sobota, 31 sierpnia 2013

garstka prywatnych podróży

Przystanek 1. 102 km + upiorna jazda po mieście w godzinach szczytu. Wrocław zmienia się w okamgnieniu. Jeżdżę tam raz w miesiącu i za każdym razem wjeżdżam inaczej.  Półtorej godziny trwało zanim dotarłam do trójkąta bermudzkiego gdzie jest chwilowe mieszkanie Młodej.  Następne pół - trafienie do jej drugiego mieszkania, i pół - powrót na Krzyki, gdzie przyjemny wieczór przy winie spędziłam u przyjaciół.  Rano wraz z psem zaliczyłam swój ukochany Park Południowy ale wspomnienia mnie nie naszły. Wniosek ? Powoli zapominam przeszłość. To dobrze bo ponoć "przeszłość jest jak kotwica, która trzyma nas w miejscu; trzeba zapomnieć kim się było, żeby znowu być". Z Wrocka zabrałam Ewę i wraz z psem pojechałyśmy dalej.
Przystanek 2. 277 km. Popołudnie i wieczór pod Łodzią, w dwupokoleniowym babskim gronie, na plotach i zwierzeniach. Przyjaciółkę znalazłyśmy w bardzo dobrej formie, za chwilę wyjeżdża z córką  do Czarnogóry na wakacje. Na działce przybyło kolorowych roślin i grządek budowanych z kamieni i drzewnych konarów.  Spotkanie pod znakiem angielskich opowieści Ewy - córki przyjaciółki. Wróciła do kraju po 5 latach w Cambridge i  pół roku pracy weterynaryjnej na deszczowym i chłodnym walijskim zadupiu. Szczerze mówiąc nie sądziłam, że tak długo wytrzyma w wielkich walonkach, starej terenówce i chłopskich oborach, ona -  dziewczyna typowo miejska, która na staże wyjeżdżała do Hondurasu i na indonezyjską wyspę o wdzięcznej nazwie Kaledupa. Po wakacjach jedzie do  Afryki - jako weterynaryjna wolontariuszka, najpierw do Maroka, potem może do Gambii - jak dostanie miejsce. Marzenie Młodej ? Praca w Emiratach Arabskich, już kiedyś pracowała w końskiej stajni jakiegoś szejka, wróciła zachwycona i finansowo usatysfakcjonowana.  Śniadanie na trawie - obowiązkowy i przyjemny zwyczaj łódzki - na zdjęciu. Wystawiłyśmy stolik na kwietną łąkę, bo na tarasie jest cień o poranku.
Przystanek 3. 429 km.  Wyjechałam po "śniadaniu na trawie" i już tylko z psem pojechałam do Torunia. Tu nie spodziewałam się aż takiego zjazdu rodzinnego. Siostra mojej teściowej obchodziła 50 rocznicę ślubu, więc zjawili się wszyscy jej potomkowie, w tym część szkocka, której nie widziałam od stu lat. A więc: trzy córki z trzema mężami, czworo wnuków z żonami lub partnerami i najmłodsze pokolenie w liczbie czterech, w tym dwoje niemowląt, jeden 7 miesięczny Szkot i 1,5 roczna Zosia. Na kolanach trzymam nie lalkę lecz miesięczną Celinę, dziecko Rafała, zwanego "kosmitą". Jak widać - boję się niemowlęcia... nie nadaję się na babcię, choć może czasem bym i chciała... Wieczór upłynął cudnie, gadanie, gadanie, gadanie.
Przystanek 4. 706 km. Następnego dnia zabrałam teściową i późnym popołudniem przejechałam całe rozkopane Kielce. Szklane domy powstały już dawno, teraz budują w partii arterii komunikacyjnych. Moja teściowa całą drogę powtarzała jak mantrę "popatrz a niektórzy mówią, że nic się w tym kraju nie dzieje". Wracając do domu, gdzieś 4/5 drogi jechałyśmy autostradami. Szybko acz nudno.
U rodziców cisza i spokój. Nie umiałabym tak żyć. Tato, szczęśliwy, że ma psa choć tylko chwilowo, biegał na spacery cztery razy dziennie. Rodzice przestali uprawiać działkę - z powodu warunków klimatycznych: działka zalana była przez cały maj i czerwiec, od lipca stoi w suszy. Skorupa nie ziemia. Wiem, bo wykopałam sobie jukkę, bujany, cebulki kwiatów wiosennych, mahonię i jakieś inne drobiazgi. Odziedziczyłam też widły, dwa szpadle i konewkę.
Przystanek 5. 746 km. Następnego dnia pojechałam z ojcem do Pińczowa - dorobić kilka fotek do roboty Starszego. Pińczów jest maleńki i nie rewelacyjny, za to Dolina Nidy - przepięknie romantyczna. Mnie się romantyczne fotki nie udały wiec niżej - fota z google.
Przystanek 6. 1088 km. Powrót do domu. Przekopałam ogródek, posadziłam przywiezione z Kielc kwiatki, ogarnęłam dom, przyjęłam dwa komplety gości, zaordynowałam sprzedaż czernickiej działki i znalazłam kupca (mam nadzieję, że dogadam się co do ceny) a teraz próbuję nie zauważyć, że boli mnie każda kosteczka i ścięgno.
Wyjechałam 23 sierpnia. Lato się kończy.

czwartek, 22 sierpnia 2013

wystawa całkiem przypadkowa

O wystawie pisać dużo nie będę bo dość skromna jest i zobaczyć można ją u nas -  do 13 września wisieć będzie.. O wernisażu bym chciała ale pewnie nie uda mi się tej atmosfery oddać, więc nie spróbuję nawet. Rzadko spotyka się ludzi tak bardzo przejętych tym co robią. Artystyczni neofici - nieprawdopodobny entuzjazm.  Ich ekscytacja przeniosła się na nas. Wernisaż o 11 w południe -  marna  pora na gości a dopisali, że hej. 
Bohaterowie to grupa związana z Maćkiem Piotrowskim z Leszna (fotka w środku), malarzem, rzeźbiarzem i poetą, absolwentem ASP we Wrocławiu (dyplom u prof. Skarbka herbu Abdank, wrzucam link do jego strony bo odlotowa jest, podobnie jak jej bohater, który czemuś Elvisa mi przypomina: http://krzysztofskarbek.pl/). Część z nich to amatorzy, wśród nich artystyczni goście z Włoch. Plener zrobili sobie w sąsiednim pensjonacie "Do Słońca", gdzie wcześniej Hauptmannowie z kompanią przesiadywali przy winku i dyskusjach ognistych. Tam też zrobili wystawę przedplenerową, którą nadal tam można zobaczyć. Plener trwał tydzień, artystów wszędzie było pełno, również u nas i w naszym zachwycającym parku. Powiesili wystawę w jeden dzień a na wernisaż przyszli z winem i  muzyką. Wśród plenerowiczów była dwójka muzyków: Michał Dobrzyński - młody kompozytor, który w trakcie pleneru  stworzył miniaturkę muzyczną "Przestrzeń" do obrazu "Czas" Maćka Piotrowskiego - partyturę dostaliśmy w darze. Prawykonanie na skrzypcach w akompaniamencie elektronicznego instrumentarium nastąpiło na wernisażu.
http://www.pwm.com.pl/Micha%B3_Dobrzy%F1ski_rozpoczyna_wsp%F3%B3prac%EA_z_PWM__Aktualno%B6ci__prod__gp1__id2895352.html
Tępa muzycznie jestem, to było coś w stylu Pendereckiego a o dziwo - zachwyciłam się. Nie tylko ja zresztą. To tyle. Na fotkach - rozmarzona muzycznie Dorota - szefowa galerii Promocje, Piotrek Tyszkowski - dr na ASP, artystyczny guru pleneru, Zygmunt Trylański, jak zwykle w otoczeniu kobiet choć tylko fotograficznym, ale swój do swego ciągnie oraz migawki z wernisażu.
Jutro jadę w świat.

środa, 21 sierpnia 2013

współczesne drogowskazy w Szklarskiej

Dotąd mieliśmy rutynowe drogowskazy, każdy z innej parafii, których ilość i sposób rozmieszczenia zaśmieca każdy, mniej lub bardziej urokliwy  pejzaż, a gdy się doda reklamy i znaki drogowe - to  totalna tragedia. Porządkowanie przestrzeni przydrożnej by się zdało przeprowadzić. W zeszłym tygodniu dostaliśmy pięć nowych, przez miasto dla miasta ufundowanych i zrzędzimy jak na prawdziwych przedstawicieli naszego wielkiego słowiańskiego narodu przystało.  
Ewa Janas z Borowic (i Andrzej Boj Wojtowicz też pewnie przy tym "zamieszał"), która wygrała konkurs, wykonała już pięć  drogowskazów, które stanęły  w Szklarskiej w ostatnim tygodniu. Jeszcze przechodzą kosmetykę, ale już są i znaczą. A co znaczą ? Jak na mój gust - zbyt silne nawiązanie do niemieckiego Benny (patrz kilka postów niżej).  Wprawdzie, jak się dowiedziałam w zapisie konkursu było, by te stare  inspirację stanowiły ale żeby aż taką dosłownością były - to mnie się za bardzo nie podoba. Z tym, że ja gust mam wypaczony, co się podoba  publiczności - ja nosem kręcę. Swobodna trawestacja elementów, czasem widzi mi się, że parodia nawet, zbliżony warsztat.  Mnie się wydawało, że nowoczesna sztuka bardziej wkroczy w to dziełko współczesne inspirowane historycznym  tematem.  
Czy mi się podoba ? Nie wiem. Najbardziej zwarty i konsekwentny jest  drogowskaz na Chybotek - z trzema jegomościami na chybotliwej podstawie i małym  "szklarkiem" wypuszczającym wodospad - u nasady.  Czytelny, spójny, choć tak bardzo niemiecki. Dosyć podoba mi się - stojący na Skwerku Trójki - drogowskaz na wodospad Szklarki, koncepcyjnie tak,  ale nie wykonanie. Lepiej byłoby nurt wody z jednej dechy wystrugać, byłaby pewność, że nikt pojedynczych desek nie wyłamie.  Biała Dolina... rozumiem buty - z dworca daleko iść trzeba by  dojść do Szklarskiej Dolnej czy Średniej albo do centrum nawet. Ale  sama Dolina  to przecież miejsce hipotetycznej lokalizacji dawnych leśnych hut szkła (i jednej murowanej), obecnie miejsce malowniczych pensjonacików w pięknych starych domach albo choćby siedziby MOKSiAL-u - może dobrze byłoby nawiązać. Choć, fakt, trzeba się nachodzić bo Dolina rozległa jest.
Drogowskaz na Zakręcie Śmierci - ten dosyć czytelny, kompozycyjnie mało spójny mi się wydaje.  Ślimak (?) w zwieńczeniu - to symbol zakrętu, o ile to ślimak jest. Pokazać sztolnie pirytu inaczej niż narośl - ciężko było, fakt. Wysoki Kamień - facet głaz dźwiga jako ten Syzyf więc kalambur pojęciowy sprawny jest. Ale.. wszystko się jakoś formalnie rozłazi i na  dodatek się rusza, Syzyfa z kamieniem sama ukraść ochotę miałam więc ktoś bardziej niż ja skłonny niszczyć mienie publiczne - pewnie to szybko wykorzysta. Wodospad Kamieńczyka - elementy po bokach siedzącej postaci trombity przypominają bardziej niż kaskady wodospadu. Czepiam się ? Trochę,  ale nie wiem czy Zając lub  Wokan zrobiliby to lepiej, może Zbyszek Frączkiewicz, ale czy miasto stać na  mistrza ?  Wydaje mi się, mimo mojego zrzędzenia, że Ewa Janas całkiem sprawnie się wywiązała ze zlecenia, choć  poprawki czysto techniczne by się zdały. No i konieczne jest mocniejsze  wyeksponowanie ich w terenie - bo drogowskaz na Kamieńczyk zauważyłam dopiero gdy  drugi raz koło niego przejeżdżałam, a jego szukałam. Wokół tych na skraju lasu może krzaki przerzedzić ?
Zrobiłam mała ankietkę wśród gości i pracowników naszych. Pracownicy: "może być, fajne, niezły akcencik", goście - plenerowi z Polski i Włoch, co to w pensjonacie "Do Słońca" urzędują - zachwyceni: "no cudne, fajne, gdyby nasze miasta tak ochotę poszaleć miały...." Tak się zachwycili, że chcą jako rzeźbiarze na kolejny plener przyjechać i jeden drogowskaz w darze dla miasta zrobić - w zamian za lipę lub inne drewno miękkie.  Zobaczymy ile z obietnic wyjdzie. Sądzę, że dla przyszłych drogowskazów lepiej byłoby gdyby artystom wolną rękę dać  i bardziej we współczesność pójść pozwolić. Tylko jak zwyczajni turyści i mieszkańcy to zniosą ?

niedziela, 18 sierpnia 2013

dla odmiany prof. Andrzej Dobrzaniecki


Wykładowcy ASP raz lub dwa razy w roku miewają u nas plenery, po których  w zbiorach zostają ich dzieła. To czteroczęściowe wrocławskiego profesora, tytuł podam jak mi się przypomni. W każdym razie współgra ze sferą zainteresowań Domu Hauptmannów.

Małgosine anioły

Drewniane anioły autorstwa Beaty Makutynowicz na okiennicach Małgosinych okien.

sobota, 17 sierpnia 2013

ZUBEROWE CACKO


Dawno, dawno temu, w domu Ewy i Jacka, poznałam "Mufkę" - Anię B. z domu Zuber. Potem nasze losy parokrotnie się splotły i rozplotły ale kiedyś dostałam do ręki maszynopis jej ojca - losy rodziny Zuber de Sas. Uwielbiam realne rodzinne sagi więc nocą przeczytałam od dechy do dechy. Pracowałam wówczas w szkle w MK. Nie kojarzyłam szkieł Czesława Zubera z Anką, z maszynopisu dowiedziałam  się że szklarz - artysta to jej stryjeczny brat. Nie lubiłam tych szkieł, ponuro organicznych i ciężkich.
Sam artysta skończył wydział szkła we Wrocławiu i wyjechał do Francji. Słuch wszelki o nim zaginął ale kiedyś w naszym muzealnym życiu pojawił się Stanisław Borowski - szklarz z Krosna, u nas niezauważony, na świecie furorę robiący (jak to się dzieje?). Przyjechał z Berlina, z moim ówczesnym szefem - Mietkiem pogadał i zniknął - dom w Tomaszowie Bolesławieckim kupować, gdzie potem prywatną hutę i glass studio z synami otworzył. Zostawił niewielki folder Zubera, w Paryżu wydany. Zdumieliśmy się Zubera metamorfozą okrutnie.  W miejsce pociętych "małżowin" szklanych pojawiło się świetliste, radosne szkło wielobarwne, tak inne od naszego rodzimego, że aż dech zapierało. Były to jednak czasy, że szans na taką wystawę z wielkiego świata nie mieliśmy. Na pewno nie przy tamtym dyrektorze. Lecz potem zmiany nastały, fundusze unijne na wielką skalę wchodzić zaczęły i pewna młódka - Justyna - obecna szefowa działu szkła, załatwiwszy kasę w tym roku  przywiozła z Paryża ostatnie szkła Czesława Zubera. Po raz pierwszy w Polsce od 1982 roku - kiedy wyjechał z kraju.
Na wernisażu cała szklarska i wydziałowa śmietanka była, nawet prof. Paweł Banaś przyjechał. Przyjechał też stryj Zubera, ojciec Ani B., który wręczył mu rodzinną sagę teraz już w formie książkowej wydaną.  Tjaa, świat mały jest...
Zanim pojechałyśmy do Karpacza odwiedziłyśmy moje pierwsze miejsce pracy.  Mój gość Ewa - też artystka, kiedyś dyplom u nas w szkle robiła. Należały jej się odwiedziny w mateczniku. Zwłaszcza, że matecznik przeszedł przeobrażenie: z kurnej chatki w pałac niemalże. Coby o mojej szefowej nie mówić to... chapeau bas, budować ona potrafi i rozmach ma.
Nowoczesna aranżacja na dziewczynach odpowiednie wrażenie zrobiła, zachwycone zdjęć narobiły, reklamować będą wystarczająco, w stolicy i świecie, bo Marta podróżuje. Teraz mogłyśmy jechać do Karpacza. (kilka postów wcześniej). Jedno mnie tylko zaskoczyło - muzealny kiosk reklamuje się fajnymi szkiełkami, dobrymi wydawnictwami a nic kupić nie można. Bo "Jola na urlopie". To nie mógł jej ktoś zastąpić ???


a co o takim malarstwie sądzicie ? Steven Lawler


Jestem dziś na dyżurze i postanowiłam zażyć relaksu, stąd dużo piszę. Przed chwilką byli u mnie Koneccy z latoroślą swą, Matyldą, która również malarką, graficzką - po rodzicach niechybnie, została. W Anglii mieszka i przyjechawszy, miast siebie reklamować zareklamowała brata faceta swojego - Stevena Lawlera. W linku - jego blog i inne obrazy. Prawda,ze inne zupełnie ? Płótna to są.