sobota, 9 listopada 2013

atawizmy


Co rusz widzę w sobie atawistyczne odruchy, z których ostatnio najsilniejszym jest instynkt gromadzenia.... drewna. Mam już 13 kubików liściastych różności - od jesionu do buka, ale czuję, że jeszcze bym chciała. Mało tego, chodzę koło tego drewna jak wokół niemowlęcia jakiegoś - nawet żal mi go palić. Bo tak ładnie sobie go poukładałam. Wiatkę mu zbudowałam - żeby nie mokło a przewiew miało, kilka razy go przekładałam i dzisiaj też - pod pretekstem grabienia szpilek jodłowych wyległam na ogródek i miast się na szpilkach skupiać - drewno przekładałam. Zapach ma wspaniały, taki prawdziwy, naturalny, świeży...

poniedziałek, 4 listopada 2013

Schronisko na Rozdrożu Izerskim - smutny stan upadłości

opuszczone schronisko,2008 r. fot. z google

Dawniej było to bardzo romantyczne miejsce. Rozległa polana otoczona aksamitem zielonego lasu, pod granatowym niebem pełnym gwiazd. Tak przynajmniej namalował to C.E.Morgenstern - malarz, który podjął pracę w przedwojennej wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych pod warunkiem, że będzie mógł ze studentami na plenery w nasze góry przyjeżdżać. Mamy taki obrazek w zbiorach.
zima 2009

W 2008 roku kupił schronisko prywatny inwestor. Początkowo zamierzał budynek zburzyć - remont nie był opłacalny więc zwrócił się do konserwatora o zgodę. Schronisko nie było wprawdzie wpisane do rejestru zabytków, jedynie do ewidencji wojewódzkiej lecz już wówczas funkcjonowały przepisy nie pozwalające na samowolne zburzenie nawet prywatnej  własności. Zgodę konserwatorską warunkowało założenie karty architektury i w ten sposób inwestor trafił na mnie. A było to w 2009 r. Byłam tam też latem tego roku - schronisko jeszcze stało, ale chodzą słuchy, że już zostało rozebrane. Trochę szkoda, bo to kawał historii ale odbudować ruinę byłoby rzeczywiście ciężko.

pocztówka wg Morgensterna - wygląd schroniska do 1911 r.





Nie byłam wcześniej na Rozdrożu, a może byłam a nie pamiętam, w każdym razie spodziewałam się małego, przytulnego domku pod rozgwieżdżonym niebem,  takiego jak na muzealnym obrazku.  Tymczasem to co zobaczyłam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Moloch złożony z kilku budynków zestawionych w mocno rozczłonkowaną całość. Na dodatek stan wstrząsający. Zarwany strop w części wschodniej, pozostałe przegniłe od  wody przeciekającej przez dziurawe, ugięte dachy, rozwalone częściowo ściany działowe, zerwane kasetonowe stropy drewniane i boazerie, odpadające tynki,  brak szklenia okien, schody bez balustrad, zniszczone posadzki. W sumie budynek groził zawaleniem. Jak rasowa matka na strych do fotografowania więźby dachowej wysłałam dziecko - bo lżejsze. Gdzieniegdzie ślady dawnej świetności - wahadłowe, czteroskrzydłowe drzwi, drewniany strop werandy z delikatną intarsją na listwie podstropowej i cała masa połamanych desek.
Lata 20-te XX w.
Pojechałam Drogą Sudecką przez Zakręt Śmierci na pięknie Rozdroże usytuowane między Wysokim Kamieniem a Kamienickim Grzbietem. Padał śnieg.  Ja naprawdę nie umiem zrozumieć jak można  doprowadzić do ruiny coś co jeszcze przed chwilką świetnie funkcjonowało i tętniło życiem. Bo jeszcze w 1982 r. w budynku mieściło się prewentorium dziecięce we władaniu szpitala w Karpaczu a dokładniej  Specjalistycznego Zespołu Gruźlicy i Chorób Płuc Dzieci.
W 82 r. na podstawie ustaleń między wojewodą, sztabem wojskowym i okręgowym zarządem lasów państwowych we Wrocławiu, budynek przekazano w zarząd OZLP z przeznaczeniem na kwatery dla wojska i robotników leśnych zatrudnionych przy usuwaniu skutków degradacji lasów w nadleśnictwach Świeradów i Szklarska. Początkowo bezpośrednio zarządzało nim nadleśnictwo Świeradów, od 1883 r. - Szklarska. Do 1997 r. budynek funkcjonował jako hotel robotniczy, potem, ze względu na stan zachowania -  został opuszczony. Pozostały tylko stajnie końskie - konie były też w 2009 r., w stajni pełnej gnoju.
"Ludwigsbaude" zbudowane zostało w 1888 r. jako stacja tragarzy lektyk i wypożyczalnia koni pod wierzch. W miarę nasilania się ruchu turystycznego budynek nabierał charakteru klasycznego schroniska.  Pierwszy obiekt - parterowy korpus z prostopadłym skrzydłem i stajnią - spłonął w 1911 r. Odbudowano go w podobnym układzie, podwyższony o piętro, jako domek myśliwski Schafgotschów, z dwudziestoma miejscami noclegowymi dla turystów. Około 1920 r. dobudowano aneksy przy ścianach bocznych oraz w fasadzie, wprowadzono boazeryjno - kasetonowy wystrój ścian i stropów. W końcu lat 30-tych prawdopodobnie ulokował się tu obóz RAD - Reichsarbeitdienst, gdzie młodzi chłopcy, poprzez naukę i pracę, mieli kształtować swoje obywatelskie postawy. Niektórzy przebąkują, że mieścił się tu również ośrodek Lebensborn. Lecz informacje te nie są sprawdzone. W każdym razie w końcowym okresie wojny był tu obóz pracy przymusowej, a po wojnie  - w "Leśnej Chacie" - dom kolonijny,  potem prewentorium.

Kolaż zdjęć z 2009 r. Wszystko się wali ale jeszcze gdzieniegdzie piękne stropy, wahadłowe drzwi, fragmenty boazerii. Wszystko mokre, przesycone wilgocią, gdzieniegdzie śnieg pokrywający gruz. Smutne.

sobota, 2 listopada 2013

intensywny tydzień był i święto zmarłych

Poniedziałek - od rana inwentaryzacja zbiorów, wieczorem zajęcia gimnastyczne.
Wtorek - delegacja Wrocław. Odwieźć wystawę, przywieźć wystawę, spotkanie z dziećmi moimi i nie moimi, powrót i mój zgon - wielkie, tłumne i szybkie miasto męczy człowieka ze wsi.  Matko ! A co będzie gdy będę miała lat 81 ? Nie bez kozery pytam. Wystawę odbierałam od artystki żywiołowej. Szczuplutka, energiczna, 81 lat. Mieszka w Poznaniu, we Wrocławiu ma pracownię. Przyjechała z Poznania pociągiem o 10-tej  specjalnie dla mnie, o 12 - tej na pn. krańcu wielkiego miasta już zdążyła ugotować obiad. W pracowni robił coś jej uczeń - przygarbiony staruszek. Pani Maria ma teraz cztery wystawy w Polsce, ja robię jej piątą, za chwilę jedzie do Prowansji, gdzie ma kolejną pracownię w jakimś kamiennym zamczysku. 81 lat, Sybiraczka. A niektórzy nie żyją już w 60 wiośnie.
Środa - inwentaryzacja zbiorów, sprzątanie domu, zakupy - dzieci mają przyjechać, trzeba światło w lodówce zasłonić, wieczorem cmentarz.
Czwartek - inwentaryzacja zbiorów, zajęcia gimnastyczne, gotowanie, dzieci w domu, pogaduchy długo w noc.
Piątek - późna pobudka, cmentarz, doroczne spotkanie dawno nie widzianych znajomych. Ksiądz zmienił godziny mszy i procesji,o 12-tej było zdecydowanie mniej romantycznie niż dawniej o 16-tej. Lubię święto zmarłych, z tą chwilą zamyślenia, zapachem świec, spotkaniami na cmentarzu. Nie mam nic przeciw halloween, nie uważam tego obcego obyczaju za wymysł szatana, ale nie moja to stylistyka. Nie znoszę komercjalizacji czegokolwiek, nie znoszę świątecznych, przeładowanych wszystkim sklepów na dwa miesiące przed świętami.
Sobota. Na rehabilitacji gawędziłam z panią za parawanem, rocznik 37. Dzieckiem była gdy wybuchło powstanie warszawskie. Spędziła je w piwnicy domu rodzinnego, potem widziała rozstrzelanie mężczyzn, kobiety i dzieci prowadzono do Pruszkowa. Wtedy uciekły z siostrą i matką. Przeżyły noc w kukurydzy, a potem, do końca wojny w jakichś szopach i ziemiankach. 
I tak mija tydzień. Dzieci jutro jadą do wielkiego miasta.

Kościółki wiejskie

Wilczkowice, gmina Jordanów



Tyniec nad Ślężą



poniedziałek, 28 października 2013

palenie pamiętników

Moją cechą osobniczą jest fizycznie odczuwalna dwoistość życia. Życie zewnętrzne z jego wszystkimi ingrediencjami, które toczy się niejako niezależnie, które mogę (a przynajmniej powinnam) w miarę racjonalnie organizować.  I przeważające dla  mnie życie wewnętrzne z jego imponderabiliami, od racjonalizmu bardzo dalekie. Niby jedno warunkuje drugie i na abarot, niby można tym wszystkim zarządzać ale myślę, że to tylko teoria. Nie myślę, wiem, bo ćwiczę to na okrągło. Jedno widoczne na zewnątrz, drugie nie ma wentyla. Więc piszę. Pisanie to moja ułomność. Pamiętniki. Zaczęłam późno, w jakiejś siódmej klasie i ciągnę to w różnej formie przez całe życie. Po to by uwolnić się, ale i utrwalić imponderabilia:))) Tak jak robię zdjęcia. Jakiś pejzaż niezwykły, nastrój, uczucie.... przecież może już nigdy się nie powtórzyć. Zapamiętać koniecznie trzeba, gdy zabraknie - przypomnieć sobie. Potem okazuje się, że nigdy się do tego nie zagląda, a jeśli - to nie ma się w sobie gotowości odczucia tego dawnego niezwykłego. Zaś w papierach czy zdjęciach zalęgają się jakieś pleśnie, grzyby czy inne roztocza, które teraz po latach uczulają zmęczone życiem ciało. I żadnego pożytku. Trochę wyrzuty mam, w końcu palę całe swoje życie. Ale przecież to co istotne i tak się we mnie w innej formie pozostało.
Przed włożeniem do pieca przeglądam. Ech życie...................

niedziela, 20 października 2013

Wrzeszczyn

Dzisiaj pogoda piękna była więc zamiast iść na rutynowy z psem spacer -  pojechałam do Wrzeszczyna. Przespacerowałyśmy z Fiolką wieś wzdłuż i w poprzek. Tylko raz w życiu  mnie tam zaniosło - zimą zeszłego roku, gdy zlecenie robiłam.
Wrzeszczyn to wieś gdzie kończy się droga. Jedzie się tam od szosy Siedlęcin - Wleń. Po bokach rozległe łąki i pola uprawne ze wzgórzami na niedalekim horyzoncie. Za zagajnikiem szosa zjeżdża w dół i zaczyna się krótka wieś, na zachodzie  zakończona elektrownią wodną na Bobrze. Teren nierówny,  szosa biegnie w poprzek zbocza o południowej ekspozycji. Zabudowa rozlokowana głównie po wyższej stronie północnej -  domy przy ulicy poprzedzone ogródkami z murkami oporowymi wzdłuż szosy, do tych położonych dalej, tylko częściowo widocznych z ulicy, prowadzą strome podjazdy. Jeden z nich - obsadzony aleją starych klonów prowadzi do gospodarstwa agroturystycznego: Kowalowe Skały. Hodują tam owce wrzosówki. Na stronie gminy stoi, że Wrzeszczyn  to bardzo modna wieś turystyczna. No raczej to gruba przesada.
Po południowej stronie szosy przez całą wieś płynie strumyk, który gdzieniegdzie rozlewa się w niewielkie oczka wodne. Okrutnie zarośnięty i zamulony co wyraziście widać było na moim biszkoptowym psie. Myślałam, żeby go wykąpać w jeziorze Wrzeszczyńskim ale nie wyglądało zachęcająco - strome brzegi, ciemna woda. Gdyby tak wyczyścić strumień z chaszczy, odmulić koryto, wyciąć ponad metrowe chwasty między posesjami - byłoby ładniej.
Wrzeszczyn leży już na terenie Parku Krajobrazowego Doliny Bobru i  obszaru Natura 2000 Ostoja Bobru.
Pierwsza nazwa wsi - Urlici Villa, Ulrchisdorf sugeruje, że założona została przez jakiegoś Ulricha. Pierwsza pewna wzmianka - z 1386 r., informuje, że niejaki Friedlich von Mazenovo pozostawił swój folwark Hannosowi Neuwenbergowi. I potem długo, długo nic. Trudno się dziwić, to koniec świata jest. W XVIII i XIX w. wieś należała do właścicieli majątku w Barcinku, lub rzadziej - w Siedlęcinie.
W 1726 r. zbudowano szkołę ewangelicką, w końcu wieku wymieniany jest młyn wodny, zaś w na pocz. XIX w. była też gospoda.
W latach 1926 - 27 zbudowano jezioro Wrzeszczyńskie i elektrownię wodną. Jeden ze szlaków rowerowych prowadzi koroną zapory.  Po wielkich powodziach w końcu XIX w. powstał w 1900 r. program przeciwpowodziowy Podsudecia Otto Intze   - twórcy programu "racjonalnego wykorzystania energii wodnej w Niemczech". Leśna, Złotniki, Pilchowice, Siedlęcin, Wrzeszczyn. 





sobota, 19 października 2013

dzisiaj takie małe conieco


Zdjęcie z lotu ptaka, bardzo interesująca bryła.

Ciężko temu zdjęcie zrobić. W Świętej Katarzynie jest zakład opiekuńczo - leczniczy  czyli dawny klasztor Sióstr Dobrego Pasterza i dom dla przewlekle chorych - Kloster zum guten Hirten.
Szukałam informacji o siostrach ale nie ma wiele. Zgromadzenie Sióstr Dobrego Pasterza, nazywanych pasterkami powstało dopiero w 1938 r. Niemniej siostry istniały wcześniej, np. w Berlinie w dzisiejszym Charlottenburgu  klasztor sióstr Dobrego Pasterza wzniesiono w  1858 roku, pełnił rolę instytutu dla upadłych dziewcząt.  Notabene architektonicznie podobny do tego ze Świętej Katarzyny  - neogotycki z podobnym wystrojem elewacji. Mniejsza z tym, nie mam czasu grzebać.
Zespół w Świętej Katarzynie został zbudowany w 1907 r., rozbudowany w 1921 i w 1925 - z tego roku pochodzi dom mieszkalny sióstr. Założenie składa się z budynku szpitalnego z kaplicą Dobrego Pasterza, połączonego z nim galerią - domu mieszkalnego sióstr, sześciu budynków gospodarczych zestawionych w szereg oraz sześciu kaplic. Całość zajmuje rzut trapezu lecz teren zabudowany jest tylko w części pn.zach. Część  pn.wsch. zajmuje park.
Budynek szpitalny - największy, trójkondygnacyjny, ujęty jest prostopadłymi skrzydłami wysuniętymi ryzalitowo przed lica dłuższych elewacji korpusu. Między ryzalitami przeciągnięty rozległy taras  wsparty na szerokich arkadach niższego piętra. Zresztą skrzydła też zryzalitowane - na osi ścian dłuższych, ryzality w zwieńczeniu zamknięte trójkątnymi szczytami. Na połaciach dachu - malutkie lukarny. Najciekawsza jest bryła kaplicy pw. Dobrego Pasterza: na przedłużeniu korpusu, zamknięta trójbocznie, ujęta parą skrzydeł przyjmujących kształt litery V.  Skrzydła zróżnicowane w wysokości i bryle. Jedno z nich, z narożną poligonalną basztą częściowo wpuszczoną w obręb murów, dwukondygnacyjne, zwieńczone rozległym tarasem. 
Murowane z cegły ściany licowane klinkierówką, wszystkie detale ceglane. Skromne i płaskie ale różnorodnością bogate. Różne kształty i proporcje okien o licznych podziałach, fryzy arkadkowe, lizeny i smukłe kolumienki rozdzielające płytkie blendy zamknięte potrójnymi arkadkami, maswerki. Asortyment neogotycki. Czemu o nim piszę ? Zdjęcia z lotu ptaka wrażenie na mnie zrobiło. I przytłaczający monumentalizm bryły. Nasze fotki nie są do końca udane, więc wrzucam obce, z fotopolska.eu.