piątek, 28 lutego 2014

Wysoka Łąka III i szpital Bukowiec


Wysoka Łąka II



Uczulenie na allicynę (jest w czosnku), obkurczanie dziąseł i obnażanie szyjek zębowych, czerwonawe zabarwienie zębów i paznokci, zaniki naskórka, czasem szybko rosnące, obfite owłosienie, ale też paranoja, bezsenność, depresja i światłowstręt - to skrajne objawy ciężkiej porfirii - choroby występującej w wielu odmianach. Przypadki chorobowe stanowiły kanwę opowieści o wampirach. Normą są dokuczliwe bóle brzucha i kończyn, szybkie bicie serce, gorączka a także ciemnoczerwony mocz. Często daje poważne objawy psychiczne więc mylona bywa z chorobą psychiczną. Choroba jest nieuleczalna ale dosyć rzadka, jak poczytacie opowieści chorych - lekarze często nie biorą jej wcale pod uwagę w diagnozie.  W Polsce obecnie wiadomo o ok. 700 chorych.
Choroba dotknęła brytyjską rodzinę królewską z dynastii hanowerskiej (Welfów) począwszy od króla Jerzego I - po królową Wiktorię. Na porfirię właśnie  chorowała księżna Fedora von Reuss z domu Sachsen - Meiningen, po kądzieli prawnuczka królowej Wiktorii, która mieszkała w Nowym Dworze w Radocinach – Kowarach. Cierpiała niemal całe życie, dwukrotnie podejmowała próby samobójcze, skuteczną -  w 1945 roku.  Kiedyś na jakimś muzealnym dyżurze trafił mi w ręce wstrząsający artykuł o jej chorobie, sprowokowany pojawieniem się angielskich genetyków, którzy wykonali ekshumację  zwłok księżnej, by potwierdzić domniemanie o genetycznym charakterze porfirii w królewskiej rodzinie brytyjskiej. Na zdjęciu księżna na chorą nie wygląda ale to zdjęcie w końcu. W każdym razie jej szczątki ponownie pochowano w 2004 r. w obecności członków rodziny królewskiej. To taka dygresja niekoniecznie a propos. http://www.karkonosze.eu/?site_id=11&art_id=4530 -
budynek mieszkalny i szpitalna pralnia

Czemu o tym piszę ? Ostatnio objeżdżałam Wojków i kompleks szpitalny Wysoka Łąka i przypomniały mi się rozmaite opowieści z tym, notabene pięknym,  miejscem związane.   Tu kilkakrotnie leczyła się Fedora, a może i to samobójstwo tutaj miejsce miało, tu leczył gruźlicę - mieszkając kilka lat w sanatorium - polski grafik Józef Gielniak, którego komplet grafik nasze macierzyste muzeum posiada.  Sama też kilkanaście lat temu spędziłam tu dwa tygodnie podejrzana o gruźlicę, która okazała się przewlekłym zapaleniem oskrzeli. 


Kompleks sanatoryjny w Kowarach – Wojkowie powstał na południowym stoku Bukowej Góry w pobliżu wsi Wysoka Łąka, od której wziął nazwę. Teren kupiono od von Reussów oraz od mieszkańców wsi. Projektantem został architekt z Wrocka - Carl Grosser ( muzeum w Jeleniej - niezbyt udany projekt; dom zdrojowy w Świeradowie, hotel Monopol we Wrocku i inne), zaś założenie parkowe obejmujące zagospodarowanie terenu i 15 km tras spacerowych projektował facet od zieleni - Alfred Menzel. Całość zbudowano w latach 1900 - 1902 łącznie z budynkami pomocniczymi. Wszystkie nawiązujące do wysokogórskiej architektury szwajcarskiej. Nieco później wzniesiono sanatorium "Bukowiec", ob. szpital. W poście niżej wrzuciłam fotkę znanego wszystkim budynku  szpitala Wysoka Łąka. Tutaj poniżej - widok sprzed fasady a w następnym poście - kilka innych budynków kompleksu.  Bogato tu było.  Szkoda że teraz tak nie jest i, że np. budynek pralni - do rejestru zabytków wpisany- stopniowo niszczeje.  Jak nie można znaleźć gospodarza, to może oddać należy ludziom na własność za przysłowiową złotówkę. Prywatni zadbają zanim wszystko szlag trafi.






czwartek, 27 lutego 2014

Wysoka Łąka


i po wernisażu i po promocji

Małgosia Lutowska, Regina Chrześcijańska i Romuald Witczak
Uwielbiam ludzi z Kopańca. Nie umiem powiedzieć co jest w nich takiego, że tak mnie pociąga. Na dzisiejszą promocję przyjechali tłumnie. Przywieźli pączki, faworki, rogaliki - w końcu tłusty czwartek dzisiaj i  pasowało do naszego grzańca. Przyjechali ich przyjaciele z Michałowic, Przesieki, bóg-jeden-wie skąd jeszcze. No i najnowsza para w Kopańcu -  ludzie z Poznania, którzy się właśnie etapami przenoszą. Byli fotograficy (Jacek Jaśko - wystawa obrazów jego córki w końcu, Adam Bończa-Pióro z Wrocławia, przyjaciel Kopańca, Zygmunt Trylański), były pisarki (Małgosia Lutowska autorka mojej ulubionej książki " Dla siebie znalezioną ścieżką", która przyjechała ze Zgorzelca i  Joasia Maria Chmielewska, która od jakiegoś  czasu w Szklarskiej mieszka, a której tylko "Sukienkę z mgieł" czytałam), byli wydawcy i księgarze: Regina Chrześcijańska, i Joanna Sokolińska,  sekretarz miasta  nałogowy uczestnik 'biegu retro" na starych nartach Felix Rosik i cała masa innych.

Kalinka, Leszek, Piotrek, no i ja.
A przede wszystkim bohaterowie dzisiejszego wieczoru: Kalina Jaśko  (lat 12) - autorka "rysunków ostatecznych" Leszek Różański - autor "opowiadań ostatecznych", Piotrek Syposz - autor "piosenek ostatecznych". Leszek napisał pierwszy rozdział  przeczytał przyjaciołom. Jeszcze nie wiedział co będzie dalej. Przy kolejnym uznali, że ciekawe będzie połączyć te dosyć ponure teksty z dziecięcą wyobraźnią. Kalina dostawała rozdział do czytania, jeśli czegoś nie rozumiała  lub nie wiedziała - pytała rodziców, szukała, czytała, a potem rysowała opowieść w zgodzie z własną intuicją. Piotrek pisał piosenki. Nie mówił nikomu do czasu gdy pojawił się ostatni rozdział. Płyta z piosenkami w jego wykonaniu (zanim głos stracił i może odzyska) dołączona jest do wydawnictwa. Interdyscyplinarna rzecz-:))))) A potem stała się rzecz dziwna. Znalazła się osoba, która postanowiła sfinansować druk i wydawnictwo, które zdecydowało się na tej książce nie zarabiać. I jeszcze parę przygód, jak ta, że jeden obrazek ciągle ginął. Przywieźli mi obrazki na wystawę, przy liczeniu wyszło że też go nie ma, dzisiaj dowozili.
Co jest, że oni tak to potrafią ? nie wiem jak nazwać "to".

poniedziałek, 24 lutego 2014

"opowieści ostateczne"

27 lutego o godzinie 17.00 zapraszamy do Domu Hauptmannów w Szklarskiej Porębie na promocję książki Leszka Różańskiego "Opowieści ostateczne" oraz wernisaż wystawy Kaliny Jaśko - małolaty ilustracjami "zmiękczającej"  to wydawnictwo.  A także - jak bóg-i-sprzęt pozwoli - na koncercik "Piosenek ostatecznych" Piotra Syposza powstałych jako pendant do książki.  Poniżej wrzucam tekst wstępu autorstwa Bereniki Różańskiej, która najlepiej wie co pisze, bo wychowała się w Kopańcu.

"Jest takie miejsce, gdzie przeszłość, i ta historyczna, i ta mityczna, przenikają fizyczną i realną teraźniejszość, nadając jest charakterystyczny głęboki smak, jakby znajomy, a jednocześnie obcy, egzotyczny. Gdzie magia jest niemal tak oczywista jak dojenie krów czy wilgoć jesiennych poranków. Gdzie historia, wyryta w drzewach, murach, budynkach, starych flakonach i polach uprawnych uczestniczy aktywnie w kształtowaniu losów ludzkich. Gdzie mokra ziemia, zapach potu i gdakanie kury współżyją w tej samej przestrzeni co dylematy religijne, bóle egzystencjalne i poszukiwania filozoficzne. Gdzie, to co niepoznawalne, niewytłumaczalne i niewiadome, przeplata się z prozaicznością i potrzebą racjonalizacji, a przeciwieństwa uzupełniają się i harmonizują. Gdzie śmierć jest tak samo zwykła, jak i niezwykła, tak samo brudna i prześmiewcza, jak (nad)naturalna i piękna.
 Motyw przemiany, końca, który jest początkiem, zmiany i przyszłości zawsze ukrytej we mgle, których sens nie zawsze nam się odsłania. Tajemnica potrzebuje bowiem przestrzeni.
Motyw tęsknoty, poszukiwania, gotowości, aby odpłynąć z ukochanej Akki, podczas gdy wiatr, który porusza żaglami, przynosi też krzyki ginących, tych winnych i niewinnych.
By współtworzyć ten świat, poprzez pisanie czy też lekturę opowieści, trzeba być częścią tej przestrzeni, trzeba być równocześnie tym katem stojącym po kostki w błocie, tym szklarzem, który parzy sobie ręce, tym listonoszem, któremu oddech zamiera w płucach.
 Do tego co najbardziej ulotne mamy dostęp tylko przez to co najbardziej materialne i "prozaiczne". Nasza dusza wyraża się poprzez gesty i mechanizmy ciała. Nasze tęsknoty, pragnienia, smutki, rozterki, pytania, czy nawet poczucie humoru nie zmieniają się tak bardzo z upływem wieków. Zrozumienie tego jest pierwszym krokiem do otwarcia się na to, co nieznane, na fenomen ponad literackiego współodczuwania. Nawet chwilowa identyfikacja z bohaterem opowieści, który być może nie istniał, ale istnieć mógł, oraz ta właśnie realność potencjalności właśnie, ta pełno-krwistość, "człowieczość", czyni tą postać istniejącą w słowach zupełnie prawdziwą, tak samo rzeczywistą jak Ty czy Ja.
Książka, którą macie przed sobą jest bowiem zaproszeniem, uchylonymi drzwiami starego domu, do którego trafia, często przypadkowy, wędrowiec. Po to aby posilić się, posłuchać melancholijnych pieśni czy zabawnych opowieści, czy choćby tylko po to, aby ogrzać ręce przy ogniu, zanim ruszy on z powrotem w zimny, nieprzyjazny, dawno już wytłumaczony i oczywisty świat."

http://www.goryizerskie.pl/?file=art&art_id=1272
Na bazie opowieści powstał tekst Jarka Szczyżowskiego - bohatera jednego z opowiadań..
http://www.goryizerskie.pl/?file=art&art_id=1260

niedziela, 23 lutego 2014

Wałbrzych Sobięcin - Boguszów Gorce- Kamienna Góra - Kowary- Jelenia Góra

W ślicznym miejscu mieszkam. Trochę mi się kolejność zamieszała, lecz w końcu jakie to ma znaczenie, zwłaszcza dla kogoś np. z Warszawy, co jest pierwsze, co drugie. Pogoda była przepiękna więc jadąc do domu robiłam fotki. Na pierwszej - okolice Czarnego Boru lub Borówna  - miejscowości położonych na zach. od Boguszowa-Gorc; dojazd do Boguszowa - poniżej. A jeszcze niżej - dolina kamiennogórska. Na kolejnym zdjęciu  zjeżdżam z Przełęczy Kowarskiej - nasza strona gór.  Piękna to trasa aczkolwiek jej nie lubię, zwyczajnie jej się boję, zwłaszcza nocą w deszczu i zimą.
 

no wiosna jest !!!!!

Jedyna możliwa konstatacja po niedzielnym, rowerowym spacerze z psem Bo ze spaceru bazie przywiozłam. Jeżdżę rowerem z powodu kolana, a i Fiolce taka forma ruchu najwyraźniej pasuje, co widać po przedspacerowych  emocjach. Obserwuję rzecz dziwną - jak jadę z nią na spacer rowerowy - ona pilnuje mnie - jakby się bała, że sobie krzywdę zrobię.  Zatrzymuje się gdy jedzie auto, rusza dopiero gdy auto mnie minie. gdy jeździmy bardziej terenowo - pilotuje mnie na wertepach. Instynkt macierzyński czy co ? Piękna dzisiaj pogoda od samego rano więc i dzień piękny się zapowiada. Prace ogrodowe  wczoraj zaczęłam. Cały czas jednak trochę się boję, że może jednak jeszcze pojawi się zima. A ja nie chcę.

sobota, 15 lutego 2014

drobna wzmianka o Zawidowie

Bo tam mnie teraz poniosło.  Zawsze mnie zaskakuje, gdy na ewidentnych końcach świata znajduję takie duże miasta. Nie taki to znowu koniec, bo to granica polsko - czeska, niedaleko niemiecka, więc raczej pępek świata. Aleć ciut zapomniany w nowym podziale administracyjnym. A stare to miasto było, do marchii miśnieńskiej należące, na prastarych Łużycach położone. Kościół wzmiankowany tutaj był już w 1186 roku, stał na wzgórzu sąsiednim do wzgórza grodziska, które datowane jest na wiek X-XI.  Zaś na podgrodziu rozwijała się osada, która prawa miejskie miała uzyskać już w 1250 roku, choć brak informacji od kogo. Bo nie wiadomo czy czeskie to było czy też śląskie a właściwe łużyckie, aczkolwiek w rękach  polsko-czeskiego piastowicza księcia Henryka III Białego.
Nie pierwszy raz byłam w Zawidowie, kilka lat temu robiłam inwentaryzację kościoła parafialnego, pięknego w swej neogotyckiej szacie. Wtedy się zachwyciłam, choć zimno było jak  szlag.  Z  czego miasto słynie ?  Z Jakuba Boehmego, który urodził się w pobliskim Starym Zawidowie i raczej ze Zgorzelcem wiązać go należy, bo tam sporo czasu, już jako sława - spędził.  Zasłynął z herezji czyli wolnomyślicielstwa. Rzecz działa się na terenie przyjaznym twórczym przemyśleniom, w atmosferze sporów między protestanckimi odłamami - ortodoksyjnymi luteranami a bardziej humanistycznymi zwolennikami Melanchtona. To początki protestantyzmu, który tu od początku rozwijał się bardzo sprawnie. Czemuż Boehme stał się taki sławny ? Nie wiem, nie chce mi się w religijne meandry wnikać, zdaje się cechował się sporą niezależnością sądu,  w każdym razie jego ręcznie przepisywaną  "Aurorę" czytało sporo ludzi i dzięki tej popularności zyskał łatkę heretyka - już  w 1613 r. i został skazany na banicję.  Tolerancja najwyraźniej ma swoje granice. Czemu ? Pewnie zbytnia otwartość zagrozić mogła czyjemuś stołkowi. Nie wyjechał, przyrzekł milczenie i siedział cicho około sześć lat. Podróżował wówczas po Śląsku, sławnych ludzi poznawał  i w dysputy religijne się z nimi wdawał,  studiował pisma mistyka - Mistrza Eckharta i  filozofię przyrody, uczył się alchemii, astrologii i kabały. Imponujący zakres.. a zaczynał jako szewc. W wikipedii wyczytałam, że zafascynowany Boehmem Nicolas Cage w 2006 specjalnie dla niego przyjechał do Zgorzelca, gdzie na brzegu rzeki stoi pięknie odremontowa
ny dom Jakuba Boehme.
Zawidów nie jest piękny. Mógłby ale w porównaniu z innymi, okolicznymi miastami jest jakby zapuszczony. Jest biedny choć nie powinien, ludzie pracują w  Zgorzelcu, w zakładach Bogatyni, w Czechach. A miasto jakby z tego nie korzysta.  Dawno nie widziałam tak zapuszczonego urzędu miasta, choć z zewnątrz wyremontowany. Linoleum na korytarzu i płytki lastriko w kiblu - dawno już nie widziałam. Rynek, ulokowany jakby na uboczu, położony na terenie malowniczo zróżnicowanym wysokościowo, powinien być piękny, a sprawia ponure wrażenie, choć sporo kamienic ma wyremotowane lica. Nie wiem,gospodarz miasta do niczego ? W zeszłym roku zmarł poprzedni burmistrz, w trakcie kadencji ale to chyba nie zaważyło. Młoda urzędniczka z geodezji mówi, że tu ludzie są tacy... postsocjalistyczni, roszczeniowi, wszystko im się należy. Hmmmm jeśli tak, to efekt widać- miasto jest jakby jakieś dziesięć lat za innymi. A położone atrakcyjnie i mogłoby być architektoniczną perełką wśród turystów popularną. A tu nawet kawy nie  bardzo jest gdzie się napić.
Pewnie jeszcze popiszę o Zawidowie, bo jeszcze nie skończyłam tam roboty.


odrobina prywaty

Co rano wstaję, zapewne stoję przed lustrem bo przecież zęby myję, ale nie bardzo pamiętam tamtą poranną twarz, więc jaki stąd   wniosek ? Zwisa mi. Naprawdę ? A może nie najlepszy stan psychiczny i wszechogarniające poczucie starości i beznadziei  polega na tym, że  mi się nie chce widzieć, bo musiałabym zauważyć, że powinnam nad sobą trochę popracować by przywrócić się od używalności a nie mam motywacji ? Czyli zwisa mi. Czemuż u diabła traci się motywację na stare lata ? Przez lenistwo wiekiem tłumaczone. Za mało ćwiczę, za mało endorfin. Stąd zastygłe stawy, ociężałość i ogólnie kiepska forma oraz fatalny nastrój. No i całkowity brak flirtu, bo nie ma z kim i.. zastanawiam się "czy wypada".  Kiedyś na na wpół oficjalnym spotkaniu  flirtowałam z lekka z jakimś czeskim burmistrzem, a obecna przy tym osoba w moim wieku zwróciła mi potem uwagę "no co ty,  w naszym wieku nie wypada".
Ostatnio przyjechała do domu Młoda, która od czerwca podbija Wrocław. (matko, kiedy ona zmądrzeje... tylko po co ?). Pojechałam po nią na dworzec i oniemiałam "jaka ona śliczna, a jaka .... wielkomiejska ?" A mówi się, że nie szata zdobi człowieka. Miała na sobie długą bordowa kieckę z rozcięciami do  połowy uda, grube bawełniane rajstopy, wielkie buty typu glany, pseudowojskową kurtkę z elementami skóry i arafatką pod szyją oraz nieposkromioną, aż wkurzającą burzę loków. Zjawiskowo na tym jeleniogórskim, szarym  dworcu. Dobrze, że nigdy nie narzucałam jest stroju. Tę krzywdę zrobiła mi moja matka i, w odwecie pewnie, do tej pory najlepiej czuję się w ponaciąganych uniformach sugerujących mój nieprzytomny luz. Młoda,  po tragicznym okresie landrynkowej lali, wyrobiła się i wygląda.. tak, że mucha nie kuca. Oczywiście przymierzyłam wszystkie jej ciuchy. Te, które na mnie wlazły bo o spodniach jeno marzyc mogę. Ta kiecka jest z lekko przejrzystej dzianiny, więc pod spodem nosi drugą - bawełnianą, czarną mini w typie koszulki na ramiączkach.
Przymierzałam też wielki biało-szary sweter w poziome pasy, który nosi do ogrodniczek oraz ażurowy piękny sweter w kolorze brudnego różu. Wszystko to po 30 zł - wyprzedaż w ZARA. Przymierzałam i od razu czułam się młodsza i w wyglądzie ubyło mi z dziesięć lat. 
I tak sobie myślę, że moja starość zaczęła się w momencie kiedy zaczęłam się zastanawiać co  w moim wieku wypada, co nie. Czy wypada by starsza ewidentnie pani  próbowała tańczyć hip-hop ? Bo mi się strasznie podoba. Czy wypada  ciągle chodzić w  jednych dżinsach, na dodatek ciągle zestawianych z za dużymi swetrami. Czy wypada w moim wieku być nie do końca uczesanym - bo  nawet jak się uczeszę to i tak nie widać. Oglądałyśmy "Marigold hotel" gdy koleżanka wskazała Hinduskę w średnim wieku i rzekła " w pewnym wieku należy się już czesać starannie". (Kaśka ja ci tego nie zapomnę:))))))) i wtedy pomyślałam.. tak już pora się starzeć.
A wczoraj na mózg chyba mi padło, pewnie pod wpływem niedawnej wizyty Młodej. Wróciłam z pracy, wzięłam nożyczki i zaczęłam ciąć. Ostatnio nosiłam długie włosy, dla swojego faceta. Ale coraz częściej myślałam, że jego pozytywne emocje nie rekompensują mi niezadowolenia z fryzury więc jakiś czas temu podcięłam conieco ale ciągle to było nie to. To co zrobiłam wczoraj... muszę iść do fryzjera, niech mi to wszystko wyrówna i choć odrobinę uładzi.
Ale czuję się jak .....młody bóg !!! (choć trochę się wstydzę publicznie pokazywać w tym co mam na głowie, zdjęcie jest w ujęciu bezpiecznym).
Ps. Kobieta w moim wieku winna myśleć o  sprawach istotnych i godnych ....

czwartek, 13 lutego 2014

Malarka.

Narzekamy na życie, zły los, pech,  dopiero z perspektywy czasu widzimy błahość wielu spraw.  Nie wiemy o panice, strachu, bólu,  fizycznym czuciu uporczywych tworów umysłu, o  obłędzie i matni. Bywa, że boli nas zwykła codzienność i, w sumie, bezbolesność życia. 
Od pewnego czasu znowu spotykam się z Malarką, dziewczyną, która przeszła przez piekło, leczy się i modli by nie przyszło nigdy więcej. Patrzę na nią i mam wrażenie, że żyje ostrożnie, jakby w rękach trzymała  szkło.
Poznałam ją kilka lat temu. Kiedyś przyszła do mnie do pracy i  przez kilka dni robiła ze mną wystawę, sama z siebie, za nic.  Potem zniknęła. Kiedyś chciała pogadać,  rozmawiałyśmy przez  cztery godziny, spałam potem ze dwanaście jak zabita. Znowu zniknęła.
Kiedyś pokazała mi swoje obrazy. Dawne - bardzo sprawne i  rokujące oraz aktualne - przerażające, histeryczne, niedokończone, dynamiczne i ciemne. Zniknęła ale tylko na chwilę. Gdy wyjechałam na wakacje przyszła do mnie do pracy. Dostałam telefon, że czeka na mnie i nie odejdzie dopóki się ze mną nie zobaczy. Rozbiła obozowisko pod firmą i czekała. 
Po dwóch dniach bezskutecznych perswazji  ze strony pracowników (ona jest na wakacjach, daleko, proszę przyjść za tydzień) zdecydowałam się działać. Zadzwoniłam do jej  ojca,  straży miejskiej i lekarza psychiatry. Przyjechali wszyscy.
- Ona będzie czekać na Panią, nigdzie nie pójdzie, a na pewno nie do domu - ojciec.
- Nie robi nikomu krzywdy, nie stwarza zagrożenia, nie mamy podstaw jej stąd usunąć - bezradność straży wobec procedur.
- Ależ droga pani, ta pani rozmawia ze mną logicznie, odpowiada na wszystkie pytania, jest zdrowa - oburzenie lekarza psychiatry. Szok, że Malarka jest chora widzieli wszyscy.
W tych kilku intensywnych spotkaniach zdążyłam poznać Malarkę na tyle by wiedzę tę wykorzystać i jeden z  pracowników wprowadził ją w czyn. Poskutkowało, Malarka zniknęła na, mniej więcej, dwa lata.Od jej babci wiedziałam, że jest w Anglii ale niedokładnie wiadomo gdzie i co robi.
Pojawiła się nagle. Usiadła przy biurku i spoglądała  niepewnie. Po tej niepewności wiedziałam, że zaczęła leczenie, że  jest w normalnym świecie i boi się  reakcji ludzi, którzy boją się jej świata. Którego ona też się boi ale w którym musi żyć. Nie wiedziałam jak z nią rozmawiać, widziała moje spłoszenie. I chciałam wiedzieć, jak to naprawdę jest. Dlaczego zbiła szybę wystawową, czego się boi, czy wtedy wie, że to nie życie tylko imaginacja jej mózgu ?
Z początku mówiła powoli, nie patrząc na mnie, skubała jakąś szmatkę pod stołem.
- Tak, ma schizofrenię, ale już jest dobrze. Bo już wie co jej jest i leczy się. Chciałaby, żebym zrozumiała ale nie zrozumiem. Jak ona coś robi to nie dlatego, że chce, tylko dlatego, że musi. Wtedy nie wie, że to choroba, bo to jej życie, fizyczne, namacalne, okrutne. Ale to wszystko było dawno, nie chce o tym pamiętać. Pamięta, ale nie chce w to wchodzić, bo boi się, że wróci.  Teraz leki bierze i tak będzie zawsze i jest bardzo, bardzo lepiej. Żyje, leki mają swoje skutki uboczne, ale woli to niż życie wtedy.
Jak trudne może być życie,  nie mamy ani odrobiny pojęcia.
Ja myślałam, że malarstwo to jej obsesja, nałóg, natręctwo. Jedyna forma wyrazu i kontaktu ze światem, siła,  najpilniejsza potrzeba, równocześnie odskocznia i coś przez co można zdefiniować matnię, w której żyje.  Prostaczka ze mnie, skoro nie doceniłam jej sztuki i jej autonomii.  
Malarka maluje pejzaż i martwą naturę. Malarstwo to dla niej  czysto formalna zabawa, gra, ona lubi stawiane zadania, nie traktuje sztuki jako formy wypowiedzi duszy. Maluje za pomocą trzech kolorów  podstawowych, które miesza tworząc feerie barwne. Terapeuta z jej obrazu uzyska jedynie informację o aktualnym nastroju, nic więcej. Teraz trochę żałuje, że tak mało czasu poświęciła muzyce, nie wie, czy odrobi zaległości. I wiersze pisze. Życie ? Najpiękniejsze wspomnienia ? Gdy opiekowała się młodszą o 16 lat siostrą, maleńkim oseskiem, z którym zostawała na długie godziny, gdy mama szła do pracy. Sama nie może mieć dzieci, to byłby potworny egoizm. Jej facet też jest chory, poznali się na terapii, ale jemu tak dobrze leków nie udało się dobrać.
Od najmłodszych lat trenowała narciarstwo zjazdowe i to była jej pasja, która skończyła się trwałym uszkodzeniem kolana. Wówczas ciotka malarka zasugerowała jej licem plastyczne.  Poszła na egzamin nieprzygotowana, o malowaniu specjalnego pojęcia nie miała, jedynie potencjał. Bez problemu dostała się do liceum, potem na ASP.  Lubi malować, lubi wyzwania, z wielkiej przestrzennej kompozycji  ustawianej przez profesora zawsze wybierała sobie najbardziej zajmujący element, który obrabiała na wiele sposobów.  W szkole pracowała dużo, była przewodniczącą klasy. Na studiach zaczęli ją śledzić, nachodzić, kazali jej robić różne rzeczy. Kto ? Oni. Pamięta ale nie chce do tego wracać, to zbyt trudne, kurczowo trzyma się zdrowia, boi się,  że choroba wróci, cieszy się, że jest nazwana po imieniu.
Tak sobie myślę, jak bardzo bywamy zadufani w sobie.....