wiosce, która w izerskim regionie wydaje się być metropolią, bo pełnowymiarowy kościół posiada. Trafić do niej, zwłaszcza z Kopańca, to wyższa szkoła jazdy jest. Więc kluczyłyśmy po dróżkach Antoniowa, Kwieciszowic, Kłopotnicy i bójgjedenwie czego, aż trafiłyśmy do małego, starego domku z wielką, prześwietloną słońcem werandą.
Co ciągnie wielkomiejskich ludzi na taki skraj świata - nie wiem. Marianna opuściła wielki Poznań i jakiś czas temu osiadła na tym pięknym zadupiu. Jak żyje bez ludzi? Czy wystarcza jej towarzystwo przyrody? Przesadzam, oczywiście tam ciekawych ludzi jest na full. Obok mieszka inna artystka, Iza Jankowska po gdańskiej ASP, jakiś gość którego imienia zapomniała, ale malarz skądś z daleka oraz ceramiczka. Za mało było czasu by wszystkich odwiedzić.
Marianna mi się podoba. Szczupła, wysoka, z ogonem szpakowatych włosów i najpiękniejszym imieniem na świecie, bo moim wymarzonych. Kiedyś pisałam bloga pod tym imieniem. Dla mnie jest małolatą, ale wygląda poważnie. I artystką jest znaną.
Marianna Sztyma - jak czytam - jest głównie ilustratorką i malarką, ale wraz z z przyjaciółkami POL_SZTYMA_WOLNA tworzy kolekcje wazonów i talerzy. W jej katalogu do wystawy "Pokój zwierzeń" znalazłam tekst: /../Właściwie obrazy to barykady. Wznoszę je przeciwko światu, choć to on zachwyca /../
Skończyła poznańską ASP, współpracuje z magazynami: Twój Styl, Zwierciadło, Newsweek, ilustrowała sporo książek, z czego jest najbardziej znana. Za ilustracje do "Tkaczki chmur" dostała w 22 r. Nagrodę Literacką Warszawy – w kategorii literatura dziecięca, a wcześniej w Poznaniu na I Biennale Grafiki Studenckiej – Grand Prix, była wielokrotnie nominowana. Zresztą, możecie poczytać o niej w necie, jest sporo.
Jej malarstwo jest ciche, stonowane kolorystycznie, statycznie zadumane i bardzo osobiste - o czym sama pisze. Zupełnie nie komercyjne, więc nie wiem jak odnajdzie się w lokalnej galerii. Zresztą.. nie dała nam niczego, bo szykuje się do wystawy, a z drugiej strony - dlaczego miała coś dać obcym, które zburzyły jej spokój? Mam jednak nadzieję, że jakoś ją zwabimy, może na indywidualną wystawę i pogaduchy?
piątek, 10 maja 2024
Zygmunt powędrował w zaświaty
Jakiś czas temu umarł Zygmunt Trylański. Gdy w zeszłym roku poprosił mnie o spotkanie i obiecałam mu, że pojawię się na jego stypie - obśmiałam go. Ale rzeczywiście, byłam na stypie, gdy zaskakująco wcześnie umarł. Odbyła się ona w Garze Mocy przy Starej Chacie Walońskiej. Ludzi był tłum, piliśmy nalewki, które Zygmuś skrzętnie produkował przez lata i staraliśmy się bawić świetnie. Choć czasami ciut smutno było.
20 kwietnia napisałam na fb:
Dziś pożegnanie Zygmunta. Znam go dopiero od 2004 r. I zawsze był dla mnie bardzo pozytywną postacią.Imponował mi jako człowiek, który nie miał wieku — wysportowany, biegający z aparatem po górkach, długodystansowiec. Ponadto otwarty, pogodny, radosny, kochający życie bez względu na to co przynosiło.Był nieprawdopodobnie aktywny, zaprzyjaźniony ze wszystkimi pokoleniami i równo traktujący wszystkich. No, może nie zwolenników PISu i konfederacji, gdyż politycznie był wojującym liberałem, w czym byliśmy zgodni.
Będzie mi go cholernie brakowało.Zygmuś, wiem, że nie byłeś religijny, ale niech ci tam będzie dobrze w Twoim niebie, za co wychylę kieliszek Twojej nalewki.
Bardzo fajny tekst o Zygmuncie przygotował Waldek Grzelak, za jego zgodą pozwalam sobie go umieścić tutaj.
Fotograf Świtu
Zygmunta Trylańskiego poznałem w latach 70, wtedy nic nie wskazywało na to, że ta znajomość stanie się znajomością zażyłą.
Zygmunta, wówczas przewodnika górskiego i fotografa ze Szklarskiej Poręby, zapamiętałem z powodu jakby lekceważącego stosunku i powściągliwości, jaką wykazywał do własnych fotografii, w których ja dostrzegałem estetykę nie do zapomnienia. Następne, co zapamiętałem z jego fotografii, to była czerń sylwetowej postaci jakby z malowideł na skale z późnego paleolitu. Ten sylwetowy sposób widzenia i czerń zastosował w fotografii aktu na krakowskiej wystawie „Wenus” w 1977 r. za którą otrzymał Grand Prix. Zapamiętałem również, że potrafił podporządkować monochromatyzm jednego tonu swojemu zamysłowi i w jego granicach rozwijał wielkie bogactwo odcieni. Dlatego teraz, po latach, nie dziwi mnie jego wielka wrażliwość na kolor. Zrozumiałem, że czas nie popłynął wstecz, ale wyżłobił fotografa - kolorystę.
Czy dzisiaj ktoś pamięta tamtego Trylańskiego ? Teraz po okresie monochromatycznego spokoju, erupcji pocztówkowego koloru oraz latach niezasłużonego zapomnienia jego fotografie przenosiły nas w świat wysublimowanych barw i harmonii zamkniętych w piękne formy, przenosiły nas do świata sztuki, w którym obowiązuje nie to, co widzi, aparat fotograficzny, lecz to, co sobie uświadamiamy ze swojego widzenia. Sztuka bowiem, jest działalnością umysłową. Zygmunt był realistą, ukazującym rzeczywistość prawdziwie, ale tylko w jej cechach istotnych. Ta prosta forma i zespół środków fotograficznych, którymi wyrażał treść, była jego osobistą, odbiegającą jednak od autentyzmu wizją, z której wynikały przemyślenia, emocje, wrażenia będące transformacją jego doznań. On więził w kadrze ulotne myśli zapamiętane z poranków, a długie wieczorne cienie wykorzystywał do tworzenia plastyki obrazu. Tym renesansowym sposobem widzenia tworzył liryczną poezję w fotografii oraz jakiś rodzaj powagi i radości jednocześnie. To jakby sakralne misterium, msza przed świtem. To były jego roraty. Zygmunt bowiem był fotografem świtu spowitego w mistycyzm, wobec którego ja nie pozostawałem obojętny.
Mam nadzieję, że udało mi się przedstawić obraz artysty, który bezkompromisowo ukazywał równość między pejzażem a innymi dziedzinami fotografii, fotografującego jakby ponad tym, co się w fotografii dzieje, i wykazać, czym w istocie jest dobra fotografia. To jest ta fotografia, która porusza nasze zmysły i sprawia przyjemność z jej kontemplacji.
Waldemar Grzelak
31dzień marca2024 r.
niedziela, 14 kwietnia 2024
Gościniec, gospoda na Grabowcu
Jacek zawsze marzył, żeby mieszkać w lesie, jak najbliżej natury. To właśnie on wyciągnął nas po pierwszym roku studiów na jeziorne wakacje – na wyspę na mazurskim jeziorze Krzywa Kuta. Miał "ksywke" Jackson i swoją piosenkę (Old handsome Jackson built the sexy chair...). Po dosyć długotrwałych:))) studiach pracował w instytucie meteorologii albo w czymś takim, po czym rzucił robotę i zatrudnił się w Sosnowce, w Lubuszaninie.
![]() |
| Zabudowa na pleteau |
![]() |
| Na 1 planie "Leśny Czar" |
Gdy w końcu udało mu się uzyskać akt własności Koprowa nie była szczęśliwa. Musiała usunąć kozy z parteru i płachty z ziołami ze strychu. Przy okazji zniknęła stara, malowana szafa ludowa, która stała w korytarzu przy drzwiach.
Jacek i Ewa byli na miejscu, w Lubuszaninie i kiedy się tylko dało pędzili do chałupy, by sprzątać. Reszta dojeżdżała z Wrocławia co tydzień i ja z Jeleniej Góry. Ogarnialiśmy dom - kupa gnoju, błota i śmieci we wnętrzu, dziurawy dach, walący się komin, wilgoć jak szlag, zwłaszcza w ścianie od strony stoku. Ale widok sprzed domu zapierał dech w piersiach. Zwłaszcza gdy rozebraliśmy pozostałości dawnej wiaty stojące na skraju plateau. Pozostał stareńki jawor rosnący obok. Nie było jasności co do własności małego gospodarczego domku stojącego na granicy działek, prostopadle do gościńca, nie było go w akcie.
W maju wnętrze gościńca było już wysprzątane, chłopcy rozebrali komin, by nie zwalił się nikomu na głowę, kilka razy tam spali. Gdy siedzieliśmy na przyzbie marząc jak to kiedyś będzie wyglądać i kombinując skąd kasę na remont, odwiedzali nas licznie turyści, pytając czy nie można się czegoś napić lub zjeść. Logiczne więc, że miała to być knajpka z mieszkaniem Ewy i Jacka.
![]() |
| Dobre Źródło 1982 |
W tym czasie, gdy Frau Koper nie miała już łatwego dostępu do kapliczki św. Anny wymyśliła msze przy starym drzewie. Nigdy tam nie byłam. Ponoć na drzewie zamocowana była rzeźba jakiegoś świętego i ołtarzyk. W niedziele msze odprawiał tam ksiądz z Karpacza, którego przywoziła, gdyż z księdzem z Sosnówki była pokłócona. Z tych mszy korzystali wczasowicze z Lubuszanina. Podobno założyła też sektę Świętego Graala - pisze o tym Henryk Waniek. Coś o tym słyszałam ale nie pamiętam.
Wrzucam fotki z 1925 r.. Na pierwszej domek obok kaplicy św. Anny i wiata na froncie. Na drugiej, na pierwszym planie jest „Leśny Czar” należący do Koprowej. Na trzecim – zdjęcie budynku z 2018 r., już po częściowym remoncie. Na czwartym gościniec - ja to datuje na 84 rok, ale wg strony polska.org jest to 89. Niemożliwe. Byłam tam w 1985. - dom by l w trakcie remontu. No i Dobre Źródło, fotka Jacka z 1982 r. Jeszcze wnętrze kaplicy Sw. Anny z 82 r.
Fotki ze strony:
oraz Dobre Źródło - fotka Jacka z 1982 r.
Moi przyjaciele wyprowadzili się z Sosnówki pod koniec 1983 r., gdyż Ewa spodziewała się dziecka (w maju 84 urodził się mój chrześniak Maciej). Podjęli też starania, żeby dom na Grabowcu komuś sprzedać. Wariatów chętnych kupić ruinę nie było, więc kilka lat później, około 84 r. przekazali dom Bractwu Świętego Alberta, które planowało uruchomić tu swoje schronisko. Zanim to jednak nastąpiło we wrocławskim domu rodziców Jacka pojawiła się Frau Koper, próbując przekonać ich, by nakłonili Jacka do sprzedania domu jej. Podobno była bardzo miła, ciepła i nad wyraz sympatyczna.
Kiedy Bractwo podjęło remont – nie wiem. Byłam tam z innymi przyjaciółmi w 1985 r. Teren był ogrodzony, dom pozbawiony okien, a w salonie znajdował się wybetonowany „basen” (?), bardzo głęboki, w formie leja o kwadratowym przekroju. W tekście napisanym i wygłoszonym przez prof. J. Tischnera w radio Wolna Europa w 1990 r., na temat Fundacji Brata Alberta w Polsce – widnieje informacja, że remont prowadzony był od wiosny 1989 r. i, że ma tam zamieszkać 8 osób. Pewne jest jednak, że remont zaczął się przed 85.
Co działo się potem – też nie wiem. Fundacja oddała lub sprzedała budynek. Gdy byłam tam jakieś trzy lata temu, wszystko było pięknie wyremontowane, w gościńcu funkcjonowała knajpka, budynek gospodarczy był Domkiem Myśliwskim.
Na zdjęciu czekamy na autobus do Sosnówki. Fotka z 85 r. Ten chłopak po lewej to ja
sobota, 13 kwietnia 2024
Frau Koper. Pierwsza moja opowieść o kaplicy św. Anny na Grabowcu
Mówili o niej zielarka, wiedźma, autochtonka, ale najczęściej Frau Koper. Chodziły słuchy, że rzucała uroki, a nawet otruła żonę wójta gminy Podgórzyn, gdy jej podpadł. Że adoptowała te wszystkie dziewczyny, które mieszkały z nią w lesie, w pensjonacie „Leśny Czar’ na zboczu Grabowca, nieco poniżej plateau z kaplicą Św. Anny i sąsiadującym z nią dawnym gościńcem. Była niewysoka, ciemnowłosa, z warkoczami splecionymi nad uszami w formie precli. Często towarzyszyły jej podobnie uczesane nastolatki, zimą biegające do Sosnówki na nartkach.
W końcu 1982 r., w roku mojej przeprowadzki do Jeleniej Góry, para moich przyjaciół – Ewa i Jacek zamieszkali w Sosnówce w pobliżu kaplicy, w DW Lubuszanin, gdzie Jacek dostał pracę kaowca i zaopatrzeniowca. Lubuszanin należał wówczas do Lasów Państwowych, Nadleśnictwa Zielona Góra. Jacek jeździł zielonym jeepem, często pojawiał się w Jeleniej Górze, czasem z Ewą, wówczas mnie odwiedzali. Albo ja ich. Zwykle jechałam do Bierutowic (dziś Karpacz Górny) i przez las schodziłam do Lubuszanina.
Natomiast z powrotem schodziłam lasem w dół, do Sosnówki, drogą tzw. Hexen Treppe – do Okrąglaka – stołówki FWP stojącej na zakręcie, a potem przez Sosnówkę Dolną do Podgórzyna, Cieplic i autobusem do domu. Nie wiem skąd wzięła się nazwa Hexen Treppe, która wtedy obowiązywała; teraz używa się określenia „Babia Ścieżka”, która wiedzie płn. zboczem Grabowca aż do Patelni, więc nie jestem pewna czy obie ścieżki są tożsame. Patelnia to płasko zwieńczona grupa skałek. gdzie rzekomo funkcjonował stół ofiarny wykorzystywany podczas pogańskich obrzędów. Jest to też miejsce kumulacji kanałów energetycznych uznane za miejsce mocy – karkonoski czakram. Poniżej Patelni, na zach. od Lubuszanina, znajduje się Kaplica św. Anny, dawny gościniec i święte źródło o wodach nasyconych radonem. Woda ze źródła uważana jest za cudowną.
To miejsce – pogańska Dolina – penetrowane było przez ludzi już w czasach neolitu. Gdy przyszło chrześcijaństwo, pogańskie miejsce kultu na Grabowcu przywłaszczyli sobie zapewne joannici ze Strzegomia, którzy w 1281 r. otrzymali od księcia Bernarda Lwóweckiego Cieplice Śląskie wraz z 250 łanami „roli, łąki i lasu”. Ale tez nie jest pewne czy to o ten teren chodzi. Obecna kaplica stanęła tu w pocz. XVIII w., na miejscu starszej i stała się ona miejscem pielgrzymek. Podobnie święte źródło. Według legendy, kto siedem razy obiegnie kaplicę św. Anny z „cudowną” wodą w ustach, spotka go szczęście w miłości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




