piątek, 19 marca 2021

ech te koronki... jeleniogórskie

Nie ma piękniejszego wyrobu na świecie niż koronki. Wprawdzie produkt niemodny w tych, do bólu technicznych czasach, ale może właśnie dlatego chciałabym mieć koronkowe mankiety, kołnierzyk, falbanki i inne podobne fanaberie.
Jak to się stało, że Jelenia Góra stała się na moment stolicą sztuki koronkarskiej?
Otóż po zawarciu w 1763 r. traktatu pokojowego kończącego wojnę siedmioletnią, władza – czyli Fryderyk Wielki i pruski minister Śląska, von Schlabrendorff, postanowili naprawić to wszystko co zniszczyła wojna (nie pierwsza zresztą w XVIII w.) i zbudować na nowo system gospodarczy, który miał ratować tragiczną sytuację kraju. Drobiażdżek: stworzenie przemysłu krajowego. Oprócz innych dziedzin gospodarczych inicjowanych przez państwo, istotną stało się właśnie koronkarstwo. Minister narzucił klasztorom żeńskim zakładanie manufaktur, przyuczanie zakonnic i dzieci. I już w 1786 r. na Śląsku działały 44 zakłady: tkalnie płótna, przędzy nitkowej, koronek typu flamandzkiego, antulażu – koronki klockowej wykonanej z nici lnianych i przędzy tureckiej, a także 18 zakładów koronki annaberskiej, klockowej. Jego następca – von Hoym robił to samo, dodatkowo przywilejami zachęcał zagraniczne koronkarki do osiedlenia się na Śląsku. I tak dalej i tak dalej.
A potem rząd pruski, w 1855 r. podpisał umowę z niejakim Janem Jakubem Wechselmannem, berlińskim kupcem koronkarskim, który na handlu belgijskimi (najlepszymi na świecie) koronkami zęby zjadł, na podstawie której miał on założyć i utrzymywać co najmniej 12 szkół koronkarskich w powiecie jeleniogórskim i rozwinąć koronkarstwo igiełkowe (belgijskie). I tak się stało.
A Śląsk był wonczas w stanie tragicznym, vide…”Tkacze” Hauptmanna
Czemu ja o tym piszę? Przez porównanie. Po raz setny widzę, jak ongiś na rzecz państwa i jego ludzi działały władze, przedsiębiorcy (bo i oni inicjowali rozwój gospodarczy, zakładali szkoły, budowali domy robotnicze , etc.) A teraz? Władze ograniczają się do minimalnego zarządzania tym, co dostały w spadku po poprzednikach i przejmowania coraz większych – niegdyś wspólnych - zasobów, pod hasłem "musimy utrzymać szkoły, szpitale i kulturę.
Nikomu do głowy nie przychodzi, by sformułować jakikolwiek program gospodarczy. Ostatnim, który coś próbował zbudować był chyba Gierek.
 
Oczywiście z tymi koronkami nie było tak świetlanie. Wzloty i upadki następowały jedne po drugich. A to skończyły się państwowe subwencje - padły wówczas szkoły Wechselmanna, a to zmieniła się moda, a to znów nastał kryzys gospod. Ale szybko powstawały nowe firmy: Manufaktura Śląskiej Koronki Metznera, czy Śląskie Szkoły Koronek M. Hoppe & M. Siegert - te uzyskały tytuł nadwornego dostawcy królowej Prus. Koronki, choć doskonałe jakościowo, w kwestii wzornictwa były dość archaiczne, ciągle kopiowały wzory brukselskie.
Ja cały czas o Jeleniej Górze piszę...
Dopiero w 1906 r. ruszyły do boju dwie, wykształcone artystycznie w Monachium, panny: Margarete Bardt i Hedwig von Dobenbeck. Zaparły się, że stworzą śląskie, artystyczne wzory. A impulsem był sukces ich projektów na wystawie w Norymberdze. Jak sprytne kobitki za rzecz się biorą - musi przyjść sukces. I przyszedł. Dziewczyny założyły Szkołę Artystycznego Rękodzieła Igłowego, założyły zakład i zdominowały rynek w latach 1906-1914 prowokując nowy złoty okres śląskiej koronki. Wg projektów znanych artystów powstawały indywidualne, estetycznie wyrafinowane wyroby. Panie na dodatek bardzo dobrze płaciły swoim pracownicom.
W 1909 r. powstało Niemieckie Stowarzyszenie na Rzecz Śląskiej Sztuki Koronkarskiej, nad którym patronat objęła księżna Daisy z Książa (Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless) i następczyni pruskiego tronu, Cecylia. Poszło szeroko. Jak celebryta weźmie się za rzecz - sukces gwarantowany. W 1911 Daisy przejęła jeleniogórską szkołę i przekształciła w Szkoły Koronki Księżnej Pszczyńskiej (jej szefową została von Dobenbeck), w 1912 nowo powstały Związek Pracy Chałupniczej Karkonoszy i Gór Izerskich otworzył w Cieplicach muzeum rękodzieła (czy ktoś z Was coś wie na ten temat?). I znowu świat oszalał na punkcie śląskich koronek. Dobra passa skończyła się nagle, tuż przed wybuchem I wojny, głównie z powodu braku belgijskiej przędzy.
Tak sobie myślę, że dobrze byłoby pociągnąć temat, tu u nas na miejscu. Muzeum w Goerlitz ma niezły zbiór śląskich koronek, Stefania Żelasko na chwilę odeszła od szkła i przekopuje archiwa pod kątem koronek - książkę pisze. Nasza etnolożka przymierza się do tematu, jak skończy formy piernikarskie i zrobi wystawę (2022), chce się wziąć za koronki. Więc może skończy się wielką wystawą strojów epoki, z udziałem koronek. Ale to śpiew przyszłości, nie jestem pewna czy dożyję:))))
 
Ps. Gisela Graff-Hoefgen książke "Sląskie koronki" napisała, a ja ją dostałam właśnie.

 


W życiu się nie spodziewałam, że o szkle współczesnym pisać będę. Wprawdzie to już trochę historia, bo lata 60., 70. i 80. XX w., słynna wrocławska szkoła, stworzona przez Stanisława Dawskiego, szkoła z której wyszli najwybitniejsi polscy szklarze artystyczni, której pierwsi absolwenci są nauczycielami kolejnego pokolenia szklarzy, które nadal odnosi sukcesy na świecie całym. Pierwsze lata polskiego designu były zdominowane przez szkło wrocławskie. W 1960 r. we Wrocławiu, w 1963 r. w krakowskim Muzeum Narodowym, w warszawskiej Zachęcie w 1964 r. – było wrocławskie szkło i długo, długo nic. I potem też, tylko absolwenci - artyści rozpierzchli się po hutniczych wzorcowniach Polski.
 
Niedawno zmarły Zbigniew Horbowy jest tak znany, że przeciętny Polak mówiąc „szkło współczesne”, myśli Horbowy. Tymczasem dla szkoły piekielnie ważny był Ludwik Kiczura. Właśnie on, wraz z Dawskim, stworzył zręby Wrocławskiej Katedry Szkła i potem pracował tu wiele lat. Współczesny alchemik, eksperymentator, jego dorobek to…. ho ho ho… to baza dla wszystkich późniejszych działań. Eksperymentował z masą szklaną, tworzył nowe hutnicze metody, z pracowni Veniniego w Murano przywiózł (1965) do Polski kolor i światowe trendy. Mistrz szkła formowanego na gorąco, mistrz łączenia kolorów, mistrz powierzchniowych szlifów. Wszystkie te zabiegi dają niesamowity efekt, odsłaniają wszystkie możliwe walory masy szklanej, wszystkie efekty, które da się uzyskać za pomocą gry światła, barwy i przezroczystości szkła.
Zdjęcia ze stron internetowych

 

egermann

 przerzucone z fb, mojego:))

O ile pamiętam, o szkle czarny hyalith kiedyś pisałam, łącznie z opowiastką, jak kupiliśmy kolekcję. Więc dzisiaj lithyaliny – szkła jak kamienie szlachetne. Nadal piszę o czasach gdy artyści szkła szukali nowych technologii, zaskakujących efektów.
Lihyaliny wymyślił Czech Friedrich Egermann (1777–1864). Dziwaczna to postać i fantastyczna. Znalazłam fajną czeską opowieść o jego życiu, którą w skrócie przytaczam, a że nadal długa – to w kawałkach
Matka Egermanna pochodząca z rodziny szklarzy, wyszła za dobrze ustawionego hrabiowskiego urzędnika, który dzieci uważał za niepotrzebną komplikację. Więc gdy młody ujrzał świat, rodzice oddali go biednej ciotce na wychowanie. Od zarania jakieś przekleństwo wisiało nad chłopcem. Rok po urodzinach został porwany: pijani rabusie zabrali go jako zdobycz wojenną (wybuchła wówczas wojna o sukcesję bawarską, zwana „kartoflaną wojną”). Może to był żart, ale dzieciaka odzyskać było dość trudno.
Potem rósł sobie u ciotki, taki nie do końca kochany, a gdy podrósł, zabrał go stryj - proboszcz w Polevsku - do pracy w gospodarstwie i kościele. Surowy, podobno przywiązywał Friedricha do stołu, by nie uciekał. Potem przygarnął go drugi stryj - Anton Kittel, właściciel huty szkła i młody rozpoczął naukę zawodu. Szybko został „malarzem herbów” i przyjęto go do cechu krajaczy, pozłotników i malarzy szkła.

W tamtym czasie był kryzys w przemyśle szklarskim, malał popyt, co rusz jakieś wojny, ceny drewna szły w górę… konserwatywni malarze szkła naśladowali i kopiowali, nic nowego. A Friedrich pragnął wynurzyć się z dotychczasowego życia, coś osiągnąć, udowodnić, że jest kimś więcej niż tylko podrzutkiem. Spakował tobołek i wyruszył w świat. I dotarł do Miśni – porcelanowej twierdzy - sekret produkcji porcelany był jednym z najbardziej strzeżonych sekretów w Europie.
Trudno było się tam dostać. Mimo to Friedrichowi się udało, bo… zrobił z siebie głupca. Wślizgnął się do fabryki porcelany w Albrechtsburgu jako druciarz i zachowywał się, jak niedorajda. „Malować? Ależ gdzie tam, to nie dla mnie, w hucie byłem popychadłem, szklarze bez przerwy mi dokuczali, dlatego uciekłem…” Robił, co trzeba, nosił mistrzom porcelany gorzałkę – i z podglądał techniki i zasady, których strzeżono niczym insygniów koronacyjnych. A było czego się uczyć! Tutejsi mistrzowie malarstwa byli szkoleni przez profesorów malarstwa z drezdeńskiej akademii, mieli najnowocześniejsze narzędzia, przede wszystkim wspaniałe, delikatne pędzle z końskiego włosia. Młodziutki szpieg powoli wnikał w głąb tajemnic przygotowywania farb, produkcji pędzli, technik delikatnego malarstwa oraz wypalania wzorów.

Kiedy wrócił do domu, przez dwa lata uczył się rysunku u M. Fromma z Haidy (od 1948 r. Nový Bor). A potem założył własną pracownię w Polevsku. Wieść o jego talencie i zręczności rozeszła się wkrótce po całym regionie.
W tamtym czasie szczyt popularności osiągnęło białe i mleczne szkło, które wyglądem przypominało porcelanę. A ceny porcelany były wówczas ogromne. Friedrich mistrzowsko naśladował delikatne malarstwo na porcelanie, z czasem udoskonalając je jeszcze bardziej. Doczekał się uznania.
W 1802 r. pokazał swoje pracę w Haidzie na wystawie zorganizowanej na cześć arcyksięcia Karola. Dwa lata później do Haidy przyjechał sam cesarz Franciszek I z małżonką. Na wystawie zakochał się w ogromnej podstawie lampy z mlecznobiałego szkła kunsztownie zdobionego malunkami. Było to szkło Egermanna. Przyszła sława. Chłopak wszedł do świata szklarskiej „arystokracji”. Nawet rękę córki zamożnego przedsiębiorcy-szklarza Benedikta Schürera von Waldheim dostał. Posag żony oraz kontakty teścia otworzyły mu drzwi, obok których do tej pory chodził na palcach
 
Friedrich był w głębi duszy alchemikiem i wynalazcą. W Miśni wzbudził w sobie iskrę, a ta się rozżarzała. Udoskonalił pędzle i malunek, zabrał się za farby. Farby go fascynowały. Szukał. Próbował. Eksperymentował. Też za cenę własnego zdrowia. Kiedyś znalazł szklany kielich z odłamaną nogą, na której były resztki żółtego laserunku. Całkowicie zapomnianego laserunku, którego od dobrych stu lat nikt nie potrafił wykonać. Próbował długo, aż użył srebra. Podczas jednego z doświadczeń doszło do wybuchu tak ogromnego, że siła eksplozji odrzuciła go na ścianę laboratorium. Odniósł poważne obrażenia, liczne poparzenia, całkowicie spalił włosy. Odtąd, do końca życia nosił czarną czapkę, która stała się jego symbolem.
W końcu przyszedł sukces - ponowne odkrycie żółtego laserunku (1818), było wyczynem o światowym znaczeniu
Niedługo po tym otworzył rafinerię szkła w Haidzie i tu skupił się na kolejnych wynalazkach. Było ich niewiarygodnie dużo. Egermann udoskonalił skład szkła mlecznego tak, by wytrzymało wypalanie malunków. Wymyślił „agatowanie” - sposób matowienia szkła, głównie mlecznego. Wynalazła białą emalię perłową , błyszczącą i biskwitową, matową. Potem wymyślił lithyalin - szkło marmurowe przypominające kamienie półszlachetne. A najsłynniejsze odkrycie Friedricha miało dopiero nadejść.
 
W latach 30. odkrył czerwony laserunek. Dziesięć lat walczył z dukatowym złotem, wykonał około pięciu tysięcy próbnych wytopów i nic. Był już bliski załamania, kiedy rozwiązał problem we śnie. We wspomnieniach napisał: „Przed oczyma ukazał mi się napis: ‘tlenek miedzi’. Do tego był wykonany w złocie.
To właśnie było kluczem do największego odkrycia Egermanna. Dwa lata później rozpoczął produkcję czerwonego szkła w swojej rafinerii w Haidzie.
Na świecie właśnie ucichła moda na szkło przezroczyste i rynek spragniony był szkła kolorowego. Tzw. drugie rokoko podyktowało motywy. Egermann był na to gotowy. Jego kolorowe i warstwowe szkło misternie zdobione płaskimi i plastycznymi emaliami w wersji błyszczącej lub matowej, a także metalami szlachetnymi, cieszyło się popularnością na całym świecie. Egermann był u szczytu sławy.
Każdy sukces wzbudza zawiść. Wszyscy już dawno wiedzieli, że Egermann jest tylko jeden i że w badaniach i eksperymentach nikt go nie dogoni, w związku z czym przyszła kolej na mniej wyrafinowane metody. W 1840 r. splądrowano jego atelier w Haidzie. Zniknęły dokumenty z recepturą na czerwone laserunki. Wkrótce w innych częściach Czech, a także w Niemczech, we Francji oraz Ameryce Północnej zaczęło roić się od producentów tego, co Friedrich odkrył nakładem wielkich kosztów i cierpliwości. Bo? – Egermann nie opatentował swojego wynalazku.
Niechciane dziecko, wyrzutek rodziny. Uparty, cierpliwy i kreatywny, człowiek dla którego nie było, że coś się nie uda. Jego życiową ambicją było docierać do sedna spraw. Gdyby urodził się sto pięćdziesiąt lat wcześniej, pewnie szukałby kamienia mędrców. Był wyjątkowy. Otrzymał tytuł C.K. uprzywilejowanego producenta, który uprawniał go do sprzedawania własnych produktów na terenie całej monarchii. Od Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Przemysłu w Czechach otrzymał srebrny, potem złoty medal. W swojej rafinerii zatrudniał ponad dwieście osób, przy rynku w Haidzie miał salon ekspozycyjny, w którym przyjmował wybitnych gości z całego świata. Pozwolono mu nawet wydawać własne banknoty o niewielkim nominale.

wtorek, 16 lutego 2021

Glass Studio Borowski

 

Kiedyś dawno, dawno temu Mietek,  mój szef  w Dziale Szkła (pracowałam tam) pokazał mi szkło, które pamiętam do dziś. Poszukałam go dzisiaj, ale to zdjęcie to skandal jest, niemniej …Prościuteńkie, wykonane w bryłce szkła optycznego ze skazą. Hiroszima - drobna Japonka trzyma dziecko. Popatrz – powiedział – ten szlifierz z Krosna wyjechał do Niemiec i tam  otworzył pracownię szkła. Dobrze mu idzie. 

Borowski zaczął w hucie w Krośnie. Jeszcze w Krośnie otworzył w garażu pracownię i nawiązał pierwsze kontakty z niemieckimi galeriami. W 81. jego praca znalazła się wśród 100 najlepszych na świecie w konkursie „Neues Glas”. Potem była wystawa w Kassel i stypendium. W 1982 r. przeniósł się do Rheihenbach, gdzie otworzył studio.  Jego kariera wybuchła za sprawą Stanów Zjednoczonych – tam popyt na prace była tak duży, że trzeba było założyć poważniejszą firmę. Wspomniałam o tym, że kupił je Nicolas Cage, Woopi Goldberg czy Jim Carter? Borowski otworzył studio w Hennef koło Bonn. 

Parę lat później pojechałam ze Stefanią Żelasko do huty Borowskich w Tomaszowie Bolesławieckim – bo, wróciwszy do kraju, Stanisław kupił stary folwark i tam otworzył hutę szkła dekoracyjnego, którą prowadzi wespół z synami: dwoma szklarzami – Pawłem i Janem Stanisławem (Stani), oraz marketingowcem - Wiktorem. Chłopaki bawią się szkłem, tworząc kolorowy, żartobliwy pop. 


To chyba praca Pawła, najstarszego syna. Piszę "chyba" bo ciężko znaleźć jego portfolio. Paweł zarządza teraz firmą i projektuje głownie rzeźby ogrodowe. Tworzy skomplikowane kompozycje łączące wiele technik. To dziełko poniżej, z muzealnych zbiorów też jest jego. Jak ojciec, używa korowego szkła, dodatkowo barwi, rytuje, łączy ze szkłem formowanym na gorąco.

Kiedyś, po mojej wizycie w Tomaszowie Bolesławieckim, Zadzwonił z pytaniem czy mogłabym mu trasę wycieczki po ciekawych miejscach w okolicy Szklarskiej zasugerować. Przyłożyłam się - bo jako świeżynka w Szklarskiej, zakochałem się w mieście i chciałam go wszystkim pokazywać. W rewanżu dostałam zielony, matowy przycisk do papieru, z czerwonymi ustami.  I podarowałam do Tańce. W tamtym momencie byłam minimalistką. Ciutkę żałuję, nie wiem czy Tania doceniła dar.

Stani, czyli najmłodszy - Jan Stanisław, skończył akademię sztuki. Tworzy żartobliwe kompozycje z kolorowego szkła, metalu, lub drewna, takie rzeźby - kolaże. Bajecznie kolorowe, jaskrawe. Podobają się. Mnie niekoniecznie, choć doceniam talent. Wolę rzeczy bardziej subtelne i monochromatyczne. 
 
Natomiast ojciec rzeźbi i rytuje w szkle – jego ekspresyjne twarze znane są na świecie. Często są (przynajmniej były) to kompozycje w skomplikowanej technice Graal.
Jest ona dużym wyzwaniem, gdyż tworzy się i na gorąco i na zimno. Na kolorowy, ukształtowany hutniczo półprodukt nanosi się ryt lub szlif, potem wyrób jest hartowany i pokrywany warstwą szkła na gorąco.  Technika wynaleziona została we Francji, potem ponownie, w 2016 w Szwecji, długo stosowana tylko przez Udo Edelmanna, wymaga wiedzy praktycznej o szkle, perfekcyjnej grawerki, talentu artystycznego i cierpliwości.
 



Jakoś fatalnie teraz działa bloger, nie mogę kilku zdjęć obok siebie umieścić. Po lewej więc praca Staniego, niżej starsze praca Stanisława seniora.


 


wtorek, 8 grudnia 2020

Ja wiem, że współcześni artyści próbują zabić sztukę czyli Marcin Harlender - zagadka i moja osobista klęska

"Charakterystycznym znakiem artysty jest biała kreska, której nadał różnorodny byt w aspekcie kosmicznym jak i formalnym. Jest ona efektem wieloletniej, konsekwentnej pracy analitycznej i poszukiwania maksymalnie prostego i uniwersalnego symbolu. Pojawia się w wielu kontekstach, w różnorodnej skali stając się swoistym bytem, generatorem formy i idei."

W jakich kontekstach się pojawia skoro w warstwie obrazowej kontekstu nie ma? Jaką formę generuje? Jaką ideę? Jaki symbol?? Ślepa jestem? I głucha na sztukę współczesną??? Najwyraźniej. Gdyby iść śladem Malewicza i jego próbą supremacji czystego uczucia lub percepcji w sztuce malarskiej (która notabene miała miejsce w pocz. XX w., kiedy szło o duchową wolność), to niby mamy to samo, ale tego też zupełnie nie czuję, a jesteśmy ponad wiek dalej.

Znam Marcina Harlendera od lat, uwielbiam go, niesamowita osobowość, świetnie, przenikliwie pisze o sztuce, kiedyś wysłuchałam jego osobistej, fascynującej teorii rozwoju sztuki. Ale ni czorta jego sztuki nie czuję, nie rozumiem, nic o niej nie wiem. 

"Każdy obraz posiada własną osobowość – mówi Marcin Harlender. – By go usłyszeć, trzeba się nieco postarać, ale klucze, kody dostępu, powinny być w każdym z nas". No to jestem zamknięta na trzy spusty.
Marcin jest prekursorem polskiego street artu, malarzem i performerem, teoretykiem i krytykiem sztuki.


Znaki proste wbijają się w pamięć najsilniej. Są świadectwem obecności samoświadomego bytu. Niekoniecznie wyznaczają cel, jednak znaczą drogę… W ustawicznie rozpadającym się świecie pomagają zachować ciągłość. Stwarzają przynajmniej pozory kontynuacji.” [M.H. listopad 2020]

Mnie nie pomagają, wręcz przeciwnie..

 

środa, 18 listopada 2020

Śmierć Przyjaciela..

Umarł mój kolega z pracy, Przemek. Jeszcze tego nie potrafię zrozumieć i nadal nie do końca wierzę. Czuję, że za chwilę zjawi się "na zakładzie" i jak zwykle się poprztykamy.. tak jakoś wychodziło. Nie było prosto się dogadać, tylko pozornie jestem łatwa w obejściu, a i on aniołem nie był. Pracowaliśmy we dwójkę u Hauptmannów  ponad 15 lat i niecały rok w Jeleniej. Dzień w dzień osiem godzin, a czasem dłużej. Nie da się nie wiedzieć o sobie wszystkiego, nie znać swoich wszystkich słabości, sukcesów i wpadek, nie mówić dokładnie tego co myśli drugie. Nie wiem, czy to można nazwać przyjaźnią, gadaliśmy o wszystkim bez ogródek. Zwłaszcza na balkonie Domu Hauptmannów ocienionym starą lipą, przy porannej kawie - tu rodziły się najbardziej wariackie pomysły. Tu "opracowaliśmy" projekt "Worpswede", przy którym potem kłóciliśmy się śmierć i życie sto razy. 

Nie uwierzyłam, gdy kiedyś tam powiedział, że ma białaczkę. Opieprzyłam go za głupoty. Ale miał coś takiego w twarzy, że musiałam uwierzyć. Podziwiam go za to, co zrobił potem. Po chwilowym kryzysie, poszedł na wojnę z chorobą. Całkowicie zmienił tryb życia, dietę, wypróbował na sobie chyba wszystkie metody medycyny niekonwencjonalnej. Korzystał, i owszem, z porad lekarzy, ale postawił na zioła, naturę, nieznane medykamenty sprowadzane z Chin czy Ukrainy, nawet na szeptuchy i szamanów z Maroka.  I szło dobrze. Codzienne opowieści o nowych doświadczeniach i ich skutkach, nawet zaczęłam to nagrywać z myślą, że napiszemy książkę. A potem powstali "Laboranci u Ducha Gór", część receptur wypróbował na sobie. 

Myślę, że pielgrzymka do Composteli była mu potrzebna do oswojenia myśli o nieuchronnej przyszłości. Nie sądziłam, że tak bliskiej.

Potem napisał "Zauroczonych Karkonoszami", został dyrektorem - tu zaskoczył mnie dyplomacją i umiejętnością okazywania szacunku pracownikom, przygotował program edukacji regionalnej, współdziałał przy "Kuchni Ducha Gór" i zbliżał się finału kolejnej książki - o historii sportów zimowych w Karkonoszach. Równocześnie wędrował po górach, organizował następny rajd "Flanela" i na tydzień przed chorobą wziął w nim udział. A potem był covid. Szkoda.

Będzie mi go brakować. Gdy uwierzę, że już go nie ma.

Nie chciał smutnego pogrzebu... bo o tym też gadaliśmy.

sobota, 26 września 2020

Intuicyjnie

 Jestem ...nie wiem co powiedzieć. Piszę sobie na fejsie krótkie notatki o życiu i widzę, po ilości polubień i komentarzach, że są poczytne. Zresztą na żywo też mi ludzie mówią, że lubią czytać te moje bzdurki. Ale nie spodziewałam się, że trafi mi się dziwna, nieuświadomiona przyjaźń, całkiem wirtualna. Szkoda, że o tym nie wiedziałam, szkoda, że była jednostronna. Gdybym wiedziała, może mogłabym jakoś pomóc, czemuś zapobiec. Przeceniam się? Nie wiem, ludziom brakuje prawdziwych kontaktów międzyludzkich. Może wystarczyłoby pogadać?

W każdym razie - gadajmy ze sobą, szczerze, zwłaszcza o tym czego nie umiemy sami rozwiązać. Jesteśmy wszyscy bardzo samotni.